Torii
Uśmiechałam się szeroko do młodszej siostry. Nasz plan był prosty i możliwy do zrealizowania. Jej zielone oczy lśniły z ekscytacji – takie same jak moje. Ruszyłyśmy szybkim krokiem w stronę domu, wymieniając się radosnymi spojrzeniami i słowami.
– Myślisz, że się zgodzą? – spytała, a ja odwróciłam się do niej i zaczęłam iść tyłem.
– Myślę, że razem mamy jakąś szansę – uśmiechnęłam się. Ale gdy tylko spojrzałam w stronę domu, prosto w okno, uśmiech zgasł. Zatrzymałam się gwałtownie, z przerażeniem wpatrując się w siostrę, która również spoważniała. Podeszłam do niej i mocno chwyciłam za dłoń.
– Co oni tu robią? – szepnęła z przestrachem, a ja zacisnęłam wargi.
– Nie mam pojęcia, ale zaraz się przekonam – puściłam jej rękę, jednak zanim zdążyłam zrobić krok, złapała mnie za łokieć i odciągnęła w tył.
– Zwariowałaś?! To królewska straż – oni są nieobliczalni, tak samo jak król. Masz talent do wkurzania strażników, a to nie skończyłoby się dobrze – westchnęła. Zanim zdążyłam jej odpowiedzieć, usłyszałyśmy przeraźliwy krzyk. Spojrzałam na Tracy i wyrwałam się. Jej kroki rozległy się za mną. Ostrożnie podbiegłyśmy do okna. Wychyliłam się i... zamarłam.
– Co tam się dzieje? – słyszałam jej szept. – Torii?
W tym samym momencie jeden ze strażników spojrzał w naszym kierunku. Natychmiast się cofnęłam, pociągając Tracy za sobą, zasłaniając jej usta dłonią. Miałam nadzieję, że nas nie zauważył. Ścisnęłam mocno jej rękę i w ukryciu oddaliłyśmy się jak najdalej. Dopiero za płotem wyprostowałam się, a Tracy uczyniła to samo.
– Musimy uciekać – powiedziałam z naciskiem, chwytając ją za ramiona. – Oby tylko nie wiedzieli, że Lartrakowie mieli dzieci...
Wyglądała, jakby zaraz miała się rozpłakać. – Wszystko ci wyjaśnię – zaczęłam, ale wtedy zobaczyłam wychodzącego z domu strażnika. Zamarłam. Chwyciłam dłoń siostry i ruszyłam biegiem. Musimy uciec, nawet jeśli nas zauważył. Uda nam się.
– Zatrzymajcie się! – rozległ się krzyk za nami. Przyspieszyłam, ciągnąc Tracy, która ledwie nadążała. W oddali pojawiła się rzeka. Spojrzałyśmy na siebie i wiedziałyśmy, co robić. Dzieliło nas tylko kilka metrów od wody. Biegłyśmy ile sił i bez wahania wskoczyłyśmy.
Potrafiłyśmy pływać, więc nie utoniemy. Mocniej ścisnęłam jej dłoń. Nie mogłam jej teraz puścić. Prąd porwał nas dalej. Rzeka była głęboka, pod stopami nie czułyśmy dna. Gdzie nas zaprowadzi? Oby tam nie czekali. W końcu wypłynęłyśmy na powierzchnię, walcząc o oddech. Moje płuca płonęły. Spojrzałam na Tracy – też dyszała. Dopłynęłam do brzegu i podciągnęłam się, pomagając jej wyjść. Padłam na ziemię, wpatrując się w ciemniejące niebo.
– Będzie padać – szepnęła Tracy. Podniosłam się i obserwowałam, jak niezdarnie wykręca wodę z sukienki.
– Tracy... – zaczęłam niepewnie. Podniosła wzrok. – Gdzie teraz pójdziemy?
Zanim odpowiedziała, usłyszałyśmy stukot kopyt. Spojrzałyśmy na siebie, a ja zerwałam się na równe nogi. Już chciałam ruszyć, gdy zatrzymała mnie za łokieć.
– Zaczekaj – powiedziała. Spojrzałam na nią z niedowierzaniem.
– Jeśli poczekamy, złapią nas. Zabiją. – prychnęłam. – Sama mówiłaś, że są nieobliczalni.
– Wolisz głodować i mieszkać w norach? To nie życie dla siedmiolatek, Torii. Jesteśmy niewinne. Nic nam nie zrobią.
– Jesteś tego taka pewna? – zapytałam z przekąsem. – Dlaczego więc wysłali tu generała?
Stukot kopyt narastał, a ona milczała. Westchnęłam i usiadłam. Nie zostawię jej. Jeśli ma to być nasz koniec, przeżyjemy go razem. Konie się zatrzymały, a ja spojrzałam w czarne oczy generała królewskiej straży. Poznałam go od razu. Każdy znał jego twarz.
Ale czemu on? Czemu aż tylu strażników?
Zacisnęłam usta w wąską linię. Generał zsiadł z konia, lecz nie podszedł. Patrzył na nas z dystansu, jakby nas oceniał.
– Nieźle wykiwałyście moich ludzi, małe uciekinierki – powiedział, kiwając głową na dwóch strażników. Ci ruszyli w naszą stronę. Serce waliło mi jak szalone. Jeden chwycił mnie za ramię, drugi Tracy. Posadzili nas na konie i bez słowa ruszyli w stronę zamku. Co chwilę oglądałam się, by sprawdzić, czy siostra nadal tam jest.
Co z nami zrobią? Zabiją?
Wjechaliśmy przez główną bramę. Mężczyzna, z którym jechałam, ściągnął mnie z konia i pociągnął w przeciwnym kierunku niż Tracy. Szarpałam się, próbując wyrwać.
– Tracy! – krzyknęłam, widząc jak i ona walczy. Wtem grzmot przeszył powietrze, a deszcz lunął z nieba. Nie zauważyłam nawet, kiedy u szczytu schodów pojawiła się rodzina królewska. W mroku deszczowego wieczoru wyglądali upiornie. Strażnicy wokół padli na kolana. Mężczyzna obok mnie pchnął mnie do przodu, żądając ukłonu.
Ale nie. Nie pokłonię się. Nie temu, kto zabił moją rodzinę. To nie jest mój król.
– Co tu się dzieje? – głos królowej był donośny i zimny. Przeszedł mnie dreszcz. Przemoczona, zziębnięta, otuliłam się ramionami, próbując się ogrzać.
– Wasza Wysokość, te dziewczynki uciekały z ogrodu domu Lartraków. Podejrzewamy, że to ich córki – powiedział jeden ze strażników. Przełknęłam ślinę i spojrzałam na Tracy. Siedziała skulona, trzęsąc się.
Wyrwałam się strażnikowi i ruszyłam w jej stronę. Padłam na jej ramiona, osłaniając ją ciałem. Jeśli mają zabić – niech zrobią to mnie. Spojrzałam wyzywająco na strażnika, który się zbliżył. Szarpnął mnie, ale ja stawiłam opór.
Zamknęłam oczy, gotowa na ból... i wtedy usłyszałam odgłos wyciąganej szabli.
– Dość, Troxsie. Zabierzcie je do komnaty. Musimy je przesłuchać – odezwał się król. Zadrżałam. Jeśli jest taki, jak mówią – jesteśmy zgubione.
Zbliżył się do mnie inny strażnik, kucnął i spojrzał mi w oczy z łagodnym smutkiem.
– Hej, mała. Nie zrobimy wam krzywdy. Musicie iść z nami, nie chcemy, byście się rozchorowały – powiedział cicho.
Brzmiał inaczej niż reszta – jakby naprawdę się przejmował. Poczułam łzy. Nie byłam odważna. Byłam śmiertelnie przerażona.
Wziął mnie na ręce. Nie miałam już siły protestować. Spojrzałam na Tracy – inny strażnik niósł ją za mną. Wyciągnęłam rękę w jej stronę, chcąc dodać otuchy ale była za daleko. Nie spuszczałam z niej wzroku. Musiała wiedzieć, że jestem blisko.
Nie patrzyłam na bogactwo zamku. Nie interesowały mnie zdobienia. Liczyła się tylko ona.
W jednej z komnat postawiono mnie na ziemi, a ja natychmiast rzuciłam się w objęcia Tracy. Stając przed nią, złapałam jej dłoń.
– Spokojnie – powiedział strażnik. – Nic wam nie zrobimy. Nie musisz bronić siostrzyczki.
– Zabiliście naszych rodziców – wyszeptałam. W pokoju zapadła cisza. – Jak mam wam zaufać? Straż powinna chronić ludzi, a nie ich mordować.
Mój głos się załamał. Po policzkach spłynęły łzy. Otarłam je szybko i uniosłam dumnie głowę. Słowa zawisły w powietrzu. Żaden z nich nie odpowiedział. Po prostu... wyszli.
Usiadłam z Tracy w kącie. Dopóki mamy siebie, nie jesteśmy same.
Po wieczności ciszy drzwi się otworzyły. Do środka wszedł generał z grupką strażników. To był on. Morderca naszych rodziców.
Ścisnęłam dłoń Tracy. Drugą zacisnęłam w pięść. Na jego rękach była ich krew.
– Co z nimi zrobimy po przesłuchaniu? – zapytał jeden z żołnierzy, patrząc na nas. Nie mogłam odczytać emocji z jego twarzy.
Inny westchnął i przeczesał włosy. Pozostali stali nieruchomo jak posągi. Wszyscy milczeli.
Pytanie zawisło w powietrzu.
CZYTASZ
HUNTER
FantasyDwie bliźniaczki. Jeden świat pełen zdrady i magii. Jedna z nich stanie się jego częścią. Druga - powodem wojny.
