XXXVII

2.6K 149 0
                                        

Oszalałam czy Lauren naprawdę powiedziała, że mnie kocha?
Oblizałam usta.
-Co właśnie powiedziałaś? - szepnęłam.
Delikatnie się uśmiechnęła, mierzwiąc mi włosy.
-Powiedziałam, że cię kocham.
Nie mogłam powstrzymać uśmiechu.
Wszystko w moim życiu zaczynało być coraz lepsze i miałam wrażenie, że zrzuciłam z siebie duży ciężar.
Przez chwilę ciągnęło mnie do Lauren coś, czego nie mogłam zdefiniować. Nie wiedziałam co to było, ale wydawało mi się, że chyba chodzi o miłość. I tak siebie nie posłuchałam. Byłam zbyt uparta.
-Wiesz - Lauren złączyła nasze palce.
Podniosłam wzrok, patrząc jej w oczy.
-Nigdy nie myślałam, że to się stanie. Po całej aferze z Ari byłam pewna, że moje życie było przesądzone. Że będę musiała martwić się już tylko o siebie. Nie musiałam przejmować się jakąś suką czy problemami w związku...
Lekko się skrzywiłam.
Nie chciałam, żeby czuła się zmuszana do związku.
Zauważając to, dziewczyna ścisnęła moją dłoń.
-Ale wtedy pojawiłaś się ty, pokazałaś mi dlaczego znów powinnam się otworzyć i cieszę się, że to zrobiłaś. Dałaś mi powód. Nie chodzi już tylko o ekipę, mam teraz jeszcze kogoś, kto sprawia, że chce mi się żyć.
Przygryzłam wargę, niemal natychmiast się rumieniąc.
-Ale musisz wiedzieć - podniosła się na łokciu, patrząc na mnie z powagą. - Skoro jesteś ze mną w związku, wszystko będzie od tej pory inne.
Wydęłam usta.
-Co masz na myśli?
-Mam na myśli, że jak już zdążyłaś zauważyć, moje życie nie jest zbyt bezpieczne. Mam wrogów, którzy zrobią wszystko, żeby zniszczyć mnie i ekipe nawet, jeśli będzie to wymagało skrzywdzenia ludzi, których kocham.
Przełknęłam ślinę, odwracając wzrok.
-Jeśli myślisz, że czyny Ruby były złe, to nie widziałaś jeszcze najgorszego.
Podniosłam się, nie wiedząc co powiedzieć.
-Hej - delikatnie podniosła mi brodę. - Nie pozwolę, żeby cokolwiek ci się stało, okej?
Spojrzałam jej w oczy i pokiwałam głową.
Wiedziałam, że będę przy niej bezpieczna. Udowodniła mi to już wiele razy, zdobyła moje zaufanie.
-Pomimo mojego niebezpiecznego życia, kocham cię i zrobię wszystko, żeby cię obronić. Jesteś częścią mojego życia, więc wezmę cię pod swoje skrzydła. Ekipa też będą tu dla ciebie. Nie pozwolą nikomu cię skrzywdzić.
Lekko się uśmiechnęłam.
-Ale musisz też wiedzieć, że bycie ze mną w związku oznacza, że są rzeczy, o których nie będziesz wiedziała. Głównie biznes.
Pokiwałam głową.
-Rozumiem.
-Więc kiedy karzę ci opuścić pokój, robisz to. Okej?
Ponownie przytaknęłam.
-W porządku.
-A gdy jesteś w tym samym pokoju co my, nie zadajesz pytań ani nie mówisz o niczym co widziałaś, co dotyczy też opowiadania wszystkiego Ally.
Udałam, że zamykam usta na kłódkę i rzucam za siebie klucz.
Lauren cicho się zaśmiała i musnęła moje usta.
-Jesteś urocza.
Udałam, że kaszlę, znacząco na nią patrząc.
Podniosła ręce w górę.
-To znaczy seksowna, wybacz - zaczęła się ze mną drażnić, po czym znów pocałowała.
Oderwałam się od niego.
-Aj aj kapitanie - zasalutowałam, nawiązując do jej wcześniejszych poleceń.
Dziewczyna wybuchnęła śmiechem.
-Co ja bym bez ciebie zrobiła?
-Nie wiem - wzruszyłam ramionami. - Ale mogę powiedzieć ci jedno - łobuzersko się uśmiechnęłam. -Miałabyś cholernie nudne życie.
-I tu masz rację - wzięła mnie w ramiona.
Westchnęłam z zadowolenia. Wszystko było wreszcie idealne... przynajmniej większość. Miałam jeszcze jedną rzecz do załatwienia.
-Lauren?
-Hmm?
-Która godzina?
Szeroko otworzyła oczy.
-Cholera - wyciągnęł telefon. Wypuściła oddech pełen ulgi. - Oh, dzięku Bogu. Dopiero jedenasta trzydzieści. Ominęłaś połowę angielskiego - skrzywiła się. - Przepraszam. Wiem, że obiecałam powrót przed końcem lunchu...
-W porządku - machnęłam ręką. - Przecież nie wiedziałaś, że samochód wybuchnie.
Słabo się uśmiechnęła.
-Mimo, że nie chcę przerywać naszego przytulania - siadłam. - To muszę.
Lauren z jękiem położyła ręce na oczach i się położyła.
-Nie chcę - powiedziała płaczliwym głosem jak dziecko.
Zaśmiałam się, lekko uderzając ją w ramię.
-Dalej dupku, musimy iść. Obiecałaś, pamiętasz? - zaczęłam się z nią żartobliwie drażnić.
-Jak mnie właśnie nazwałaś? - Laurem zabrała rękę z twarzy, patrząc na mnie sceptycznie.
Przygryzłam wargę.
-Nie ważne - powiedziałam niewinnie.
Utkwił we mnie wzrok.
-Pierdolisz.
Potrząsnęłam głową.
-Nie.
Pokiwała głową.
-Powiedz to, Camila.
-Co?
-To, jak mnie nazwałaś.
-Przecież ja nic nie powiedziałam - odwróciłam wzrok, próbując powstrzymać się od śmiechu.
Lauren z łobuzerskim uśmiechem przekrzywiła głowę na bok.
-Okej, w takim razie będę to musiała z ciebie wyciągnąć.
-Co masz na myśli? - spojrzałam na nią z szeroko otwartymi oczami.
-Zobaczysz - oparła się na rękach i kolanach. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, oparła się nade mną i zaczęła łaskotać, a ja wybuchnęłam śmiechem.
-Nie, przestań! - zawołałam z desperacją w głosie.
Z uśmiechem pokręciła głową.
-Nie ma mowy!
-P-proszę! - wykrztusiłam między napadami śmiechu.
-Powtórz co powiedziałaś!
-Nigdy! - zaśmiałam się.
-W takim razie nigdy nie przestanę - cicho się zaśmiała, łaskocząc mnie gdzie tylko mogła.
Byłam już koloru pomidora. Jej ręce zmusiły mnie do poddania się wcześniej, niż sądziłam.
-Okej! - krzyknęłam.
Przestała, ale jej dłonie wciąż trzymały mnie w talii.
-Co to było?
-Powiem ci!
Uśmiechnęł się z satysfakcją.
-Śmiało.
Potrząsnęłam głową.
-Najpierw ze mnie zejdź - próbowałam negocjować, ale Lauren natychmiast się połapała.
-Tak, pewnie, skarbie - powiedziała z sarkazmem. - Myślisz, że jestem aż taki głupia?
-Nie, po prostu nie wierzę, że przestaniesz nawet gdy ci powiem.
-A ty niby nie uciekniesz, kiedy cię wypuszczę? - podniosła brew.
Westchnęłam.
-Nienawidzę cię.
-Nie, wcale nie.
Pokiwałam głową.
-Tak.
-Jeśli tak, to by cię tutaj nie było.
Westchnęłam po raz setny tego dnia.
-Jesteś strasznie skomplikowana.
-A ty nie?
Ze śmiechem wzruszyłam ramionami.
-Dobrze ci wychodzi próba zmiany tematu.
-Dziękuję.
-Nie ma za co. A teraz powtórz, co powiedziałaś i jesteś wolna.
Zastanawiałam się, pod czym wreszcie uległam.
-Okej, okej... - wzięłam głęboki wdech. - Nazwałam cię dupkiem - mruknęłam.
-Kim? - udawała, że mnie nie dosłyszała, przystawiając dłoń do ucha.
Wywróciłam oczami.
-Nazwałam cię dupkiem, idiotko!
Zaśmiała się.
-Serio, skarbie? Dupkiem? Co to za gówno?
-Nie wiem.
-Jesteś strasznie dziwna.
Zaśmiałam się.
-To jest nas dwoje, skarbie - uśmiechnęłam się łobuzersko.
-Mm - Dziewczyna przygryzła wargę. - To brzmi seksownie w twoich ustach.
-Co? - udawałam głupią. - Skarbie? - powiedziałam niskim, uwodzicielskim głosem.
Lauren jęknęła.
-Jezu, skarbie, co ty ze mną robisz...
Uśmiechnęłam się.
-Wiem - zaśmiałam się. - A teraz chodźmy, zanim ktoś zauważy, że nas nie ma.
-Wątpię, żeby ktoś zwrócił na to uwagę.
-Z naszym szczęściem pewnie to zrobili - zepchnęłam ją z siebie i wstałam, podchodząc do swoich ubrań.
Już miałam je podnieść, gdy poczułam ręce oplatające mnie w pasie.
-Lauren...
-Hmm? - mruknęła, całując moje nagie ramię. Zadrżałam, czując jej dotyk.
-Nie teraz - wydyszałam.
-Dalej skarbie - zjechała rękami na moje piersi i lekko je ścisnęła, na co jęknęłam. - Możemy przecież tu zostać i się sobą nacieszyć...
Kiedy już miałam ulec, wrócił mój zdrowy rozsądek. Wyswobadzając się z jej uścisku, pokręciłam głową.
-Nie, Lauren, musimy iść.
-Czemu do cholery chcesz tak szybko wracać do szkoły?
-Bo ominęłam już trzy dni?! - spojrzałam na nią z niedowierzaniem.
-Więc? Kogo to obchodzi? - warknęła. - To tylko szkoła!
-Tylko szkoła? - zaśmiałam się bez kszty humoru. - Lauren, od szkoły zależy moja przyszłość. Oczywiście, że mnie to obchodzi! Wiem, że masz już zaplanowaną przyszłość, ale ja nie. Jeśli chcę kimś być, muszę dostawać dobre oceny i ukończyć rok z jak najlepszymi osiągnięciami.
Lauren ze śmiechem pokręciła głową.
-To idiotyczne.
-Nie, to prawdziwe. Mam wrażenie, że żyjesz w swojej bajce, w której wszystko dostajesz bez wysiłku. Jesteś przyzwyczajona do dostawania co chcesz, prawda?
Świdrowała mnie wzrokiem, co przyjęłam jako tak.
-Cóż, niespodzianka koleżanko, to się niedługo skończy. Zwłaszcza, jeśli chodzi o mnie.
-I co? Spławisz mnie za każdym razem kiedy będę chciała się pieprzyć?
Te słowa zabrzmiały tak ostro i wstrętnie, że coś ścisnęło mnie w sercu. Miałam wrażenie, że cały świat nagle znikął, a jedynymi pozostałymi byłam ja i Lauren.
Po, jak mi się wydawało, wieczności, wreszcie się odezwałam.
-Właśnie tym dla ciebie jestem? Kimś do 'pieprzenia'? - warknęłam, wymawiając ostatnie słowo z obrzydzeniem.
Lauren długo się we mnie wpatrywała, nie mówiąc ani słowa.
Pokręciłam głową.
-Jesteś niemożliwa i nie mówię tego w dobrym sensie - zakpiłam, wkładając na siebie stanik i koszulkę.
-Camila...
-Nie mogę uwierzyć. Dopiero co się pogodziłyśmy i wszystko zapowiadało się dobrze - urwałam, porządkując myśli. - A ty musiałaś znów wywołać kłótnię? - spojrzałam na nią z niedowierzaniem. - Jak wielkim chujem można być?
Laurem zacisnęła usta w cienką linię.
-Widocznie Keana miała co do ciebie rację - warknęłam. - Obchodzi cię tylko seks.
-Nawet nie próbuj wierzyć tej dwulicowej pieprzonej suce - syknęła. - Ona oznacza jedynie kłopoty.
-Lub - udałam zaskoczoną. - Jesteś zła, bo rzeczywiście mówiła prawdę.
-Nie - warknęła. - Jeśli chciałabym cię jedynie przelecieć, zrobiłabym to dawno temu.
-Po co to pośpieszać? - zaśmiałam się urażona. - To znaczy, jesteś sprytna. Przyciągnęłaś mnie do siebie, sprawiłaś, że miałam wrażenie, że coś dla ciebie znaczę - zakpiłam. - Nawet uwierzyłam, gdy powiedziałaś, że mnie kochasz.
-Bo cię kocham!
-Pokazujesz to w zabawny sposób.
-Czy ty sobie ze mnie kurwa żartujesz, Camila? - warknęła.
-Nie.
-Kurwa mać, Camz - westchnęła, mierzwiąc sobie włosy. - Po prostu się zdenerwowałam, okej?
-Wszyscy się denerwujemy, Lauren. Jestem wkurwiona, ale nie traktuję cię jak gówno!
Lauren odwróciła wzrok, oblizując usta.
-Nienawidzę tego.
-Może byłoby lepiej, gdybyśmy spędziły trochę czasu osobno...
-Nie - warknęła - Nie ma mowy, żebyśmy to zakończyły.
-Czemu? Nie dam ci tego, czego chcesz. Możesz równie dobrze być z kimś, kto zaspokoi twoje potrzeby i będzie uprawiał z tobą seks kiedy tylko chcesz.
-Jeśli chciałabym kogoś takiego, wciąż byłabym z Ari.
-To dlaczego nie pojedziesz do restauracji i do niej nie wrócisz?
-Bo nie chcę jej. Chcę ciebie - wymamrotała ostatnie słowa, a moje serce zabiło mocniej.
Pokręciłam głową, gdy łzy frustracji napłynęły mi do oczu.
-Czemu mi to robisz? - szepnęłam.
Lauren wpatrywała się we mnie z powagą.
-Hm? - kontynuowałam. - Czemu przechodzisz ze szczęścia w złość? Czemu traktujesz mnie jak gówno? Co najważniejsze, dlaczego nie pozwalasz sobie byc szczęśliwą?
Wiedziałam, że trafiłam w czuły punkt, bo Lauren patrzyła jak jeleń wbiegający przed pędzący samochód. Urwałam, wreszcie składając wszystko w jedną całość.
-Odpychasz każdego, na kim ci zależy. Dlaczego?
-Nie wiem.
Pokiwałam głową, przygryzając wargę.
-Za każdym razem, gdy się do kogoś zbliżasz albo zaczynasz być szczęśliwa, zamieniasz się w tego potwora...
-Przepraszam.
Wypuściłam głęboki oddech.
-Nie musisz przepraszać - spojrzałam na swoje stopy. - Po prostu przestań robić to mi... sobie.
Pokiwała głową, odwracając wzrok. Po raz pierwszy brakowało jej słów. Podeszła do swojej koszulki, podniosła ją i założyła.
-Chodźmy.
Otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, ale zrezygnowałam i podążyłam za dziewczyną na korytarz i po schodach.
-Do zobaczenia ludzie! - zawołała Laurem, wychodząc. Nawet za siebie nie zerknęła, żeby upewnić się, że za nią idę.
Westchnęłam, odwracając się do ekipy. Pomachałam im z lekkim uśmiechem.
-Pa.
-Pa, Camila - powiedzieli równo, na co się zaśmiałam.
-Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy.
-Ja też.
-Wszystko okej? - spytała Normani.
Podniosłam brew. To dziwne, jak dziewczyna, którą ledwo znałam, potrafiła odczytać z mojej twarzy wszystkie emocje.
-Tak, jest dobrze...
-Jesteś pewna?
Przytaknęłam.
-Dzięki.
-Do usług.
Pomachałam im jeszcze raz i wyszłam, delikatnie zamykając za sobą drzwi.
-Co ci tyle zajęło? - spytała Lauren, gdy wsiadłam do jej kolejnego samochodu.
-Żegnałam się z chłopakami - wymamrotałam, zapinając pas.
Pokiwała głową, a na jej twarzy nie było widać żadnej emocji.
Zaczęłam się kręcić, gdy dziewczyna wyjechała na drogę. Bałam się, że dzisiejsze wydarzenia się powtórzą.
Zauważając to, Lauren odrząknęła.
-Sprawdziłam każdy centymetr, jesteśmy bezpieczne.
Wypuściłam oddech, który nie wiadomo czemu wstrzymywałam.
-Dzięki.
Wzruszyła ramionami.
-Obiecałam, że będziesz przy mnie bezpieczna.
Zacinęłam usta, a mój żołądek boleśnie się zacisnął.
---
Kiedy dojechałyśmy do szkoły, dziewczyna zatrzymała się tuż przed drzwiami.
Odpinając pas, wysiadłam i zamknęłam za sobą drzwi. Zaczęłam iść, gdy zorientowałam się, że Lauren za mną nie ma. Odwróciłam się, a następnie zniżyłam do poziomu okna.
-Nie idziesz?
Pokręciła głową.
Westchnęłam.
-Lauren...
-Idź beze mnie, muszę coś załatwić - powiedziała monotonnie.
-Ale...
-Idź już Camila - powiedziała. - Zobaczymy się później.
-Nie ważne - porzuciłam temat, prostując się i cofając.
Lauren bez słowa odjechała, zostawiając mnie samą i zdezorientowaną.

Danger "CamrenOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz