48

52 4 2
                                        

Torii

Patrzę na niego w milczeniu, przetwarzając jego słowa.

— Chcecie, abym stracił dwóch najlepszych łowców na raz? To duży cios dla naszej obrony — nagle odezwał się głos. Odwracam się i widzę Sama. Stoi opary o drzewo, obserwując nas uważnie.

— Przyjacielu, rozumiem, że chcesz ją chronić. Ja też chcę — podchodzi bliżej i uśmiecha się smutno. — Ale nie mogę pozwolić ci iść razem z nią. To jej misja, nie twoja.

Milan nic nie odpowiada. Bez słowa odwraca się i odchodzi w stronę sadów.

— Przejdzie mu — mówi król, klepiąc mnie po ramieniu, i spokojnym krokiem podąża za przyjacielem.

Wzdycham głośno i opieram głowę o ręce. Co mam zrobić? Jak się przygotować na to, co mnie czeka? Kręcę głową, uświadamiając sobie jedną rzecz: bez względu na to, jak bardzo się przygotuję, nie wiem, co tam zastanę.

Wstaję z ławki i znikam w ciemnościach, kierując się w stronę miasta. Czas podpaść jeszcze bardziej.

Mijam wielu ludzi, którzy jeszcze nie są świadomi, co się za chwilę wydarzy. Po drugiej stronie miasta rozciąga się polana, gdzie odbywają się festiwale i uroczystości. Rośnie tam mnóstwo rzadkich roślin i kwiatów, które występują tylko w tym miejscu. Dzięki wpływowi Sama na ziemię, uda się uratować to miejsce — w końcu jest królem. Gdybym nie była tego pewna, nie posunęłabym się do takiego działania.

Biorę głęboki oddech i chowam się przed wzrokiem ludzi, jeszcze nie czas, by mnie zauważyli. Wspinam się na najwyższą gałąź jednego z drzew i czekam na zachód słońca, który nadchodzi niebawem. Dostrzegając swoją okazję, mimo wahania tworzę kulkę ognia, która uderza o ziemię, niemal natychmiast podpalając trawę.

Siedząc na gałęzi, obserwuję swoje dzieło. Wiem, że to okropne, ale musiałam to zrobić. Ludzie będą mnie nienawidzić, a Sam będzie miał pretekst, by mnie wygnać.

Wzdycham i wstaję na równe nogi. Ostatni raz patrzę na palącą się polanę. Czerwone płomienie pochłaniają coraz większą część. Nie wiem jak to zrobiłam.Czy naprawdę dobrze robię? Absolutnie — ale to jedyne wyjście.

Zeskakuję na ziemię, gdy słyszę zbliżających się ludzi i krzyki.

— Hej! Ty! Co tam robisz?! — słyszę obok siebie. Odwracam głowę i widzę rolnika z wiadrem w dłoni. Patrzy na mnie spod przymrużonych powiek.

— To ty podpaliłaś polanę! — wokół niego zbiera się tłum, niektórzy trzymają w rękach widły.

Nie chcąc oberwać, przeskakuję na drugi koniec muru i znikam im z pola widzenia, słysząc ich krzyki za sobą.

Niestety, nie udaje mi się uciec daleko. Łowcy patrolujący las łapią mnie i zabierają do zamkowych lochów.

---

Słyszę, jak drzwi celi się otwierają. Podnoszę głowę.

— Dlaczego to zrobiłaś? — pyta przede mną król z zawiedzioną miną.

— Żebyś bez wyrzutów sumienia mógł mnie wygnać — odpowiadam bez wahania.

Chłopak kuca przede mną.

— Jesteś człowiekiem. Nikt nie uwierzy, że to ty wywołałaś niebieski płomień. Ja sam nie wierzę — kręci głową. Wzdycham głośno. Mimo związanych rąk na mojej dłoni pojawia się płomień. Przez chwilę wpatruje się w niebieskie światło, ale kiedy gaśnie, otrząsa się z transu.

— Co? — pytam, widząc jego niespokojną minę.

— Nie mogę cię wygnać. Jeśli to prawda, jesteś zaginioną księżniczką Nibelcastel.

Patrzę na niego, przetwarzając te słowa, aż w końcu wybucham śmiechem i kręcę głową.

— Sam — zaczynam, natychmiast poważniejąc. On robi zdziwioną minę.

— Jeśli nie wygnasz mnie w ciągu dwóch dni, uwolnię się stąd i spalę całe miasto wokół zamku. Nikt się nie ostanie, a zacznę od dworu Micaliaro.

— Dlaczego tak bardzo ci zależy? — pyta.

— Żebyś był bezpieczny, żeby nie spotkał cię los taki jak ojca, żeby Milan miał spokój, a strażnicy nie wytykali go palcami, bo staje w mojej obronie podczas narad. Chcę, żebyście byli szczęśliwi, nawet jeśli będzie to moim kosztem.

♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠

Słysząc dźwięk przekręcanego klucza, podnoszę jedną powiekę. Przed sobą widzę dwóch strażników.

— Wstawaj, Lartrak. Tym razem ci się nie upiecze — słowa wywołują we mnie mimowolny niepokój. Nie wiem, co mnie czeka, ale jestem gotowa.

Bez słowa podnoszę się i pozwalam prowadzić na królewski dziedziniec, gdzie widzę całe miasto i przedstawicieli mniejszych królestw.

Sam odwraca się w moją stronę, pytając oczami, ale nie ma już odwrotu. Niezauważalnie kiwam głową.

Odwraca się do tłumu.

— Zebraliśmy się dziś, aby ukarać Victorię Lartrak. Darowałem jej wcześniej, bo gdyby nie ona, nie stałbym tu teraz. Jednak jej działanie sprzed wczoraj jest nie do wybaczenia.

W tłumie słychać zadowolone pomruki.

Niebieskooki król ponownie zwraca się do mnie i zaczyna formułkę:

— Victorio Lartrak, w imieniu królestwa Libuny i podległych mu podkrólestw, skazuję cię na wygnanie do Aranocy za zdradę korony, przyczynienie się do zabójstwa króla — mego poprzednika — oraz podpalenie najcenniejszej polany w królestwie.

Wokół mnie pojawia się czarno-czerwony okrąg.

Biorę głęboki wdech i ostatni raz patrzę na twarze tych ludzi. Większość jest zadowolona, mniejszość zaniepokojona. Szukam Milana, ale nie potrafię go znaleźć.

Aż w końcu dostrzegam jego szmaragdowe oczy. Patrzy na mnie z bólem wypisanym na twarzy.

Uśmiecham się, chcąc dodać mu otuchy — może i sobie — bo bałam się jak cholera.

— Będzie dobrze — chciałam powiedzieć, ale nie potrafiłam otworzyć ust. Nie mogłam się już ruszyć.

— Jako prawowity władca Libuny skazuję cię, Victorio, na karę Aranocy, dopóki ktoś o władzy podobnej do mojej cię nie uwolni.

Zamykam oczy, gotowa na to, co nadejdzie. Nagle czuję uderzenie o ziemię i ciężar na sobie.

Otwieram oczy i dostrzegam kogoś, kto nigdy nie powinien się tu znaleźć.

— Milan?! — krzyczę, zrywając się z miejsca. — Nie powinno cię tu być!

Wymachuję rękami na wszystkie strony, a on wzdycha i łapie je.

— Nigdy bym cię tu nie puścił samej.

— Dlaczego? — pytam, widząc smutek i ból w jego oczach. Zaczynam wahać się, czy powinnam zadawać to pytanie.

— Bo wiem, jak ciężko tu przetrwać.

Wtedy dociera do mnie jedno pytanie:

Milan Bonari był wygnańcem?

HUNTEROpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz