17

20 0 0
                                        

Torii

Dni mijały niemiłosiernie szybko. Dokładnie za tydzień ma odbyć się koronacja księcia Sama, a za cztery dni czekał nas egzamin końcowy. Myśl ta nie odstępowała mnie ani na krok.

Obserwuję kątem oka dziewczynę obok. Ayse czyści miecz, podgwizdując pod nosem jakby zupełnie nie czuła ciężaru zbliżających się wydarzeń. Polubiła mnie – to prawda. Ale czy wystarczająco, by mi zaufać? Tego nie mogłam być pewna.

Z zamyślenia wyrywa mnie nagle przeciągły, głośny ryk syren. Serce podchodzi mi do gardła. Wraz z innymi zrywamy się na równe nogi i pędzimy w stronę głównej bramy.

– W niedalekiej od nas części lasu dostrzeżono garnasany, szykujcie się, to będzie wasz ostateczny test przed egzaminem. Mam nadzieję, że mnie nie zawiedziecie. Do roboty! Nie możemy pozwolić im tu wejść! - krzyczy.

Bez chwili zawahania kierujemy się w stronę magazynów. Garnasany – ohydne stworzenia, które poznałam kilka dni po przybyciu do tej placówki – nie są tylko dziwactwem natury. To drobne, zielone istoty o szpiczastych nosach, wydłużonych uszach i przezroczystych skrzydłach. Gobliny z domieszką wróżki. Złośliwe, zwinne i – co najgorsze – nigdy nie występują pojedynczo. Jeśli widzisz jednego, możesz mieć pewność, że gdzieś w pobliżu roi się ich całe stado.

Pamiętam dzień, w którym pierwszy raz się pojawiły. Wleciały na teren ośrodka i zniszczyły jeden z budynków w niecałe pięć minut. Od tamtej pory wiedzieliśmy, że garnasany nie są tylko kłopotliwe – są niebezpieczne.

Łapię za kuszę z siatką i wymykam się z magazynu. Razem z resztą grupy ruszamy szybkim marszem w stronę wyjścia. Każdy zna swój cel. Nie ma miejsca na pytania.

Po około dziesięciu minutach marszu dostrzegam białe skrzydła przecinające powietrze. Zatrzymuję pozostałych gestem ręki. Garnasan jeszcze nas nie zauważył. Rozchodzimy się. Ja, Ayse i jeszcze dwie osoby wspinamy się na drzewa, szykując kusze. Inny z naszej grupy ściąga na siebie uwagę, grając przynętę. Kolejni ustawiają się tak, by zagonić stado w pułapkę.

Chwilę później pojawia się cała horda. Serce bije mi jak szalone. Czekamy, upewniając się, że to już wszyscy, a potem dajemy znak. Strzelamy.

Siatki lecą w powietrze i opadają na stado jak pajęcze nici. Garnasany szarpią się, ale są zbyt słabe, by wyrwać się z pułapki. Musimy się jednak spieszyć, są cwane i prędzej czy później się uwolnią. Inna grupa przejmuje uwięzione stworzenia i wyrusza z nimi w głąb lasu, by wypuścić je jak najdalej od naszych granic.

Zeskakuję z drzewa i podchodzę do Ayse.

– Niezły strzał – mówi z uznaniem, kiwając głową.

– Nie trudno wcelować w ziemię – odpowiadam z przekąsem. Szturcha mnie w bok i odchodzi bez słowa. Idę za nią, ale zanim znikniemy w cieniu drzew, spoglądam ostatni raz na uwięzione garnasany. Jednemu z nich błyskają oczy na niebiesko. Dziwny, niepokojący błysk, jakby...

Przechodzą mnie ciarki. Odsuwam ten obraz i ruszam za Ayse.

Wieczorem cała nasza grupa zbiera się na dziedzińcu. Trener się spóźnia, więc siadamy na trawie i rozmawiamy.

– Dadzą nam przez ostatnie dni niezły wycisk. W końcu egzamin tuż za rogiem – mówi jeden z chłopaków.

– Przynajmniej będziesz miał jakieś szanse na zdanie – rzuca ktoś z ironią. Rozmowy toczą się wartko, a ja tylko przysłuchuję się z boku.

– Hej, Torii – odzywa się blondynka siedząca obok Ayse. – Ty jesteś z Lubiany, prawda?

Kiwam głową.

HUNTEROpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz