25

9 0 0
                                        

Torii

Stoję nad księciem ze skrzyżowanymi rękami i patrzę z gniewem, który niemal gotuje mi krew.

— Zdajesz sobie sprawę, ile ryzykowałeś?! Gdyby cię zobaczyli, już byłbyś martwy! — wyrzucam ręce w górę, a on tylko uśmiecha się półgębkiem, co irytuje mnie jeszcze bardziej.

— Wybacz, Torii, ale nie będę siedział z założonymi rękami. Widzisz, jak Martanzo wpływa na tę ziemię? Myślę, że sama już dostrzegłaś pewne skutki. Musimy go jak najszybciej obalić — mówi, patrząc mi twardo w oczy.

Wzdycham. Ma rację, ale nie możemy działać pochopnie.

— Wymyślę coś. Nie możemy tak po prostu wpaść w jego sidła — krzyżuję ręce i zaczynam chodzić w kółko. — Mam cztery dni — mamroczę pod nosem. Zatrzymuję się i przeczesuję rozczochrane włosy. Cztery dni to zdecydowanie za mało na dobry, skuteczny plan.

— Proszę cię, Sam... choć ty bądź po mojej stronie i nie wychylaj się — mówię błagalnie. Nie czekając na jego odpowiedź, odwracam się na pięcie i wychodzę szybkim krokiem z ruin. Kiedy jestem w zamku jeden ze strażników informuje mnie - nasz król mnie szuka. Biorę głęboki oddech nim ruszę w stronę sali tronowej.

Teraz czas na starcie ze złym królem.

Czas zacząć przedstawienie.

— Chciałeś mnie widzieć — mówię, stając kilka kroków przed nim. Kiwa głową i poprawia się na tronie.

— Owszem. Chciałem się dowiedzieć, jak idzie ci, mój szenszalu, szukanie von Maryenów.

Zaciskam usta w wąską linię, jednak szybko się opanowuję.

— Niestety bez skutku — odpowiadam chłodno. Król drapie się po brodzie i milczy przez chwilę, aż w końcu odzywa się, a jego słowa wbijają mnie w ziemię.

— Jesteś zdrajczynią Troii — mówi głębokim, zimnym głosem.

Zamieram. Czyżby coś mnie zdradziło?

— Dlaczego tak uważasz? — pytam spokojnie, ale on ignoruje pytanie.

— Na szczęście mam już kogoś na twoje miejsce... gdy ty będziesz gnić w wieży stracenia — macha ręką.

Wrota sali tronowej otwierają się.

— Tracy?! — odwracam głowę i patrzę w niedowierzaniu, gdy wchodzi do środka z kpiącym uśmiechem i poprawia jasne włosy.

— Naprawdę myślałaś, że tylko ty próbujesz coś osiągnąć w tym świecie, Torii? — pyta, zbliżając się powoli. — Otóż nie. Ja też jestem zdrajczynią... tylko wiesz co? Ja nie zdradzam zdrajców.

Pokazuje zęby w fałszywym uśmiechu i dobywa miecza. Patrzę na nią z szokiem.

— Nie chcę z tobą walczyć — mówię, rozglądając się po sali.

— Szkoda, bo ja wręcz przeciwnie — wzrusza ramionami i rzuca się na mnie, więc – chcąc nie chcąc – dobywam broni, by się bronić.

— Nigdy nie byłaś za przemocą. Byłaś raczej pacyfistką. Co się zmieniło? — pytam, blokując pierwszy cios.

— Zrozumiałam, że bez przemocy nigdzie nie zajdę. A okazja sama się nadarzyła — rzuca nonszalancko, znów atakując.

— A twój narzeczony? — pytam, odskakując, gdy próbuje uderzyć mnie rękojeścią w żebra.

— To on mnie do tego namówił.

Jej klinga tnie powietrze, a przez moją nieuwagę ostrze drasnąło mnie w ramię. Klnę pod nosem i blokuję kolejne ataki. Tracy nigdy nie lubiła walczyć, ale Micalrio zmuszał ją do wspólnych treningów. Może nie ma ogromnej wprawy, ale zna moje ruchy i dorównuje mi zwinnością.

Niestety, Martanzo – widząc, że blondynka sobie nie radzi – daje znak dwóm strażnikom. Zaciskam zęby, kątem oka obserwując całą trójkę. Gdzie się podział ich honor? Czyżby wyzbyli się go w chwili, gdy zmienili stronę?

Jeden z nich podcina mi nogi. Upadam, a gdy próbuję sięgnąć po miecz, Tracy uprzedza mnie i przydeptuje go. Strażnik dociska mnie do ziemi, a drugi przykłada ostrze do mojej szyi. Król wstaje z tronu z kpiącym uśmiechem. Mężczyźni podnoszą mnie brutalnie, zmuszając do stania.

— I na co ci były te spiski, Torii? Mnie nic nie umyka — mówi, łapiąc mnie za policzki i patrząc mi w oczy z obrzydliwą satysfakcją. — Zabierzcie ją do wieży.

Zamykam oczy. Może w normalnych okolicznościach miała bym z nimi szansę, teraz jednak jestem na skraju wyczerpania. Więc tak ma wyglądać mój koniec?

♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠

Szarpanie się na nic się zdaje. Trzech strażników trzyma mnie mocno, czwarty zakłada kajdany. Gdy tylko kończy, odskakują ode mnie, a gdy próbuję się na nich rzucić, łańcuch naciąga się z impetem i ciągnie mnie do tyłu. Upadam na kolana, opuszczając głowę.

Jeszcze nigdy nie czułam się tak upokorzona.

— Przyzwyczajaj się. Od dziś to twój dom — mówi strażnik z uśmiechem. — Nie martw się, Lartrak. Znajdziemy rodzinę królewską bez twojej pomocy.

— Nie dacie rady. Sama nie wiem, gdzie się ukryli — mówię przez zaciśnięte zęby. Gdy wychodzi, czuję, że łzy napływają mi do oczu. Tracy... nigdy nie podejrzewałabym jej o coś takiego. Może właśnie dlatego udało jej się mnie zaskoczyć?

Wzdycham i opieram głowę o kolana. To koniec. Przegrałam walkę, której nawet dobrze nie zaczęłam.

Zanim pogrążę się całkowicie w rozpaczy i próbach ucieczki, słyszę cichy głos.

— Torii?

Unoszę głowę i szybko ocieram łzy. Rozglądam się, aż w końcu patrzę w górę. Dostrzegam kraty.

— Kim jesteś? — pytam, opierając głowę o ścianę i zsuwając się na podłogę.

— To naprawdę ty — mówi uradowany. — Wybacz, jestem Riccardo de Ferrari. Przyjaźniłem się z twoimi rodzicami — dodaje ciszej.

— Wybacz, ale nie kojarzę tego nazwiska.

Słyszę cichy śmiech i szelest łańcuchów.

— Nie dziwię się. Byłyście naprawdę malutkie, gdy ostatni raz was widziałem — mówi, po czym milknie.

Zamykam oczy, próbując się wyciszyć, ale szalejące myśli nie dają mi spokoju. Chcę zacząć rozmowę, lecz kątem oka dostrzegam strażnika.

— Wstawaj, Lorenzo. Już czas na ciebie — mówi ciemnowłosy mężczyzna, ciągnąc za sobą kobietę. Próbuje się wyrwać, krzyczy, kopie, ale nikt nie reaguje. Przełykam ślinę. Jej krzyki długo jeszcze odbijają się echem.

— Co się z nią stanie? — pytam cicho.

— To, co z nami wszystkimi. Nie bez powodu ta wieża nazywa się Straconą — odpowiada Riccardo.

— Zabiją ją? — pytam z niedowierzaniem.

Potwierdza. Milknę. Podkulam nogi i opieram brodę o kolana.

Jako zdrajczyni szybko poznam ich najgorsze metody. Mam tylko nadzieję, że zanim to nastąpi... uda mi się uciec.

Wzdycham i kładę się na zimnej ziemi. Wpatruję się w sufit, dostrzegając drobne dziury, przez które przebija się światło. Niebo. Tak blisko wolności... a jednak tak daleko.

Zamykam oczy, wsłuchując się w odgłosy dobiegające z innych cel. Wszyscy ci ludzie mają zginąć? Znając Lucasa von Maryena, większość może być niewinna.

Zagryzam policzek tak mocno, że po chwili czuję krew.

Tracy, mam nadzieję, że wiesz, co robisz... i że niczego nie pożałujesz tak, jak ja żałuję teraz

HUNTEROpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz