29

16 1 0
                                        

Torii

Biegniemy przez gąszcz, aż w końcu zatrzymujemy się, by rozejrzeć się po terenie.

– Niedaleko stąd jest zamek – mówię, wskazując w stronę wzgórza.

– Więc jaki masz plan? – pyta, gdy stajemy na szczycie, z którego widać wieże.

– Uratować następcę tronu – odpowiadam poważnie. Patrzy na mnie, jakbym właśnie oświadczyła, że chcę zatańczyć z tygrysem.

– Proszę cię, dziewczyno, ty się o śmierć prosisz – kręci głową z niedowierzaniem.

Wzruszam ramionami i ruszam w dół, kierując się w stronę zamku.

– Jeśli się boisz, nie musisz iść ze mną. Poradzę sobie – rzucam przez ramię.

Prycha z irytacją i już po chwili mnie dogania

– Nie ma mowy. Jestem ci winny przysługę za to, że mnie wyciągnęłaś.

 Przy końcu linii drzew zatrzymuje się. Jego zacięta mina sprawia, że unoszę brew, ale nie komentuję tego. Wzrok kieruję przed siebie.

– W takim razie zgub strażników – mówię spokojnie.

Spojrzenie Riccarda natychmiast wędruje do przodu i rozszerza oczy.

– Cholera jasna! Ty naprawdę chcesz umrzeć! – krzyczy, widząc, jak w naszą stronę biegną strażnicy.

Znów wzruszam ramionami, ledwie zauważalnie się uśmiechając.

– Mam powiązany z nimi plan. Jeśli możesz, nie zabijaj żadnego – proszę, klepiąc go po ramieniu. – Po prostu ich obezwładnij. I nie daj się złapać.

– Jakby to było takie proste – mruczy pod nosem, po czym rzuca się biegiem w las.

W tym samym momencie znikam w cieniu. Czy go wykorzystuję? Może. Ale nie protestował.

Przemykam wzdłuż murów, rozglądając się za strażnikami. Jeden z nich właśnie przechodzi obok – rzucam się na niego znienacka, chwytam za ramiona i jednym ruchem pozbawiam przytomności. Wciągam go w krzaki i zabieram mu plakietkę. Dzięki niej dostanę się do lochów.

Najgorsza część planu właśnie się zaczyna.

Biorę głęboki wdech i zakradam się do wejścia dla służby. Dwa lata mieszkałam w tym zamku – wiem, gdzie co jest. Mijam kucharki, które nie zwracają na mnie uwagi. Nagle nachodzi mnie myśl – przecież wyglądam identycznie jak Tracy. Mogę ją udawać.

Uśmiecham się. Może nie będzie tak trudno, jak sądziłam.

Wchodzę na korytarz, mijam kolejne drzwi, ale dmucham na zimne – staję przed wejściem do lochów i rozglądam się uważnie. Gdy upewniam się, że nikt mnie nie obserwuje, przykładam plakietkę i szybko wślizguję się do środka. Zatrzaskuję za sobą drzwi i schodzę po stromych schodach. Mijam więźniów, którzy patrzą na mnie z pogardą i obrzydzeniem, ale ich spojrzenia mnie nie interesują. Teraz liczy się tylko jedno.

Przechodzę cały korytarz z celami, ale w żadnej nie ma Sama ani królowej z Ayse.

– Naprawdę myślałaś, że mnie przechytrzysz? – rozlega się głos.

Odwracam się gwałtownie. Mężczyzna patrzy na mnie z rozbawieniem. Cofam się o krok.

– Nie wiem, jak uciekłaś z wieży, ale spokojnie – wrócisz tam szybciej, niż ci się wydaje. Będziesz miała czas porozmawiać z książątkiem – kpi.

Rozglądam się nerwowo. Za mną... okno. Jest duże – wystarczająco, bym się zmieściła. Ktoś był idiotą, projektując okno w lochach bez krat. 

Gdy strażnicy ruszają w moją stronę, bez zastanowienia rzucam się w stronę okna. Przelatuję przez nie, jednocześnie tego żałując. Szkło roztrzaskuje się na kawałki i wbija w skórę. Turlam się po zboczu, obijając o kamienie i krzaki, aż zatrzymuję się na samym dole.

Z trudem łapię oddech. Boli mnie bark, prawdopodobnie zwichnięty – marszczę nos z bólu. To nie było najmądrzejsze. Otrzepuję z siebie wszystko, co zebrałam w czasie tej nieprzyjemnej wycieczki i ruszam przed siebie. W każdej chwili mogą mnie złapać.

♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠

Oglądam się za siebie po raz ostatni. Cisza. Nikogo nie ma.

Zwalniam i ruszam dalej przez las. Słońce właśnie wschodzi, rzucając złote światło między drzewa. W oddali dostrzegam Riccarda.

– Co ci się stało? – pyta, marszcząc brwi.

– Wyskoczyłam z okna – odpowiadam, krzywiąc się z bólu.

Patrzy na mnie dziwnie, ale już się przyzwyczaiłam do tego spojrzenia.

– Cóż... myślę, że nawet nie chcę wiedzieć – wzrusza ramionami. – W każdym razie, w lochach ich nie było, prawda?

Kiwam głową.

– Kiedy uciekałem przed strażnikami, zgubiłem ich głębiej w lesie. Widziałem cztery postacie – dwóch mężczyzn i dwie kobiety. Myślisz, że to oni?

– Jak wyglądali?

– Kobiety miały odarte, brudne suknie, ale wyglądały na...

– Zaprowadź mnie tam. Natychmiast – przerywam. – Nie mamy czasu do stracenia.

Riccardo kiwa głową i rusza przodem.

– Jesteś jak twój ojciec. Władcza i nieustępliwa – mruczy.

Nie obrażam się. Wręcz przeciwnie – traktuję to jak komplement.

Wchodzimy do jednej z jaskiń, omijając okrąg z kamieni. Zauważam go kątem oka.

– Co to? – pytam.

– To kamień zaklęty. Sprawia, że jesteśmy niewidoczni dla tych, którzy źle nam życzą – wyjaśnia.

Kiwam głową i wchodzę do środka.

Wewnątrz dostrzegam Milana, Sama, księżniczkę i królową. Milan zrywa się na mój widok i rzuca się, by mnie objąć tak mocno, że aż mam wrażenie, że połamał mi żebra. Syczę czując jak bardzo boli mnie bark. Odsuwa się i ostrożnie ogląda z każdej strony.

– Ten facet powiedział, że poszłaś sama do zamku. Ty naprawdę jesteś szurnięta – mówi z niedowierzaniem.

– Dopiero teraz to zauważyłeś? – rzucam sarkastycznie.

– Dopiero teraz pokazujesz, jak bardzo – wzdycha.

Wzruszam ramionami na tyle na ile pozwala ból i odchodzę, siadając pod ścianą. Nie spałam całą noc. Najwyższy czas to nadrobić. Nie jest wygodnie, ale już przywykłam do twardej ziemi. Krzyżuję nogi i zamykam oczy, opierając głowę o zimny kamień.

Czuję ruch po lewej stronie, ale ignoruję go. Dopiero ból przywraca mnie do rzeczywistości.

Otwieram oczy i patrzę spod byka na Riccardo.

– Nie patrz tak na mnie. Trzeba cię opatrzyć, żeby nie wdało się zakażenie. Jako łowczyni powinnaś to wiedzieć – mówi, wyciągając odłamki szkła jeden po drugim. Przypomniałam sobie co mówił w wieży, jeśli wierząc jego słowom jutro nie będzie nawet blizny. Wzdycham, ale nie protestuję.

Niech robi swoje. Może potem w końcu się prześpię.

Milan bez słowa siada obok mnie obserwując poczynania mężczyzny. Zerka na mnie z pytaniem w oczach 

– Był przyjacielem moich rodziców  – kiwa głową i już bardziej przychylnie patrzy na niego. W pewnym momencie podchodzi do nas królowa. Patrzy dziwnie na najstarszego. 

– Byłam pewna, że już dawno obcięli ci głowę  – Kombuko nie reaguje na jej zaczepkę i przykłada ręce do mojego barku. Syczę jeszcze głośniej czując jak piecze

–  Ciebie też miło widzieć po tylu latach, Marisso – kobieta prycha i odchodzi. Coraz bardziej przekonuje się jaką okropną była królową. Może to ona zaplanowała morderstwo króla? Kręcę głową. Mam dość podejrzewania wszystkich o wszystko.

HUNTEROpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz