43. Welcome Back [2]

845 101 30
                                        

Całą noc siedziałem przy nim. Siedziałem i płakałem. Cóż zostało mi innego?
Po paru godzinach, usłyszałem dźwięk pukania do drzwi. Nie odezwałem się, ani nie zrobiłem żadnego ruchu. Czekałem aż postać sama wejdzie. Usłyszałem dźwięk naciskania klamki, po czym drzwi się uchyliły.
-Um... Gerard? -Rzekł mój brat. -Mogę? -Zapytał.
-Chodź. -Odrzekłem. Chłopak zamknął za sobą drzwi i powolnym krokiem podszedł do mnie. Widziałem jak patrzył na niego. Wiedziałem, że sam nie wyobrażał go sobie w takim stanie.
-Ja... Nie wiem co powiedzieć. -Powiedział, trzymając mnie za ramię.
-Nie musisz nic mówić. Przynajmniej nie o tym. -Przesunąłem się, robiąc miejsce obok. Mikey usiadł.
-Mama siedzi w kafeterii i nie wie co robić, a Ray i Bob siedzą przed salą i nie wiedzą, czy powinni wchodzić.
-Czemu mieliby nie wejść?
-Wiesz... Ray się o wszytsko wręcz obsesyjnie obwinia. -Zatrzymał się. -Według mnie to nie jest jego wina.
-Bo nie jest. To był wypadek. -Odrzekłem.
-Więc powiedz mu to, Gee. Naprawdę, powiedz.
-Powiem, gdy się tu zjawi.
-Dobrze. Pójdę powiedzieć mamie, że się trzymasz w miarę. Bo się trzymasz, prawda? -Zapytał, wstając.
-Sam nie wiem. Nie wiem co będzie za godzine, za pare dni, nie mam pojęcia.
-Gee, pamiętaj, że jestem z tobą. Cokolwiek by się nie działo, jestem przy tobie. Tak jak ty zawsze byłeś przy mnie. -Dodał.
-Wiem, Mikey. -Uśmiechnąłem się do niego. Chlopak jeszcze raz poklepał mnie po ramieniu i wyszedł. Zostałem sam.
Siedziałem tak do rana, w trakcie tego zjawiła się mama, która też nie siedziała zbyt długo, potem jeszcze Bob i Ray. Objaśniłem chłopakowi, że nic nie jest jego winą, chociaż Mikey mówił prawdę, Ray bardzo się o to obwiniał.

Na początku, siedziałem u niego dniami i nocami, głaszcząc go po włosach, trzymając za dłoń, z nadzieją, lecz pózniej... Lekarz mówił, że im dłużej Frank będzie w obecnym stanie, tym bardziej diametralnie bedą spadały szanse na wybudzenie się. Ostrzegł mnie też, że śpiączka może trwać nawet parędziesiąt lat. Każdy dzień, potem miesiąc był dla mnie koszmarem. Mogłem z nim rozmawiać, ale on nie odpowiadał. A co jakby się wybudził i mnie nie pamiętał? Nie wiem co byłoby gorsze, jego smierć, czy fakt, że mnie nie kocha, nie pamięta, że istnieje ktoś taki jak ja.

W ten sposób, dzień za dniem ze zmartwieniem wymalowanym na twarzy, minęło 6 miesięcy. Pół cholernego roku. Nadszedł wtedy styczeń. Zimno, śnieg i ponura pogoda. Ray i Bob wyszli już ze szpitala. Na szczęście nic wielkiego im nie było. Bob mógł normalnie chodzić, a Ray jedynie nie był w stanie wyprostować całkowicie ręki. Spali u mnie niemal codziennie. Za nic nie chcieli zostawiać mnie samego choćby na chwilę, i tak przez pół roku traktowali mnie jak osobę chorą umysłowo. Może lekko zwariowałem przez ten czas, ale nie widziałem jeszcze biegających po pokoju jednorożców.

Tej nocy nie mogłem spać. Siedziałem w kuchni i zdenerwowany piłem kawę. Obserwowałem biały puch, leżący na każdym skrawku ziemi, którą zabierał mi horyzont. Czego w nim widziałem, nie wiem, ale mienił się kolorami świateł wokół. Telefon, leżący obok mnie, zaczął wibrować. Spojrzałem na wyświetlacz, a moje serce dostało szału, i zaczęło bić tak szybko, że ledwie uniosłem rękę, by złapać telefon. To był numer służbowy lekarza, który obserwował Franka. Znałem go na pamięć, gdyż często do mno dzwonił. No właśnie, dzwonił, ale nie o drugiej w nocy. Wtedy mogłem dopuścić do siebie jedynie dwie opcje. Powie "Tak", albo "Nie". Odebrałem telefon.
-H-Halo? -Zapytałem.
-Przepraszam, że pana budzę, panie Way, ale są nowe wieści.
-Nie obudził mnie pan. Um... jakie wieści? -Zapytałem mocno niepewnie, bojąc się odpowiedzi.
-Frank. Udało się. -Rzekł, wyraźnie szczęśliwy.
-On...
-Tak, wybudził się. -Skończył za mnie.
Siedziałem tak w bezruchu, i zastanawiałem się czy wybiec z domu, głośno krzycząc, czy zapytać o pewne sprawy. -Halo? Panie Way?
-Jestem, jestem. Boże... -Złapałem się za głowę. -Ja nie wiem co zrobić.
-Najlepiej by było, jakby pan przyjechał, oczywiście kiedy pan uzna to za słuszne.
-Tak... Ja będę jak najszybciej, tylko miałbym pytanie.
-Proszę
-Czy on... Może mnie nie pamiętać? Czy mówi, czy się porusza, czy cokolwiek robił? -Zadałem ciąg pytań.
-Wie pan, informacje o jego stanie przekazano nam niedawno. Pacjent po takim czasie nieobecności z pewnością będzie miał pewne braki, ale nie jestem w stanie odpowiedzieć panu na nic, bo sam nie znam odpowiedzi.
-Um.. dobrze, będę maksymalnie za dwadzieścia minut. Dziękuje za telefon.
-Do zobaczenia. -Rozłączyłem się. Oddychałem bardzo szybko, i nijak nie umiałem się uspokoić.
-Ray! Bob! -Krzyknąłem, wybiegając z kuchni do salonu. Wpadłem do pokoju, i zacząłem potrząsać chłopakami. -Frank się obudził! -Ray przebudził się i otarł oczy.
-Co się dzieje? -Zapytał jakby niedosłyszał.
-Frank się dzieje! Musimy jechać do szpitala! -Krzyczałem nadal na cały głos. Nie zdziwiłbym się, jakbym obudził tym sąsiadów.
-Frank? -Zapytał sam siebie, a nastepnie spojrzał mi w oczy i je mocno wytrzeszczył, gdy w końcu do niego dotarło. -O mój boże, Bob! -Szturchał chłopaka. Złapałem się kolejny raz za głowę, i na mojej twarzy pojawił się ogromny uśmiech. Pierwszy raz od pół roku.
Chodziłem nerwowo po domu, gdy reszta się zbierała. Nie mogłem już wytrzymać. Chciałem wybiec stamtąd i na pieszo pójść do tego cholernego szpitala.
W końcu znalazłem się w aucie. Nawet nie przeszło mi przez myśl, by budzić wtedy brata czy mamę, po prostu byłem zbyt energiczny i rozkojarzony.
Dotarliśmy na miejsce, a ja wybiegłem z samochodu prosto do drzwi. Skręciłem w prawo, potem po schodach na górę, i już byłbym w sali, gdyby nie lekarz, który pół godziny wcześniej, dzownił do mnie. Zatrzymał mnie, tłumacząc, że musze być naprawdę cierpliwy i delikatny. Jest szansa, że może mnie nie pamiętać. Mówił także, że Frank póki co nic nie mówi, ledwie się rusza, ale rozumie co się do niego mówi. Potwierdziłem, że zrozumiałem i wtedy już powoli wszedłem do sali, a zaraz za mną moi przyjaciele. Gdy tylko z daleka ujrzałem jego otwarte oczy, rozpłakałem się. W sali były dwie pielęgniarki, które nadal mówiły do niego, a gdy mnie zobaczyły, uśmiechnęly się i powiedziały, abym podszedł. Obserwowałem go cały czas. Patrzył pusto w sufit, jakby zdawał się mu interesujący i leżał, nie ruszając się. Wcale nie musiałem nieczego robić, wystarczyło mi patrzeć na jego otwarte oczy. Wiadomo, że jakbym mógł, rzuciłbym się na niego, przytulając go całym sobą, i nigdy więcej nie puszczając, lecz tego zrobić nie mogłem.
-Dobrze, zostawiamy was na chwilę samych, jakby cokolwiek się działo, od razu proszę nas wołać. -Powiedziała jedna z nich, a nastepnie skierowały się do drzwi.
-Gerard? -Rzekł Bob. -My też, ale wracamy za piętnaście minut. -Uśmiechnął się, co oddałem.
Zadzowonimy do twojego brata, a ostatecznie po niego pojedziemy. -Dodał Ray. Nic nie powiedziałem, a chłopaki wyszli. Zostałem z nim sam na sam. Tylko ja i on. Ja i on, i oboje żywi.
-Frank? -Zapytałem cicho, podchodząc bliżej, a potem delikatnie kucnąłem.
Frank po chwili przeniósł swój wzrok na moją twarz. Uśmiechnąłem się ze łzami w oczach. Patrzył się na mnie chwilę, a jego usta się delikatnie rozchyliły. Kątem oka dojrzałem jak jego palce u rąk delikatnie się poruszyły. Spojrzałem więc na nie, i powoli dostknąłem jego rękę. Poglaskałem ją, a on przymknął oczy. Usiadłem na skraju łóżka, zastanawiając się czy powinienem złapać go za rękę. Nie wiedziałem jak powinienem się zachowywać, i czy nie wystraszyło by go to. Postanowiłem i delikatnie ją uniosłem, załączając nasze palce razem. Nie ściskałem go mocno, a Frank właściwie wcale, czyli tak jak zawsze. Tym razem jednak otworzył swoje oczy, jeszcze raz spojrzał na mnie i powoli poruszył palcami. Wystraszyłem się, że chce, bym zabrał rękę, ale on pokolei, każdym z palcy, starał się zacisnąć nasze dłonie. Wtedy wiedziałem. Wiedziałem, że wie kim jestem i ci tutaj robię. Kolejny raz cicho zapłakałem, i nachylilem się nad nim, zostawiając pocałunek na jego czole. Siedziałem tam, i dziękowałem wszystkiemu co istnieje, za to, że się wybudził.
Frank co jakiś czas zamykał oczy, potem otwierał i spoglądał się na rzeczy wokół niego i na koniec na mnie.
-Kocham Cię, Frank. -Powiedziałem. -Cokolwiek ma się teraz stać, będę Cie kochał choćby nie wiem co.

Minęło pół godziny, odkąd Ray i Bob wyszli z pokoju, w końcu zjawili się z powrotem, tym razem z moim bratem i mamą. Ułożyłem rękę chłopaka z powrotem na łóżko i wstałem, obejmując Mikey'ego.
-Wiedziałem to, Gee. -Odezwał się, po czym puścił mnie, bym mógł uściskać mamę. Sam podszedł do Franka, i uszylszalem jedynie jego słowa
-Witaj z powrotem, Frank.

Witam, jest Happy End! Yeah.
Tyle ile dowiedziałam się o śpiączce w tym tygodniu, już mi zupełnie wystarczy, bo każdy możliwy portal jest przeze mnie przetrzepany.
To jeszcze tylko drugi epilog i koniec;-;
I tak- Znowu nie spałam całą noc, świetnie. ❤️

See u tomorrow? | Frerard Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz