I'm sorry kid.

384 17 15
                                    

*Kilka minut wcześniej*

Jak zwykle spałam sobie smacznie w łóżku pod grubą kołdrą. Nie pamiętam czy coś mi się śniło czy nie. Dzień jak co dzień.
Nie wiadomo skąd rozległ się głośny komunikat: „Statek nr 32601 właśnie wylądował. Państwo Stark proszeni są na pas lądowania"

W tym momencie zdołałam z siebie wydusić jedynie głośne przekleństwo.
Zerwałam się z łóżka w kierunku szafy wyciągając pierwszy lepszy sweter jaki znalazłam. Założyłam botki i ruszyłam pędem zarzucając na siebie w biegu materiał.
Moje myśli próbowały zagłuszyć monotonny komunikat. Avengers wrócili.

***

Zasapana dobiegłam do Quinjet'a, przy którym już stał Stark z panią Pepper. Nawet nie wiem kiedy zdążyli się ubrać.
Opatuliłam się mocniej swetrem czekając aż ekipa zacznie wychodzić ze statku.

Serce waliło mi jak młotem. W tym momencie ważyły się losy całego świata. I mojego życia.
Starałam się uspokoić oddech jednak nic mi to nie dawało. Nogi były jak z waty, ręce drżały, co chwila przez moje ciało przechodziły dreszcze. Miałam wrażenie, że to będzie trwać wieki.

Kiedy w końcu mechaniczne drzwi się podniosły, pierwsze co zobaczyłam to Thora. Z tą samą kamienną twarzą, z którą wsiadał na statek ponad tydzień temu. Za nim wyszła Kapitan Marvel, pan Banner, Rocket, Rhodes i Steve Rogers. Wszyscy z wyrysowanym na twarzach bólem. Ostatnią zobaczyłam Natashę. Spojrzała na mnie, bezgłośnie wypowiadając:
-Przykro mi młoda.

Nie... nie, nie nie!!! Nie możliwe!
Runęłam na kolana podbierając się rękami. Poczułam na dłoniach mokrą rosę. Wydobyłam z siebie przeraźliwy dźwięk. Zaczęłam krzyczeć i płakać na raz. Gardło bolało mnie coraz bardziej. Jakaś część mnie była przerażona i zawstydzona moim głośnym szlochem.

Wstałam i rzuciłam się z pięściami na Steve'a Rogersa, stojącego najbliżej.
-Dlaczego ich nie przywróciliście?! Mieliście ich uratować!- wrzeszczałam, bijąc Kapitana w jego ramiona- Mieli żyć! Wszyscy mieli wrócić! Dlaczego ich nie uratowaliście?!- moja furia zaczęła zamieniać się w coraz głębszy szloch. Ktoś próbował mnie odsunąć od pana Rogersa, krzycząc na mnie, że mam się uspokoić. Nie docierało do mnie nawet kto to był. Szarpałam się z nim płacząc i krzycząc.

Nie wiem jak i kiedy znalazłam się w czyichś ramionach. Dopiero poźniej zauważyłam krótkie blond włosy.
Z całej siły starałam się przytulić do pani Romanoff płacząc w jej ramię.
Nie czułam już niczego, tylko i wyłącznie kompletną pustkę. Słyszałam szept Natashy „Już wszystko dobrze" ale wiedziałam, że nic nie jest dobrze. I już nigdy nie będzie.

Straciłam na zawsze moich rodziców, brata, ciotkę, przyjaciół, Petera. Zrozumiałam, że już nigdy ich nie zobaczę, że zostałam sama, że pani Romanoff przytula mnie z litości. Że jestem tu, wśród nich tylko i wyłącznie z litości. Nie zostało mi już nic. Zginęła moja nadzieja, moje emocje, moja dusza. Została tylko pustka.

Odsunęłam się od Natashy i zaczęłam zmierzać w kierunku budynku. Miałam wrażenie, że byłam ogłuszona. Cały świat jakby ucichł, a głosy Avengers nie dobiegały nawet do moich uszu. Wzrok utkwiłam w główne drzwi. Głośno oddychałam, głęboko. Podświadomie wiedziałam, że jest ze mną źle, ale nie mogłam się opanować. Nie spostrzegłam się nawet kiedy dotarłam do kwatery. Nie pamiętam drogi, którą tu przyszłam. Wszystko jest mi już obojętne.

***

Siedzę, skulona, opatulam nogi swoimi ramionami. Bujam się. W przód i w tył. Wdech, wydech. Moje myśli to jeden wielki kłębek. Analiza mojego życia. Każdego momentu, każdej decyzji. Marzę? Nie. Rozmyślam co by było gdyby...
Odgłos pukania do drzwi. Ktoś wchodzi do środka. Wpatruję się pustym wzrokiem w spływające po oknie krople.
-Nell? Wszystko w porządku?
Peter? Nie. Za niski głos. Z resztą to nie może być Peter. Przecież nie żyje. W przód i w tył. Wdech, wydech.
Spoglądam na mężczyznę. Pan Rogers. Ponownie odwracam wzrok w kierunku szyby. Oprócz ciągłych pytań i analiz gdzieś echem w mojej głowie odbija się głos „Pustka", „Litość", „Nic mi nie zostało"
W przód i w tył. Wdech, wydech.
-Hej młoda. Wszystko ok?
Nie słyszę go. Chyba. Słyszę... ale bardzo cicho. Tak jakby stał za ogromną wygłuszającą szybą. „Pustka; Litość; Nic mi nie zostało" W przód i w tył. Wdech, wydech.
Kapitan wyszedł. W przeciwieństwie do jego słów, domknięcie drzwi słyszę bardzo wyraźnie. Kolejna kropla spłynęła na sam dół okna. Zamykam oczy. Odgłos deszczu obijającego się o parapet jest kojący, ale równocześnie i nie do zniesienia.

Teenager's loveOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz