8

35 1 0
                                        

Torii

Ze snu wybudza mnie skrzatka, jedna z wielu, które pracują w zamku jako pomocnice. Król zatrudnia ich całe mnóstwo — ponoć odrabiają długi z dawnych lat. Wstaję niechętnie i powłóczystym krokiem zmierzam do łazienki, by doprowadzić się do porządku. Gdy wracam, zauważam Tracy. Lustruję ją wzrokiem i dochodzę do wniosku, że jesteśmy ubrane niemal identycznie. Mimo mundurków mamy charakterystyczne elementy. 

— To chyba bliźniacza telepatia, co? — pyta z rozbawieniem, a ja jedynie wzruszam ramionami. Podchodzę do biurka i sięgam po kosz. Wysypuję zawartość na drewniany blat i chwytam dwa grube zeszyty. Po spakowaniu wszystkiego odwracam się do siostry.

— Idziemy? — pytam, a ona kiwa głową i rusza za mną. Po drodze dostrzegam księcia Samuela, który również kieruje się do wyjścia. To oznacza, że Bafox i jego świta będą się dzisiaj wokół niego kręcić. Zerkam na Tracy, której mina zdradza, że myśli dokładnie to samo.

— Dzisiaj mamy wykład z Enzo — mówi, a na dźwięk tego imienia jęczę, wznosząc oczy ku niebu.

— Też się cieszę — parska, po czym w ciszy przemierzamy leśną ścieżkę.

— Torii — słysząc ten głos, wzdrygam się. Przez dłuższy czas udawało mi się go skutecznie unikać. Wywracam oczami i niechętnie odwracam się do Avy, przez chwilę mu się przyglądam.  Rude, wręcz płomienne włosy i zielone oczy, nie ma mundurka. Odrywam od niego wzrok, Tracy posyła mi pokrzepiający uśmiech, po czym znika w sali lekcyjnej.

— Mów szybko, nie mam dużo czasu — mówię, krzyżując ramiona.

— Obiecałaś mi randkę — odpowiada, wpatrując się we mnie. Prycham na te słowa.

— Rozmawiałeś z Tracy, nie ze mną — kręcę głową i cofam się o krok. — Nie mam na to czasu, mam ważniejsze rzeczy do zrobienia — rzucam i uciekam do środka. 

-Co chciał?

-Zgadnij - wzdycham i siadam obok blondynki.

Dopiero w pokoju odczuwam ulgę, cały dzisiejszy dzień był dziwny i drażniący. Zrzucam koszyk koło biurka i kieruję się do łazienki, by się przebrać. Wiążę włosy w wysoki kucyk i wychodzę. Na dolnym korytarzu zauważam Micalrio. Wywracam oczami, próbując go wyminąć, lecz ten zagradza mi drogę. Cofam się lekko i krzyżuję ramiona.

— Słyszałem, że wznowiliście treningi — mówi.

— Owszem — odpowiadam, patrząc na niego z niechęcią.

— Pamiętaj jednak, że aby zostać łowcą, trzeba mieć poparcie rodzica — rzuca z kpiącym błyskiem w oku. Zaciskam pięści i uśmiecham się słodko, choć nieszczerze.

— O to się nie martw — wymijam go, a już będąc na schodach dodaję chłodno: — Oni nie żyją.

Po tych słowach zbiegam w dół i wybiegam na zewnątrz. W sadzie wpadam na coś twardego i ląduję boleśnie na ziemi. Podnoszę głowę i widzę znajome, zielone oczy - Milan, ochroniarz księcia, jak na razie najlepszy łowca oraz mój przyjaciel. Jest jednym z niewielu który ma do mnie przyjacielskie zamiary. 

— Znowu się spotykamy — mówi, podając mi rękę. Niechętnie ją chwytam i wstaję, otrzepując ubranie.

— Na to wygląda.

— Wybierasz się gdzieś? — pyta, idąc za mną. Biorę głęboki wdech, zanim odpowiadam:

— Idę pobiegać — mówię, poprawiając kosmyk włosów, który wymknął się z kucyka.

— Mogę iść z tobą? — podnoszę brwi. — No co?

— Nie musisz pilnować książątka? — pytam z przekąsem, krzyżując ręce.

HUNTEROpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz