Ubraliśmy się w oficjalne stroje i wsiedliśmy do karety. Naszą podróż postanowiłem zacząć od Przeklętych Lasów.
Von powinien znać już Złe Miasto, bo przecież tu mieszkał.
Ahery prowadził jeden z demonów. Poza tym byliśmy sami. Ja i Von.
-Naszym pierwszym przystankiem jest Przeklęty Las, nie wystrasz się zjaw, bo narobisz nam wstydu – przestrzegłem
-Uch... mhm – mruknął, niepewnie spojrzał się na mnie, po czym zawiesił wzrok na swoich nogach
Czyżby przejmował się jazdą sam na sam ze mną w roli głównej? A może nie jest zadowolony z tego, że musiał się ze mną ożenić? Nie wiem, mało mnie to obchodziło.
Oparłem głowę o rękę, która stykała się z bokiem pojazdu. Przymknąłem oczy.
-To może chwile potrwać, możesz wziąć ze sobą to ciepłe futro, bo raczej jest tam chłodnawo, jak dla ciebie – pokazałem palcem na leżącą obok mnie garderobę.
Chciałem uciąć sobie drzemkę, ponieważ przed nami ciężka droga.
*~*~*
Znaleźliśmy się już poza granicami Złego Miasta. Temperatura powoli spadała. Nie robiło mi to różnicy.
Otworzyłem jedno oko. Widziałem, że chłopak trzęsie się z zimna.
Chwyciłem futro i zrobiłem miejsce dla upadłego. Poklepałem siedzenie obok mnie.
-Możesz tu usiąść, jak ci zimno – powiedziałem
Kilka sekund później poczułem, że ktoś opiera się o moje ramie. Ubranie, które trzymałem na kolanach położyłem na mężczyźnie. Powinno zrobić się mu cieplej.
Przestał dygotać.
-Lepiej? - zapytałem
-Tak – odpowiedział
-Jeszcze chwila i będziemy musieli wysiąść – oznajmiłem
Na szczęście za zadanie mieliśmy, tylko i wyłącznie złożyć wizytę mieszkańcom poszczególnych krain. Porozmawiać z nimi i takie tam.
Minęło kilka dłuższych chwil. Kareta zatrzymała się.
-Jesteśmy! - krzyknął demon, który siedział na zewnątrz
-Wysiadamy – otworzyłem drzwi i pokazałem, że chłopak ma wysiąść pierwszy
Dał krok na przód. Trząsł się jeszcze bardziej. Dziwiłem się, że aż tak mu zimno.
Zdjąłem swój długi płaszcz i okryłem go. Zawstydził się.
Zachichotałem.... Śmieszny był.
Staliśmy przy wejściu do Przeklętego Lasu. Kilka kroków dalej czekał już na nas Lotte.
-Chodźcie, chodźcie, czekają na was – powiedział
Po drodze rozmawialiśmy na różne tematy. W końcu doszliśmy do centrum.
Było to niewielki obszar, gdzie nie rosło żadne drzewo. Na środku wznosił się maluśki domeczek, który należał do zarządcy.
Zacząłem machać w stronę zebranych mieszkańców.
Szturchnąłem Vona łokciem.
-Uśmiechaj się – szepnąłem
Mimo, iż nie miał ust łatwo było zauważyć, że się nie śmieje. Wszystko zdradzały oczy.
Chwyciłem go pod rękę, gdyż gdzieniegdzie wystawały grube korzenie.
