13

25 0 0
                                        

Torii

Z drewnianym mieczem w dłoni ruszam na przeciwnika. Jest co najmniej trzy razy większy ode mnie, nie wspominając już o jego sile. Prawdopodobnie, jak wszyscy jego postury, będzie chciał mnie najpierw wymęczyć, licząc na to, że zabraknie mi sił na kontratak. Nie mogę mu na to pozwolić.

Muszę działać szybko — jeden zły ruch i będzie miał nade mną przewagę. Próbuję go zaatakować, ale moje ciosy są nieudolne, aż w końcu dostrzegam lukę w jego obronie. Wykorzystuję okazję. Po chwili leży na ziemi, trzymając się za żebra, a ja stoję nad nim z dwoma mieczami w rękach. Ciężki przeciwnik. Biorę głęboki oddech. Wygrałam.

Podnoszę wzrok i rozglądam się. Dziewczyny patrzą na mnie z kpiną, chłopacy z pewnego rodzaju uznaniem. W końcu nie lada wyczyn pokonać takiego faceta. Moja walka była ostatnia, więc wszyscy ustawiają się w rzędzie, czekając na kolejne rozkazy.

– Jutro trening odbędzie się w terenie – oznajmia trener. – Nie mamy czasu na rozczulanie się nad słabeuszami. Jeśli nie zaczniecie się przykładać, nie zdacie egzaminu. A przypominam, że zostały już tylko cztery miesiące. Rozejść się.

Ludzie rozchodzą się, ja również. Z przymkniętymi powiekami mijam drzwi i kieruję się na ostatnie piętro. W połowie drogi słyszę jakieś głosy. Ignoruję je, dopóki nie wychwytuję słów.

– ...przerażający. Powinien już dawno oddać komuś tron – mówi jeden.

Zatrzymuję się.

– Masz rację. Ale ten dzieciak? Ma ledwo skończyć osiemnaście lat, a już miałby rządzić?

Chowam się za jedną z kolumn, kiedy strażnicy przechodzą obok. Mówili o królu... i o Samie?

Wzdycham. Nie mam siły, by się tym przejmować. Wchodzę do komnaty, rzucam się na łóżko i zasypiam jeszcze w ubraniu, bez kolacji.

Gwałtowne otwarcie drzwi wyrywa mnie ze snu. Jęczę, domyślając się, kto wszedł. Zakrywam twarz poduszką i odwracam się plecami do wejścia. Tracy rzuca się na łóżko i niemal mnie zgniata.

– Wstawaj, Torii! Nie uwierzysz!

W jej głosie słychać, że czuje się lepiej. Skrzacie napary zadziałały. Wzdycham i spycham ją z łóżka.

– W co mam nie wierzyć? – pytam, przecierając oczy i siadając.

– Wracamy do domu!

Słysząc to, momentalnie się budzę.

– Jak to wracamy? – marszczę brwi.

– Micalrio dostał wiadomość, że zniszczenia zostały naprawione. Możemy wracać! W końcu znowu będę mogła spać w swoim pokoju, a nie tej zimnej komnacie – mówi, kładąc się na plecach.

Krzywię się. Wolałabym zostać tutaj niż wracać do Micalrio. Przeciągam się i zabieram rzeczy do łazienki.

– Wiesz, że musisz się spakować? – rzuca.

– Wiem. I ani trochę mi się to nie podoba – odpowiadam, wiążąc włosy w wysoki kucyk. – Mam trening przed śniadaniem – dodaję i wychodzę. Tracy rusza za mną.

– Wszystko w porządku, Torii?

– Po prostu jestem zmęczona – rzucam. Nie komentuje, więc przy schodach rozchodzimy się w swoje strony. Ja idę na zewnątrz, ona pewnie do jadalni.

Po porannym treningu wracam do komnaty. W środku widzę Tracy z walizkami.

– Za chwilę wyjeżdżamy. Spakowałam cię, wiedziałam, że wrócisz późno – mówi. Kiwnęłam głową. Myślałam, że zostaniemy chociaż do wieczora. Wzdycham i podchodzę do swoich rzeczy.

Chwilę później stoimy przed rodziną królewską.

– Możecie tu zostać, jak długo chcecie – proponuje król.

Micalrio jednak kręci głową. Przyzwyczaiłam się do tego miejsca. W końcu byłam tu dwa lata. Wzdycham i chwytam walizkę. Na szczycie schodów dostrzegam Milana i księcia. Milan uśmiecha się kącikiem ust. Odwzajemniam to. Oboje wiemy, co to oznacza.

Pakuję walizkę do bagażnika i wsiadam do pojazdu. Czas wrócić na stare śmieci. Po dwudziestu minutach jesteśmy na miejscu. Wnętrze dworu wygląda tak samo jak przedtem – wszystko odbudowane.

– Dawno nas tu nie było – Tracy kręci się dookoła. Nie podzielam jej entuzjazmu. Znów będę częściej widywać Micalrio. A tego zdecydowanie nie chcę.

♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠

– Dzisiejsze zadanie polegać będzie na... – Trener Południa przerywa, gdy pojawia się król. Unoszę brwi. Co on tu robi?

– To nie będzie zwykłe ćwiczenie – mówi monarcha. – Potraktujcie to jako test przed egzaminem. W ostatnim czasie pojawia się coraz więcej buntów. – Ciekawe dlaczego... może przez podnoszenie podatków? – zaproponowałem waszym trenerom, by wysłali was na zwiady. Chcę wiedzieć, kto jest buntownikiem. Nie możemy dopuścić do zamieszek przed przekazaniem władzy.

– Grupy pozostają bez zmian. - Za jakie grzechy? - Każda trafi do innego rejonu. Grupa Lartrak do najniebezpieczniejszego – informuje trener.  – Rozejdźcie się do wyznaczonych baz.

Idziemy. Sama myśl o ponownym spotkaniu Diaza przyprawia mnie o ból głowy. Na szczęście jesteśmy tam krótko. Dwie godziny później stoimy na obrzeżach miasta. Nic podejrzanego.

Największe zagrożenie to nie bunt, tylko głód i bieda. Kucam na skraju wzgórza, obserwując miasto. Niby wszystko w tajemnicy, ale nic mnie już nie dziwi. Ludzie mają prawo się buntować. Gdyby rodzice żyli też bym tam była. Kręcę głową, wstaję i przeciągam ramiona.

– Czas wracać – mówię.

– Może pokręcimy się po mieście? Usłyszymy jakieś pogłoski – sugeruje Chanse.

– Nie ma po co. Ci ludzie są biedni – odpowiadam.

– Tym bardziej. Biedni mają powód do buntu, chcą lepszego życia – wzrusza ramionami. 

Zaciskam pięści.

– Nie rozumiecie? Król chce ich wybijać jak kaczki! Dla bogatych podwyżka podatków to nic. A biedni? Jak mają przeżyć, skoro nie stać ich nawet na jedzenie? Chcecie skazać ich na śmierć?

– Torii, wiem, że jesteś honorowa, ale jesteś też szkolona do lojalności wobec króla – odzywa się Chanse. Ta dziewczyna jak nikt podnosi mi ciśnienie. 

– Nigdy nie zgodzę się na cierpienie niewinnych. Będę walczyć – nawet jeśli przeciwko wam.

Odchodzę. Czuję się, jakbym miała eksplodować. Czemu oni są tacy ślepi?

Po godzinie jestem na najwyższej wieży. Zimny wiatr tnie moją twarz, ale nie ruszam się z miejsca. Po chwili słyszę kroki.

– Coś nie tak, Torii?

Zaciskam zęby.

– Po prostu nie wierzę, że to się dzieje. Król chce zabić ludzi, bo nie stać ich na płacenie jego absurdalnych podatków.

Milan siada obok, wzdycha.

– Wiem. Ale za trzy miesiące wszystko się zmieni. Będzie lepiej.

– Dlaczego jesteś taki inny? – pytam nagle.

– Jaki?

Parskam.

– Nie przypominasz tych szlachetnie urodzonych, z którymi się zadajesz.

Nie daję mu odpowiedzieć. Wstaję.

– Pogadałabym jeszcze, ale czas wracać do Micalrio.

Staję na krawędzi.

- Mam nadzieję że zobaczymy się w najbliższym czasie - odwracam się w stronę strażnika i po zasalutowaniu mu przechylam się do tyłu. Ten wiatr we włosach daje mi choć chwilowe poczucie wolności. Niestety szybko muszę wrócić na ziemię i po gładkim prawie bezszelestnym wylądowaniu idę powolnym krokiem w swoją stronę.

HUNTEROpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz