6

50 1 0
                                        

Torii

— Wstawaj! Zaraz się spóźnimy — wzdycham otwierając niechętnie oczy i podnoszę się na łokciach. Patrzę na siostrę — ubrana jest w mundurek, z koszykiem w dłoni. Marszczę nos, niezadowolona, i bez słowa wstaję z łóżka.

— Myślisz, że Bafox dzisiaj będzie? — pyta, gdy wchodzę do łazienki, by się ubrać.

— Myślę, że nie przepuści żadnej okazji, żeby uprzykrzyć nam życie — odpowiadam, chwytając za szczoteczkę. Po chwili wychodzę już ubrana i uczesana. Sięgam pod biurko po taki sam koszyk i pakuję do niego rzeczy.

— Torii... — rzuca ostrożnie. Zerkam na nią, ale zaraz wracam wzrokiem do pakowania. — Nie wdawaj się dziś w żadną kłótnię z nim. Jeśli ich zignorujemy, może w końcu się odczepią.

Odwracam się w jej stronę.

— Naprawdę w to wierzysz? — pytam cicho, po czym dodaję, zanim zdąży odpowiedzieć: — Nie. Będą sobie pozwalać na coraz więcej, aż w końcu będzie za późno, żeby zareagować.

Nie odpowiada więc wychodzę. Tracy podąża za mną. W milczeniu przemierzamy królewskie korytarze, aż docieramy do lasu. Otoczenie, choć piękne, wydaje mi się monotonne. Widziałam te miejsca tysiące razy — nie zachwycają mnie już jak kiedyś. Driady obserwują nas z ukrycia, a drzewołaki tym razem się nie pokazują. Najwyraźniej dziś darowały sobie dokuczanie.

Wzdycham, gdy wychodzimy na pole. Spoglądam na jedną z najwyższych wież — to tam odbędą się dzisiejsze lekcje. Musiałam się zapatrzyć, bo Tracy ciągnie mnie za rękę, a ja niechętnie ruszam za nią.

— Kogóż to moje oczy widzą — rozlega się znajomy, pogardliwy głos.

Wywracam oczami. Odwracamy się obie. Przed nami stoi Bafox i jego świta. Jako lider stoi na przodzie, pewny siebie złotooki brunet, niestety nigdy nie wiedziałam jakim jest stworzeniem - dobrze to ukrywał. Zaraz za nim stoi Lizzy, córka przyjaciela króla - Niebieskie włosy dziś zostawiła rozpuszczone, a białą skórę zakryła suknią z herbem.  Po lewej stronie stoi Astral - on jako jedyny najbardziej przypomina elfa - szpiczaste palce jak i uszy, fioletowe oczy i skóra podchodząca pod fiolet. 

Bafox zakłada ręce na piersi, z tym swoim bezczelnym uśmieszkiem.

— Tęskniliśmy za wami, siostrzyczki — mówi, robiąc przesadnie smutną minę.

Prychnę tylko i ciągnę Tracy w stronę wieży. Zajmujemy miejsca i czekamy na wykładowcę. Przed nami kilka nudnych godzin historii „Land of Disappearance". Wyspie niedaleko nas.

W pewnym momencie przysnęłam. Budzi mnie nagłe uderzenie o podłogę. Podrywam się zbyt szybko — przed oczami mignęły czarne plamki, a świat zawirował. Kiedy w końcu się stabilizuję, widzę przed sobą Astrala, jednego z kumpli Bafoxa. Za nim stoi Lizzy.

Gdzie Tracy? Gdzie reszta?

— Jako że przespałaś koniec lekcji, postanowiliśmy cię obudzić — uśmiecha się złośliwie. Zaciskam pięści.

Podchodzi do mnie i chwyta za koszyk

— Nie odważysz się — syczę przez zęby.

Próbuję mu go wyrwać, ale rzuca do Lizzy, sam przytrzymując mnie. Szarpię się, próbując się oswobodzić. Zaraz po Bafoxie najgorsi są właśnie oni. Wyszarpuję się, odzyskuję koszyk i wybiegam na schody. Parę razy ledwo łapię równowagę. W oddali widzę Tracy rozmawiającą z jakimś chłopakiem. Gdy mnie zauważa, żegna się z nim i czeka.

— Przepraszam, że cię tam zostawiłam, ale zagrozili, że zrobią coś gorszego, jeśli nie wyjdę — mówi, bierze głębszy oddech aby coś jeszcze dodać.

Kładę dłonie na jej ramionach i uśmiecham się blado.

— W porządku. Nie jestem zła. Chodźmy.

Kiwając głową, ruszamy przez las, rozmawiając o dawnych czasach — jak sąsiadka goniła nas z miotłą, jak same obcinałyśmy sobie włosy. Uśmiecham się na wspomnienie tych chwil. Szkoda, że to już nie wróci.

Nagle czuję dłoń na ustach. Szarpię się, ale uścisk tylko się zacieśnia. Spoglądam na Tracy — też została złapana. Nie zdążam zobaczyć przez kogo, bo sekundę później ląduję w lodowatej wodzie.

To jak powrót do przeszłości — prąd niesie nas dalej. Rzeka jest głęboka, nie czuję gruntu. W ustach czuję smak glonów. Wypływam i łapię oddech, spoglądając na brzeg. Tam stoją sprawcy.

-I po co wam to było? W tej rzece są stwory, które chętnie wciągną was na dno by pożreć - mówi spokojnie stojący najbliżej. Zaciskam pięści patrząc na niego z wściekłością. Niesamowite na ile sobie pozwala bez obecności księcia.

— Mam nadzieję, że mają dobry gust. Ciebie by nie ruszyły — paskudny na zewnątrz i w środku — mówię szczerząc zęby w nieprzyjaznym uśmiechu. Prycha i kopie w wodę ochlapując mnie. 

Kątem oka widzę poruszenie na dnie rzeki.

— Skoro się nie boisz, to zobaczymy, jak sobie z nimi poradzisz.

Nie boję? Boję się jak cholera. Ale nie pokażę tego. Spoglądam na Tracy — trzyma się kamienia, ledwo utrzymując się na powierzchni.

— Wyciągnijcie ją. Jest niewinna — mówię, nie spuszczając z niej wzroku.

— Zwariowałaś?! Nie zostawię cię! — krzyczy, drżącym głosem.

— Poradzę sobie — próbuję się uśmiechnąć, choć bardziej przekonuję samą siebie niż ją. Odwracam wzrok i patrzę wyczekująco na Bafoxa. Drapie się palcem po brodzie, aż w końcu uśmiecha

— Zgoda — wtrąca się Bafox. — Ale tylko jeśli powie, że się ciebie wyrzeka.

Oddycham głęboko aby uspokoić nerwy. Cienie na dnie się mnożą. Jeśli któraś powinna przeżyć to Tracy. Wyciągają ją na brzeg i czekają

— Nie zrobię tego! — Tracy kręci głową. — To moja siostra!

— Masz dwa wyjścia — mówi Lizzy — topić się z nią albo wracać z nami.

Patrzy na mnie. Kiwam głową. Idzie ze łzami w oczach.

Bafox klęka przy brzegu.

— Och, Torii. Nawet twoja siostra się od ciebie odwróciła. Nie masz tu nikogo.

Nie odpowiadam więc po prostu odchodzi.

Czekam chwilę, aż upewniam się że nie wrócą. Ruszam w stronę brzegu — wtedy czuję, jak coś chwyta mnie za kostkę. Szarpie jednak to nic nie daje, wciąż ciągnie mnie w głąb. Walczę, ale chwyt potwora jest zbyt silny. Gdy mam już się poddać, uderzam o gałąź. Chwytam ją i szarpię z całych sił. Uwalniam się.

Wyskakuję z wody, upadam na kolana, dyszę.

Powoli wstaję i ruszam w stronę zamku. Zemszczę się. Będziecie błagać mnie o wybaczenie

Wchodzę przemoczona po schodach do zamku. Myślę o Tracy. Miałam ją chronić. Nie wplątywać w to wszystko. Zaciskam pięści.

W drodze do pokoju słyszę rozmowę. Szybko zrzucam mundurek, ubieram spodnie i bluzkę. Związuje włosy.

Nie ma czasu na żal.

Jeśli to, co usłyszałam, jest prawdą — znam położenie córki Lukasa.

Wybiegam z zamku, pędzę do stajni. Mijam konie. Podchodzę do ostatniego boksu —znajduje się tam czarny ogier.

Siodłam go i wyprowadzam. Biorę głęboki oddech.

Nie złapią mnie. Nie tym razem.

Uderzam w lejce i pędzę w stronę bagien.

Zatrzymuję się kawałek od mostu. Koń dalej nie przejdzie. Przywiązuję go i rozglądam się, nie chcąc ryzykować biegnę dalej. Most zbudowany jest z lin, przez co chwieje się. Na końcu niemal się przewracam. Zatrzymuję się i skanuje otoczenie.

Jestem po drugiej stronie. Wchodzę w głąb lasu - ciemnego i wilgotnego.

Oczy dookoła głowy, Torii. Jeden błąd — i po tobie



HUNTEROpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz