22

13 0 0
                                        

Torii

Wzdycham i powoli wchodzę do środka. Rozglądam się po korytarzu, gdy nagle dobiegają mnie dwa kobiece głosy. Marszczę brwi i ruszam szybkim krokiem w stronę sali. W środku stoją Milan, królowa i księżniczka. Już mam się wycofać, gdy brunetka mnie dostrzega.

— Skoro przysięgłaś na koronę, wierzę ci. Ale muszę mieć dowód twojej wierności. Założę na ciebie zaklęcie — mówi pewna siebie. — Dzięki niemu będziesz odporna na inne, ale ja... ja będę mogła cię kontrolować w każdej chwili.

Sam się wtrąca, przerywając jej słowa.

— Już to zrobiłem — mówi, niebieskooka patrzy na brata z przymrużonymi oczami, po czym kieruje spojrzenie na mnie.

— Cudownie. Nie będzie mogła nas zdradzić — mruczy królowa. Chłopak spogląda to na mnie, to na nią, aż w końcu pyta:

— Powie mi ktoś w końcu, o co tu, do cholery, chodzi?! — Królowa patrzy na niego spod byka, ale nie komentuje. Milan niespokojnie krąży wzrokiem po sali.

— Twoja cudowna przyjaciółka zdradziła swój kraj. Pomogła obalić twojego ojca. A kto wie, co jeszcze. Od zawsze wiedziałam, że nie powinna być w naszym otoczeniu ale się uparłeś — mówi zimno. Wtedy jej wzrok pada na mnie.

Zaciskam i rozluźniam pięści. Moja szczęka jest tak spięta, że mam wrażenie, że zaraz połamię sobie zęby.

— Torii? — Sam odwraca się w moją stronę. Unikam jego wzroku, przesuwając spojrzeniem po całym pomieszczeniu, byle nie patrzeć mu w oczy. — Dlaczego? — pyta, a ja przełykam ślinę. I tak już jestem skończona w jego oczach.

— Chciałam zemsty, Sam. Nie tylko na szlachcie. Twój ojciec... to z jego rozkazu strażnicy zabili moich rodziców. Przysięgam, że nie wiedziałam, co planuje Martanzo. Nie miałam pojęcia, że to on... — Zerkam na Milana. W jego oczach widzę coś, co sprawia, że cofam się o krok. Ze wszystkich ludzi na świecie, to ich — jego i Tracy — nigdy nie chciałam zawieść.

A jednak to zrobiłam. Na własne życzenie.

— Więc... dlaczego się zgodziłaś, nie wiedząc na co? — pyta cicho.

Milczę.

— Nie wiem — szepczę w końcu, kręcąc głową i przełykając ślinę.

— Najlepiej zniknij nam z oczu i nie pokazuj się tu więcej — mówi królowa. I chociaż powinnam czuć się urażona - w końcu to dzięki mnie odzyskała wolność, czuję tylko ulgę. Bez słowa wycofuję się w cień i znikam, nie oglądając się za siebie.

♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠

Błądzę po korytarzach zamku, gdy zza zakrętu wychodzi strażnik.

— Szenszalu, król cię wzywa.

„Król", myślę z goryczą. Oficjalnie nikt nie uznał go za władcę. Nie było żadnej koronacji.

Bez słowa kiwam głową i zmieniam kierunek. Schodzę po schodach i po chwili staję w sali tronowej.

— Chciałeś mnie widzieć — mówię chłodno, zatrzymując się przed tronem. Martanzo wstaje z miejsca i uśmiecha się.

— Owszem. Nie wiem, czy wiesz, ale jako mój szenszal masz władzę. Możesz się zemścić. Na wszystkich, którzy cię skrzywdzili. — Przerzuca rękę przez moje ramiona. W jego głosie słyszę coś niepokojącego. Próbuje rzucić na mnie zaklęcie?

— Sprowadzę ich tutaj, wszystkich co do jednego. A ty ich zabijesz, publicznie. Będziesz moim łowcą i szenszalem w jednym, cudownie, prawda? Nie obowiązuje cię żadne prawo — mówi z uśmiechem. — Króla już nie ma. -  No właśnie, nie ma. Powinnam czuć satysfakcję, pomściłam rodziców, jednak.. czuję pustkę. To ja miałam ich pogrążyć, nie on, mieli żyć i czuć się tak jak ja od tamtego dnia. 

HUNTEROpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz