10.

152 9 0
                                        

Taehyung pov.

-I tak. Na pewno. -Powiedziałem z lekkim uśmiechem po chwili.

Kookie wyglądał tak, jakby naprawdę bardzo się cieszył, że mu pomogę. Szczerze nie miałem zielonego pojęcia czemu to dla niego takie ważne. Pokłócili się, czy co? No ale to był dobry sposób na jakiekolwiek odpłacenie mu się za to, co dla mnie zrobił. Bo to było dużo. Wręcz bardzo dużo. Później dopytam go o szczegóły.

-Tylko dlaczego prosisz mnie o to dopiero teraz? -Zastanawiałem się. -Przecież przychodzisz od grudnia. -Łaskawie przypomniałem.

Tak. Ten nocny koszmar trwał od grudnia. Dokładnie to od 30 grudnia. Pierwszy raz Jungkook przyszedł w moje 10 urodziny. Były to moje najgorsze urodziny w całej historii urodzin, pamiętając o tym, że w moje 9 skręciłem kostkę biegnąc za (byłym) przyjacielem, a w 7 prawie umarłem na zawał w wesołym miasteczku. Nic nie przebije tych 10, kiedy to krzyczałem i piszczałem tak głośno, że na następny dzień praktycznie nie mogłem mówić.

-Sam nie wiem. -Podrapał się lekko speszony po swojej odstającej (mimo wszystko świetnej) czuprynie. -Jakoś miałem pewne obawy co do tego. -Przyznał.

Kiwnąłem tylko na to głową, a czarnowłosy uśmiechnął się do mnie swoim ślicznym, króliczym uśmiechem.

-Okej, nie będę cię tak już męczyć tymi pytaniami. -Rzekłem widząc, jak chłopak robi znów niepewną minę.

-Nie no, spoko. To nie męczące. -Odparł.

Jednak ja wiem, co widziałem, więc jego głupie gadanie niczego by nie zmieniło.

Potem w ciszy jeszcze się huśtaliśmy jakieś 15 minut. Znaczy nie wiem jak nazwać to, co robił Kook, bo po prostu odpychał się lekko od czasu do czasu, kiedy ja po każdym wzlocie w górę bałem się, że ta skrzypiąca huśtawka zaraz się zerwie. Nic takiego się na szczęście nie stało i po tych 15 minutach postanowiliśmy już wracać.
                           *****
-Przyjdziesz dzisiaj w nocy? -Zapytałem nieśmiało.

Staliśmy właśnie pod moim białym, średniodużym domkiem jednorodzinnym z czerwonymi, błyszczącymi dachówkami.

-Przecież zawsze jestem. -Patrzył na mnie z uśmiechem i jakby wyższością.

No w sumie...

-Nie zawsze! -Przypomniało mi się.

Spoglądałem oskarżycielsko na Jungkooka.

-Co? -Zdziwił się i nawet potrzebował chwili na ogarnięcie, o co mi chodziło.

-Aaaa. Ale wiesz, że ja dziś też byłem u ciebie. -Stwierdził, po czym posłał mo łobuzerski uśmiech.

-Akurat. -Prychnąłem.

Nie wierzyłem mu. Nawet mnie nie obudził, co zawsze robił.

-Miałeś różową piżamkę w ciasteczka. -Wyszczerzył się.
Od razu spaliłem buraka, bo kto w tym wieku śpi w takich wzorkach i kolorkach?

-Dobra, spadaj. -Zakończyłem oschle.

-Nie jesteś taki święty i miły jak myślałem.  -Wyznał, wybuchając jakimś opętanym śmiechem.

-Ehhh -Westchnąłem. -Ja idę. -Prędko się pożegnałem.

Następnie ruszyłem w stronę małej, drewnianej bramy, którą zrobił tato jeszcze w tamto lato. Już złapałem za jej okrągłą klamkę, gdy usłyszałem Kookiego.

-Przyjdę dzisiaj! -Krzyknął, żebym usłyszał z dzielącej nas odległości.

Obdarzyłem go moim jednym z najszerszych uśmiechów, a on odwdzięczył się tym samym. Dosłownie sekundę później po prostu go nie było! Zwyczajnie... zniknął!

Seesaw// TaeKook [ZAKOŃCZONE]Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz