Spakowaliśmy tylko potrzebne rzeczy, aby nie musieć nosić ciężarów i wyszliśmy z domu. Było co prawda późno i nie znałem drogi na lotnisko, ale to nie grało roli.
-Co teraz, Gerard? -Zapytał brat -Nie mamy pieniędzy, żeby dostać się na lotnisko, o locie już nie wspominając.
-Mamy pieniądze, Mikes. -Obdarzyłem go uśmiechem. -Przynajmniej tak mi się wydaje -Dodałem do siebie, ale już na tyle cicho, że Mikey nie słyszał.
-Niby jak?
-Mam pin do konta Franka. Sam mi go dał, bym w każdej chwili mógł wypłacić pieniądze. Jeśli tylko tam są, wszytsko się uda. -Tak powiedziałem, mimo że w to nie wierzyłem.
Udaliśmy się do banku, gdzie czekała mnie chwila prawdy. Wszystko poszło z płatka, pin niezmieniany, pytanie czy zostały jakieś pieniądze. Wtedy przeżyłem, można powiedzieć, szok. Ani grosz nie zniknął z konta. Zadowolony wypłaciłem 800 euro, z nadzieją, że wystarczy na dwa bilety i dojazd.
Złapaliśmy taksówkę i za pół godziny byliśmy na lotnisku. Tu zaczęło się robić pod górkę. Wystarczyło nam pieniędzy na zakup biletów, ale najbliższy lot do New Jersey był dopiero rano. Nie pozostało nam nic innego, jak usiąść i czekać. Było koło 23:30, gdy siedząc na dość niewygodnych siedzeniach, gdzieś w odmętach lotniska, odezwałem się do zmartwionego brata.
-Mikey... Nie mógłbym cię zostawić tam samego.
-Nie przejmuje się, że jesteśmy nieletni i bez zgody lecimy do innego kraju, by być z daleka od chorej matki i jej nowego faceta. -Słuchając tego wyobraziłem sobie scenariusz taniego filmu. -Tylko... Ciężko mi z faktem, że straciliśmy rodziców.
-Mi też... Ale nie mamy na to wpływu, wiesz o tym.
-Gee? A co jeśli ona wezwie policję i będziemy musieli tam wrócić?
-Nie wrócimy. Jeśli nic nie zadziała, porozmawiam z babcią. Wiem, że lepiej byłoby u niej, niż z nimi.
-A jesteś pewien, że Frank nas przyjmie? Nie powiedziałeś mu nawet o wyprowadzce...
-Wiem Mikes. Ale znam go. Pierwsze co, to skontaktujemy się z Rayem, by nam powiedział, gdzie mamy go w ogóle szukać, a potem zwyczajnie zapukamy do jego drzwi.
-Zimno mi...-Rzekł po dłuższym zastanowieniu. Dałem mu swoją bluzę, którą okrył się i po chwili zasnął. Ja całą noc pilnowałem wszystkiego. Trochę rysowałem, a co gorsza w mojej duszy pojawił się płomyk nadziei, że go wkrótce zobaczę.
Ranek nadszedł bardzo powoli. Przerażał mnie fakt, że nie szukała nas policja, ani nasza matka do mnie nie dzwoniła i wszytsko szło zgodnie z planem. Bezproblemowo wysiedliśmy w samolot, gdzie spędziliśmy kolejne siedem godzin, które pozwoliłem sobie przespać. Na początku było ciężko, lecz poczułem panujące nad moim ciałem znaczenie, które ogarnęło mnie nawet nie wiem, w którym momencie.
Gdy wysiedliśmy już w New Jersey koło 15:30 pierwsze co, taksówką udaliśmy się pod nasz dom. Ten prawdziwy dom. Nie weszliśmy do środka, ale przez okna mogliśmy dostrzec wnętrze. Większość rzeczy wciąż tam była. Kanapa, telewizor i inne. Wtedy postanowiłem zadzwonić do Raya i umówiłem się z nim by przyszedł właśnie tutaj. Gdy odebrał, był zaskoczony telefonem, lecz bardzo szybko zgodził się na spotkanie. Obiecał, że będzie do piętnastu minut.
Gdy zobaczyłem nadjeżdżający samochód, a w środku przyjaciela, od razu się uśmiechnąłem, wraz z Mikey'im. Wysiadł z auta i natychmiastowo mnie przyjacielsko objął.
-Gdzieś tyś się idioto podziewał? -Rzekł, śmiejąc się.
-Też miło cie widzieć, Ray. -Również się zaśmiałem. Po chwili podszedł do Mikey'ego i całkiem podobnie się przywitał.
-Oczekuje wyjaśnień. -Rzekł, stojąc już naprzeciwko mnie.
-To swoją drogą Ray, myślę, że mogę nie mieć na to teraz czasu.. Co z Frankiem?
-Frank... Źle z nim. Nie potrafiliśmy go wyciągnąć kompletnie nigdzie. Siedzi cały czas w domu i nic nie robi, tylko śpi i płacze. -Przymknąłem oczy i skierowałem wzrok na swoje buty. -Gerard? -Podniosłem głowę. -Nie wierze, że mu to zrobiłeś...
-Ray, ja naprawdę nie miałem wyjścia. Wszytsko ci wytłumaczę, tylko powiedz mi, gdzie on mieszka.
-Zawiozę was. -Powiedział i ręką wskazał na auto. Wsiadaliśmy i ruszyliśmy. Po drodze rozmawialiśmy, gdzie wytłumaczyłem wszytsko Rayowi. Kompletnie wszytsko, wraz ze śmiercią ojca I zdradą matki. Wiedziałem, że mogę mu ufać. Zatrzymaliśmy się pod jakąś kamienicą. Nie była to taka, w której chwilowo mieszkaliśmy. Ta była całkiem ładna i schludna. Siedziałem jeszcze chwile w aucie, gdy rzekłem.
-Idziemy?
-Może lepiej idź na razie sam. -Rzekł Mikey.
-Właśnie. To ciebie najchętniej chciałby zobaczyć. -Dodał Ray.
-Na pewno? -Zapytałem.
-Leć. Najlepiej go gdzieś wyciągnij, byle z domu. Trzecie piętro, drzwi naprzeciwko schodów. -Odrzekł Ray. Powoli wysiadłem. -Nie spiesz się Gee, nie wiemy jak zareaguje. -Dodał. Przytaknąłem i wyszedłem. Powoli udałem się do drzwi frontowych, by wejść na klatkę. Serce biło mi jak szalone, ledwie utrzymywałem oddech, wchodząc piętrami w górę. Zobaczyłem wtedy ciemno brązowe drzwi, do których po głębokim oddechu, cicho zapukałem. Nikt nie otwierał, więc zapukałem drugi raz, co również nie poskutkowało. Nieznacznie nacisnąłem na klamkę, a drzwi delikatnie się uchyliły. Wszedłem cicho do środka i się rozejrzałem po pomieszczeniu w którym się znajdowałem. Na prawo można było wywnioskować, że znajdowała się kuchnia, a na końcu korytarza który był też przedpokojem znajdowały się cztery różne drzwi. Na szczęście, lub też nie jedne były uchylone, ale tylko lekko. Podszedłem by sprawdzić, co się znajdowało w środku. Widok spowodował, że z oczu od razu poleciały mi łzy. Ujrzałem bowiem tego samego Franka Iero, uroczo śpiącego na kanapie. Uśmiechnąłem się do siebie i otarłem całą twarz, z myślą, że to może być tylko cholerny sen. Właściwie mógłby być mokry, bo nie miał na sobie koszulki. Szybko wróciłem i zdjąłem buty z kurtką, więc po chwili znajdowałem się już przy nim. Usiadłem na brzegu kanapy, i opuszkami palców dotknąłem jego chłodnej i powoli sinej skóry, a następnie odgarnąłem pasma włosów z jego twarzy, zostawiając na policzku drobny pocałunek. Frank lekko rozszerzył jego, na ogół ogromne oczy, lecz nie na tyle by mnie ujrzeć i za chwilę ponownie usnął.
-Oj, Frankie... -Cicho wyszeptałem i zacząłem składać pocałunki na ramieniu z myślą, że się obudzi, lecz po tym wszytskim ten tylko wymamrotał
-Zostaw mnie Gerard, mam dość tych koszmarów. -Mówił z zamkniętymi oczami, jakby do mnie ale we śnie.
-Uszczypnąć cię, żebyś się obudził? -Wyszeptałem mu do ucha
-Mhm. -Wyjąkał, nie otwierając buzi. Sam tego chciał. Uszczypnąłem go mniej więcej w okolicy bioder i to wcale nie delikatnie, na co Frank momentalnie otworzył oczy i znów je przymknął, tak, żeby coś widzieć.
-Co... Tu się dzieje? -Wymamrotał.
-Cześć. -Odrzeknąłem. Frank powoli podniósł się, aż usiadł. Przyglądał mi się jeszcze chwile ze zmarszczonymi brwiami, aż jego wyraz twarzy ze złości, powoli zamieniał się w szczęście. Delikatnie otworzył usta i wyglądał wtedy na zaskoczonego. Wtedy do niego dotarło. Uśmiechnął się szeroko, pokazując rządek swych ząbków i rzucił się na mnie, przewracając mnie.
-Ty głupi gnoju, ty tępa dzido, ty szmato. -Kierował do mnie te słowa, z każdym przytulając mnie coraz mocniej. Nie był zły, ani nic takiego, był szczęśliwy, wiedziałem to. -Co to miało wszytsko znaczyć, co? Nienawidzę cie, ale cie kocham, ale nienawidzę. -Próbował się ode mnie odkleić i powiedzieć to w twarz, ale zwyczajnie nie umiał.
-Frank...
-Zamknij się! -Powiedział, śmiejąc się swoim uroczym głosem. -Jesteś... Jesteś -Próbował jeszcze coś powiedzieć, ale łamał mu się głos. -Tak bardzo tęskniłem. -Odkleiłem go od siebie, dłońmi oplotłem jego twarz i na ustach zostawiłem długi pocałunek.
-Ja też Frank... Jak cholera. -Spojrzał mi głęboko w oczy i ujrzał ból, z jakim musiałem wytrzymywać ostatni miesiąc.
-Co się stało, Gee. -Rzekł, powoli się uspakajając. -Czemu pozwoliłeś mi się tak zatracić.
-Zaraz ci wszytsko wytłumaczę, tylko musisz się zebrać. Ray i Mikes czekają ma dole.
-Najpierw zadzwoniłeś do... Raya?
-Chciałem wiedzieć gdzie mieszkasz, nie wiem jakbyś zareagował na to przez telefon... Bałem się.
-W porządku... Przynajmniej jesteś. -Uśmiechnął się, co również oddałem. Zebrał się całkiem szybko, po czym wyszliśmy przed kamienice, powodując uśmiech na twarzach Mikey'ego i Raya.
-W końcu -Rzekł przyjaciel i wsiedliśmy razem do auta, by zaraz znaleźć się w jakiejś knajpce.
-Mogłeś powiedzieć... Wiesz, że bym ci pomógł. -Rzekł Frank po usłyszeniu całej historii. Siedział mocno wklejony do mnie, a głównie dlatego, że w ów knajpce nie było praktycznie nikogo oprócz naszej czwórki.
-Wiem Frank. Po prostu się bałem.
-Co teraz zamierzasz?
-Sam nie wiem... Nie mogę tam wrócić i aktualnie to nie mamy gdzie spać. Właściwie miałbym pytanie.
-Jasne, że możecie. -Odrzekł od razu. Mikey spojrzał na mnie uśmiechnięty.
Przesiedzieliśmy rozmawiając o naszym problemie koło trzech godzin, gdy zbliżyła się 20:30, a na dworze było już ciemno i zimno, więc zebraliśmy się do domu. Ray odwiózł nas, po czym obiecaliśmy sobie, że jutro gdzieś wyjdziemy. Frank na szczęście miał dwa pokoje. Moglibyśmy spać w salonie, ale jeśli nie trzeba, to ja z Frankiem zajęliśmy jeden, a Mikey drugi pokój. Do tej pory było tak, jakbym chciał aby było przez choćby resztę życia.
Tak więc jest. Myślę, że przebrniecie, a ja uciekam spać ;-;
