34

11 0 0
                                        

Torii

Nerwowo stąpam w kółko, czekając na diagnozę lekarza. Przygryzam paznokieć z nerwów, a gdy tylko widzę, jak wychodzi z pomieszczenia, niemal rzucam się w jego stronę. Zatrzymuje się, dostrzegając mnie, i ściąga okulary.

— Nie mam dobrych wieści — zaczyna z westchnieniem, poprawiając kitel. — Po kilku obszernych badaniach mogę stwierdzić, że została zatruta.

Gula staje mi w gardle. Zaciskam dłonie w pięści.

— Niestety, nie wiem, co było tego przyczyną — dodaje, kręcąc głową, po czym odchodzi bez słowa. Patrzę za nim, dopóki nie znika mi z pola widzenia, a potem opadam pod ścianę. Podkulam nogi, opieram łokcie o kolana i wpatruję się pustym wzrokiem w mur przede mną.

Słyszę zbliżające się kroki, ale nie reaguję. Nie mam siły na rozmowy. Po glosie rozpoznaję Sama

— Torii? Co ty tutaj robisz?

Milczę. Myśli krążą mi po głowie z zawrotną prędkością. Zatruta... Ale czym? Magia? Zioła? Kto mógł to zrobić? I dlaczego?

— Torii — powtarza i szturcha mnie mocniej w bok. Wzdycham i przenoszę wzrok na jego twarz. Patrzy na mnie z zaniepokojeniem, marszcząc brwi.

— Została zatruta — mówię cicho i znów odwracam wzrok ku ścianie. On, jakby domyślając się, o kim mowa, stwierdza bez wahania:

— Tracy.

Kiwnięciem głowy potwierdzam. Siada obok mnie i przez chwilę oboje milczymy.

— Musi być jakiś sposób, żeby to odwrócić — mamroczę, przeczesując palcami włosy i zostawiając dłonie na głowie. Zamykam oczy, zagłębiając się w myślach. Jego dłoń spoczywa na moim ramieniu, ale ignoruję ten gest.

Nagle mnie olśniewa.

Zrywając się na równe nogi, zostawiam za sobą zdezorientowanego przyjaciela. Biblioteka. Zamkowa biblioteka ma wszystko.

Wpadam do środka z impetem i zatrzymuję się na środku ogromnej sali. Zadzieram głowę w górę, uświadamiając sobie ogrom zbiorów na jednym regale. Westchnienie ucieka z moich ust.

Czego nie robi się dla siostry?

Zaczynam przeczesywać dział po dziale, szukając czegoś, co choćby zbliży mnie do odpowiedzi. Po pół godzinie kręcenia się wciąż nic nie znalazłam. To trudniejsze, niż sądziłam.

Wzdycham i przecieram twarz dłońmi. Nie znalazłam nic, zupełnie nic, co mogłoby mi pomóc. Oczy pieką mnie od czytania. Wstaję powoli, krzywiąc się, kiedy czuję, jak sztywnieją mi kolana. Przesiadłam tu zdecydowanie za długo. Rzut oka na okno mówi mi wszystko — zastała mnie noc.

Wychodzę z biblioteki powoli, z zamiarem powrotu do pokoju, ale po drodze Milan 

— Szukałem cię cały dzień.

Podnoszę głowę i zerkam na chłopaka.

— Byłam w bibliotece — wzruszam ramionami. Kręci głową, ale nie komentuje.

— Chodź — chwyta mnie za rękę i ciągnie w stronę schodów. — Przyda ci się trochę powietrza.

Wychodzimy na zewnątrz i kierujemy się powoli w stronę altany.

Kątem oka dostrzegam ruch między drzewami. Odwracam głowę, ale niczego tam nie dostrzegam. Przewidziało mi się. Wzdycham i biegnę dalej, aż zatrzymuję się na polanie oświetlonej blaskiem księżyca. Zadzieram głowę, obserwując rozgwieżdżone niebo. Pełnia. Dziś jest pełnia.

Z oddali dobiega wycie wilków. Nie boję się ich — nie do końca. Ale całe stado mogłoby być już problemem. Postanawiam wracać.

Po dłuższym biegu zatrzymuję się przed zamkiem. Obserwuję jego ściany widoczne z mojej perspektywy— znajome, a jednak tak obce. Spędziłam tu dwa lata, wyprowadziłam się pół roku temu. A teraz znowu tutaj jestem. Wzdycham i wspinam się po schodach. Dziwne... Nigdzie nie widać strażników. Ani przy bramie, ani przy wejściu.

Rozglądam się, ale wewnątrz też pusto. Dopiero po przejściu przez połowę zamku słyszę głosy — wszyscy zgromadzeni są w jednej z sal. Król, jego obrońca, cała świta. Cofam się cicho i kieruję w stronę swojego pokoju. Jeśłi to będzie coś ważnego Milan mnie poinformuje. Przez zaciśnięte zęby przegryzam wargę.

Miele wargę miedzy zębami wchodząc do środka, po prysznicu rzucam się na łóżko momentalnie zasypiając

Obudzone mnie pukanie. Najpierw jedno, potem drugie — niecierpliwsze. W końcu drzwi się uchylają. Podnoszę się na łokciach i zapalam lampkę, mrużąc oczy.

Zielone oczy chłopaka błyszczą w półmroku. Wzdycham i opadam z powrotem na łóżko. Zerkam na zegar przy oknie.

— Zdajesz sobie sprawę, która jest godzina? — mamroczę w poduszkę.

Zamiast odpowiedzi słyszę cichy śmiech.

— Owszem. Ale nie budziłbym cię, gdyby to nie była wyjątkowa okazja.

Podnoszę głowę. Uśmiecha się lekko i siada na brzegu łóżka.

— Dziś będą spadające gwiazdy — mówi z ekscytacją.

Patrzę na niego nieprzekonana, więc dopowiada:

— Nigdy ich nie widziałaś?

Kręcę głową.

Nic więcej nie mówi. Po prostu wstaje i wyciąga do mnie rękę. Po chwili wahania łapię ją i wstaję. Zakładam pierwszą lepszą bluzę i przecieram oczy.

Bez słowa wychodzimy na korytarz, skradając się przez mroczne korytarze. Wspinamy się na szczyt najwyższej wieży. Przeszywa mnie chłód, wiatr rozwiewa mi włosy, które zakryły mi twarz. Odsuwam je za uszy.

Siadamy na dachu, czekając.

— Zaraz się zacznie — szepcze mi do ucha. Ciepło jego oddechu kontrastuje z chłodnym powietrzem przez co dreszcz przebiega mi po skórze. Wciągam głęboko zimne powietrze i patrzę w niebo.

Pojedynczy błysk. Potem drugi. Trzeci. I nagle całe niebo rozświetla się od tysięcy spadających gwiazd. Wstaję i patrzę z zachwytem.

Niebo zostaje rozjaśnione, a wszystko to wydaje się takie nierealne.

Ale tak szybko, jak się zaczęło... tak szybko się kończy.

— To było niesamowite — mówię z uśmiechem.

Podchodzi do mnie.

— Wiesz... możesz mi podziękować — mówi, stukając się palcem w policzek.

Przewracam oczami, ale spełniam niemą prośbę i całuję go w policzek.

— Chodź, odprowadzę cię.

— Jaki dżentelmen.

Parska śmiechem, a ja się uśmiecham. Wracamy w lekkiej, ciepłej atmosferze.

— Dawno nie spędzaliśmy razem czasu.. tak normalnie, po prostu — mówi, gdy stoimy pod moimi drzwiami. Kiwam głową.

— Masz rację.

— Musimy to kiedyś powtórzyć — szturcha mnie łokciem i uśmiecha się.

— Tylko o normalnej porze — jęczę, widząc, jak powoli świta.

Śmieje się i odchodzi, rzucając jeszcze przez ramię:

— Dobranoc.

HUNTEROpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz