Zasadniczo zapowiadał się ciężki dzień. Gdy posprzątaliśmy i Frank już wyszedł do domu, poleciałem na górę, aby móc wyspać się przez resztę dnia. Niestety, gdy tylko wróciła mama, obudziła mnie i przepraszając, za polecenie, które następnie wydała, poszła położyć się spać. Ona też była nieźle zmęczona i poprosiła mnie abym poleciał do sklepu i kupił cokolwiek do jedzenia, tak aby Mikey miał coś, gdy wróci. Z jednej strony byłem zły, bo sam też nie kipiałem energią, ale gdy ją zobaczyłem, rozumiałem, że jej ciężko. Postanowiłem porozmawiać z nią gdy tylko się obudzi, a sam zacząłem się zbierać.
Będąc w pobliskim sklepie, za resztę, która mi została, kupiłem parę niepotrzebnych rzeczy. Jakoś tak zawsze miałem, że każde pieniądze wydawałem na drobnostki, które potem nie mogły znaleść swojego miejsca i trafiały do kosza. Na półce znalazłem mały egzemplarz z chwytami do gitary. W sumie może bym coś się z tego nauczył. Wziąłem jeszcze gumy do żucia i jakieś dwie zdrapki.
Jako dobry brat, postanowiłem zrobić śniadanie i mnie i Mikey'iemu. Oczywiście musiało to być danie na miarę moich możliwości, czyli płatki z mlekiem. Koło dziesiątej pojawił się owy zjadacz płatków. Razem usiedliśmy i rozpoczęliśmy jedzenie. Minęło parę minut, gdy poczułem pewien zapach. Zapach papierosów. Spojrzałem na Mikey'iego, który niepozornie siedział przy stole. Wstałem i zacząłem obwąchiwać brata, jakkolwiek źle by to nie brzmiało i wyglądało. Ten wbity w krzesło, siedział bez ruchu. Wróciłem na miejsce, ułożyłem dyplomatycznie ręce i powiedziałem.
-Michaelu Jamesie Way, czy Tobie się coś nie popieprzyło? -Dalej patrzył na mnie ze zgrozą.
-Gerard... Błagam, nie mów mamie. To był jedyny raz, przysięgam. -Sam nie wiedziałem co zrobić. Nie powiedziałbym o tym mamie, aczkolwiek coś mnie do tego przekonywało.
-Mikey... Wiesz, że to jest szkodliwe jak cholera..
-Sam palisz -Przerwał, ironicznie unosząc brew. Od razu spiorunowałem go wzrokiem, a jego ironia wpisana w naturę, szybko zniknęła.
-Właśnie dlatego nie chcę, żebyś ty zaczął. -Powiedziałem spokojnie. Zamknąłem oczy i chwilę pomyślałem -Nie powiem mamie, ale jeżeli się to powtórzy, nawet gdy będziesz miał trzydzieści osiem lat -Podkreśliłem -To wydrapię ci oczy i zaszyję usta, rozumiesz?
-Jasne.. -Powiedział ciągle zdezorientowany. Wziął talerze i wyniósł, jakby na zasadzie zapłaty, za to, że nie doniosę mamie o wszystkim. Jeśli teraz będzie zachowywał się jak baranek, to może być ciekawie.
W pokoju miałem totalny bałagan. Najbardziej na biurku, na którym znajdowały się kartki, zeszyty i wszystko inne co było mi na tą chwilę nie potrzebne. Rzuciłem byle jak swoje zakupy i zająłem się gitarą. Nie umiałem jej do końca nastroić ale internet mi pomógł. Wyciągnąłem książeczkę z chwytami i próbowałem cokolwiek zagrać. Średnio szło, ale przesiedziałem nad tym już praktycznie godzinę. Gdy miałem odłożyć ją na miejsce, do pokoju wszedł Mikey
-Mama, mówi, że masz wyrzucić śmieci. -Przerwał -O, skąd masz gitarę? -Chwile zastanawiałem się nad odpowiedzią, mimo to postanowiłem powiedzieć prawdę.
-Frank mi pożyczył.
-To ten koleś, z którym wychodziłeś? -Przytaknąłem głową -Umiesz coś zagrać?
-Średnio mi idzie. -Zrezygnowanie wręcz ode mnie biło.
-Może Frank by cię nauczył. -Mikey usiadł na krześle obok biurka.
-Pewnie tak. -Nastała chwila ciszy. Odłożyłem gitarę i podszedłem do biurka, wyrzucając wszystko do kosza, tak, aby Mikey nie zobaczył moich rysunków. Nienawidziłem, gdy ktoś na nie patrzył, to była cząstka mnie.
-Właśnie wyrzuciłeś paczkę gum, przez Twoje "fobie" -Powiedział Mikey.
-Walić to, i tak nie są mi potrzebne. -Byłem już lekko poddenerwowany.
-To ja je sobie zatrzymam. -Sęp Mikey zaczął grzebać w koszu, niczym w martwej ofierze, gdy ja rzuciłem się na łóżko, okrywając się kołdrą. Gdy szum kartek i innych śmieci ustąpił, nastała długa cisza. Pewnie znalazł te gumy i poszedł. Czemu nikt się mną nie zainteresuje, nie dla własnych zysków?
-Gerard?
-Czego znowu? -Rzuciłem, gdy po godzinie Mikey wszedł do pokoju. Akurat szkicowałem, więc nie fajna była czyjaś wizyta.
-Bo... -Stał nieco wbity w ziemię. -Kupowałeś zdrapki dzisiaj?
-Momentalnie spojrzałem na niego.
-Tak.
-Bo gdy znalazłem gumy, to one też tam były i wiesz, trochę bezczelnie je sobie zabrałem.
-Trochę bardzo bezczelnie. -Odpowiedziałem, wracając do rysowania.
-No... Tak czy tak, prawie wyrzuciłeś siedem i pół tysiąca. -Powiedział, patrząc na mnie.
-Słucham? -Od razu podskoczyłem na krześle.
-Ja je zdrapałem i jeżeli się nie mylę, to jest wygrana.
-Gdzie one są? -Prawie krzyknąłem.
-Spokojnie -Mikey podążył ręką do kieszeni i wyjął jedną ze zdrapek. Następnie mi podał. Przyjrzałem się z nadzieją w oczach, czy aby na pewno Mikey się nie myli. Wstałem i rzuciłem się na brata, mocno go przytulając. Wiedziałem. Wiedziałem, że zawsze się jakoś ułoży. Następnie rzuciłem się na łóżko.
-Mama się ucieszy. -Powiedział Mikey. Otrząsnąłem się i spojrzałem na niego.
-Chodź na chwilę -Powiedziałem, robiąc mu miejsce obok. Mikey podszedł, już wiedząc, że coś będzie nie tak.
-Mikey... Nie możemy powiedzieć mamie -Mówiłem możliwie cicho.
-Czemu?
-Widzisz... Potrzebuję pięć tysięcy...
-Jak to? Po co? -Zapytał zszokowany
-Jest pewien problem, który musi być rozwiązany.
-Gerard. Mów. - Chwilę się zastanowiłem, czy powinienem ale znałem mojego brata na wylot, wiem, że jeśli bym go poprosił, nie powiedziałby nikomu. -Gee. -Powiedział stanowczo. Zacząłem tłumaczyć mu o Franku i o tym co mu się przydarzyło.
Po tym pełnym epitetów wykładzie, Mikey chwile się zamyślał, aż w końcu powiedział
-Gee, jesteś pewien, że jest tego wart?
-Jestem. I wiem, że on wszystko odda, tylko teraz najważniejszą walutą jest czas. -Odrzekłem. Szczerze, nie sądziłem, że Mikey się zgodzi tak szybko. Mimo wszystko chciał, żebym mu odpalił część. Zgodziłem się, w końcu gdyby nie on, pieniądze poszłyby na wysypisko. Zgodziliśmy się i schowałem kupon do szuflady, a Mikey wyszedł. Byłem tak zadowolony, że nie mogłem doczekać się, aż powiem o wszystkim Frankowi.
Ja: Cześć Frank. Masz dzisiaj czas? To dość ważne.
Frank: Mam korki z matmy, ale mogę je przełożyć, jeśli chcesz
Zastanowiłem się chwilę, co powinienem zrobić.
Ja: To może być dość istotne i nie powinno czekać...
Frank: Nie ma sprawy. O której?
Ja: Pasuje Ci 18:00 przy parku?
Frank: Jasne, do zobaczenia.
Dobra, miałem godzinę.
Nie wziąłem ze sobą życiodajnej zdrapki, bo gdybym ją zgubił nie byłaby już taka życiodajna. Bądź co bądź stałem jak zwykle trochę wcześniej przy parku, czekając. Pogoda była byle jaka. Było duszno, jak wczoraj w nocy i mimo panujących chmur, niebo robiło się pomarańczowe. Wiatr był chłodny, dzięki czemu równał się z temperaturą i ogółem wyglądało, jakby zaraz miała nadejść burza. W końcu zjawił się.
-Cześć, w porządku? -Zapytał zmartwiony
-Tak tak tylko... Chodź gdzieś usiąść. -Ruszyliśmy na ławkę, niedaleko placu zabaw, czy niegdyś schronu. Frank sam z siebie nie chciał zacząć i nie dopytywał się o co chodzi. Zachowywał się, jakby mimo, że byłoby to zwykle spotkanie i tak odwołał by matme.
-Więc -Zacząłem. -Nie będę ci opowiadał całej historii związanej z tym i pokrótce, po prostu Ci powiem.
-Um, w porządku - Powiedział mocno zdezorientowany.
-Mam magiczną zdrapkę, dzięki której będziesz mógł spłacić dług.
-Słucham? -Wytrzeszczył oczy.
-Dzięki mojemu bratu, wygrałem siedem i pół tysiąca.
-Coś poza tym? -Zapytał obojętnie Frank. Mocno się zdziwiłem po tych słowach. Bardzo mocno.
-Frank... Ten dług..?
-Dług jak dług. Nic z nim nie zrobie.
-Ej, co tu sie dzieje. Właśnie chcę, abyś go spłacił, a ty udajesz idiotę.
-Ty chyba nie myślisz, że przyjmę te pieniądze.
-Frank... -Spojrzałem z politowaniem
-Gee. Zrozum, to nie jest mała kwota. Ty prawdopodobnie nawet nie wiesz co robisz..
-Ej. -Przerwałem mu stanowczo. -Wiem co robię i wiem czego chce, rozumiesz? -Chcę żebyś był cały ale ci tego nie powiem prosto w oczy. Frank wstał i zaczął nerwowo chodzić w kółko myśląc.
-To za dużo. -Powiedział, gdy przystanął. Wstałem i podszedłem bliżej. Patrzyłem mu prosto w oczy
-Może i to dużo ale ty potrafiłeś się zebrać w środku nocy i przyjść do mnie. To też dużo. -Nadal niepewnie na mnie patrzył. -Nawet mój brat powiedział, że jeżeli jesteś... -Zatrzymałem potok słów. -jesteś na tyle w porządku, że mogę Ci zaufać to i on się zgodził. -Było blisko.
-Twój brat wie?
-Tak. Ale Mikey to porządny gość, ufam mu i jestem pewien, że nikomu nie powie.
-Gerard. Jesteś pewien, że chcesz to zrobić? -Włosy spadły mu na twarz, gdy zawiał delikatny wiatr. Chciałem je poprawić z odruchu, na szczęście się powstrzymałem. Wyglądało to na jakiś niewielki tik nerwowy, chociaż tyle.
-Jestem pewien -Powiedziałem powoli. Frank spojrzał na swoje buty, na chwile zamknął oczy i rzucił się na mnie, niczym ja na Mikey'ego tyle, że mocniej. Również objąłem go, zadowolony z rezultatu. Ściskał mnie dość długo, aż powoli zaczął się odsuwać. Gdy odległość miedzy naszymi twarzami była niewielka, nasze oczy skupiły się na sobie. Frank poprzestał w odsuwaniu się i po prostu stał. Myślałem, że to po chwili minie ale nie mijało. Frank nadal stał blisko, a ja ani rusz, nie chciałem tego zepsuć. Po prostu patrzyłem mu w oczy, bo nie umiałem przestać. On chyba też miał z tym problem, bo nie zmniejszał odległości. Usłyszałem jego trzęsący się oddech. Sam chyba tego nie wychwycił, a mi zaczęło szybciej bić serce. Nie wiem co się działo, ale nie chciałem go wystraszyć i zachowałem spokój. Gdy kątem oka zobaczyłem jak nieznacznie przygryza wargę, ledwie się powstrzymałem od wygryzienia się w nią. Wtedy usłyszeliśmy czyjś śpiew nieco dalej od nas. Frank odskoczył ode mnie i od razu się obejrzał. Jakieś dresy przechodziły w innej alejce. Aż cieżko było ich wypatrzeć przez drzewa, a ja tylko przymknąłem oczy i złapałem się za głowę. Przetarłem ręką całą twarz i założyłem włosy za ucho. Szybko włożyłem ręce do kieszeni, gdy zauważyłem jak są roztrzęsione. Frank powoli się odwrócił, ale nie spojrzał na mnie
-Nie zdążyłem powiedzieć dzięki, a to i tak za mało na oddanie tego... No wiesz, pożyczki. -Plątał się w słowach, które próbował wypowiedzieć. Ciągle patrzyłem na niego. Podchodził do tematu jakby nic się przed chwilą nie stało. Zrobiłem się przez to lekko zły. Zmarszczyłem brwi i powiedziałem
-Nie ma sprawy -próbując podkreślić swoje zdziwienie.
Wracaliśmy w ciszy, jak nigdy, a gdy doszliśmy do mojego domu, pożegnaliśmy się. Nie, nie tak jak zawsze. Zwykłe niepewne "cześć".
Leżąc w łożku długo analizowałem nasze zachowanie. Przerażało mnie, że taka sytuacja miała miejsce, w końcu jesteśmy facetami. Powinienem myśleć o znalezieniu sobie dziewczyny, a ja co? A ja żałowałem. Żałowałem, że go wtedy nie pocałowałem.
