36.

931 22 0
                                        


Od dłuższej chwili panowała cisza. Will był skupiony na drodze, a ja kątem oka zerkałam na niego. Jedna sprawa nie dawała mi spokoju. A mianowicie ich praca. Czy na pewno jest ona bezpieczna i uczciwa, tak jak nas zapewniali? Czy w warsztacie można zarabiać aż tak dobrze? Nie sądzę.

- Will?- spojrzałam na niego uważnie.

- Tak, księżniczko?- odwrócił się na chwilę w moją stronę z uśmiechem, a następnie znów skupił się na drodze.

- Czy wy na pewno pracujecie w tym warsztacie, czy to tylko zwykła przykrywka?- chciałam mieć to za sobą, więc zapytałam wprost. Wydawał się być lekko spanikowany. Zacisnął dłonie na kierownicy i spojrzał na mnie niepewnie. Jednak zaraz odwrócił wzrok, ale było za późno. Wiedziałam.

- Kochanie, przecież...- nie chciałam słuchać tych bzdur. Obydwaj nie potrafią kłamać. Louisa też łatwo przejrzeć.

- Will!- dojechaliśmy pod szpital, gdzie zaparkowaliśmy. Chłopak zgasił samochód i odchylił głowę do tyłu. Po chwili spojrzał na mnie i cicho westchnął.

- Liv, czemu ty jesteś taka uparta? Przecież mówiłem, że nie musisz się o nic martwić. To jest naprawdę bezpieczna robota- powiedział, a ja westchnęłam i zakryłam twarz dłonią.

- Czy ty myślisz, że my jesteśmy aż tak naiwne?- spojrzał na mnie lekko zdezorientowany.- Will, z głupich napraw nie zarabialibyście tylu pieniędzy. Proszę cię, nie okłamuj mnie. Jeśli myślisz, że się nie martwię, to jesteś w ogromnym błędzie. Ta sprawa nie daje mi spokoju, więc wyjaśnij mi, o co w tym wszystkim chodzi, bo zwariuję.

- Możemy pogadać potem? Teraz się śpieszymy, trochę- podrapał się po karku i spuścił wzrok, co zdradziło po raz kolejny jego zdenerwowanie. Zawsze to robi, gdy się denerwuje.

- Dobrze, ale ta rozmowa cię nie ominie. Pamiętaj- rzuciłam mu ostrzegawcze spojrzenie, na co uniósł ręce. Wysiedliśmy z samochodu i udaliśmy się do środka.

Usiedliśmy w poczekalni i czekaliśmy na swoją kolej. Will opierał się o kolana i patrzył na swoje złożone dłonie. Jego humor, po naszej rozmowie, zupełnie się zmienił. Być może nie wybrałam idealnego momentu, ale ta sprawa nie daje mi spokoju. Po chwili jednak wyrwał się z zamyślenia i chwycił moją dłoń, którą pocałował i posłał mi słaby uśmiech.

- Gniewasz się na mnie? – zapytał niepewnie.

- Na razie nie mam powodu. Po prostu się o was martwię.

- Chcieliśmy ci tego oszczędzić, ale jak zawsze wszystko chrzanimy- westchnął i przyłożył moją dłoń do swojego policzka.- Wybacz- spojrzał na mnie tymi swoimi ciemnymi oczami, a ja nie mogłam powtrzymać uśmiechu. Wyglądał jak małe, zagubione dziecko, które popełniło jakiś błąd i bardzo tego żałuje. Nie potrafię się na niego gniewać. Ja po prostu nie chcę, aby stała mu się jakaś krzywda. Nie zniosłabym tego.

Objął mnie, a ja oparłam głowę o jego ramię. W końcu nadeszła moja kolei i weszłam do gabinetu. Pani Brown, to bardzo miła, starsza lekarka.

- Witam cię, usiądź proszę- kobieta posłała mi uśmiech i wróciła do przeglądania papierów.

Po chwili rozpoczęła badanie.

- Wszystko jest w jak najlepszym porządku. Mogę już zdradzić płeć dziecka. Zawołać tatusia?- zaśmiała się, a ja przytaknęłam, odwzajemniając uśmiech.

William:

Siedziałem na korytarzu już dłuższą chwilę. Dziś miałem skupić się tylko na Liv i naszym dziecku. Tymczasem moją głowę zaprzątają myśli związane z Hectorem. Podobno dość mocno węszy i za wszelką cenę próbuje znaleźć mnie... i Olivię. Nie rozumiem, po co wciąga w to wszystko ją. Ale coraz bardziej zaczyna mnie to denerwować. A do tego jeszcze Liv drąży temat naszej roboty. Cholera, tego się obawiałem.

"Szczęśliwy przypadek"Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz