48 - Nowy dzień

549 39 1
                                        

Ron, tak jak zawsze, rozbudził się ospale. Dźwięki wydawane przez krzątających się dookoła kolegów podnosiły na duchu, co było kolejnym sposobem na przypomnienie mu, że przynajmniej tutaj wszystko jest w porządku. Przez minutę lub dwie, zanim jego zaspany umysł zaczął pracować sprawnie, naprawdę myślał, że życie toczyło się jak zwykle. Po chwili jednak nieuchronne wspomnienie wróciło.

Charlie.

Jego brat, zaginiony po masakrze w Rumunii. Porwany przez... przez... to coś.

— Jak sądzisz, dlaczego ona cały czas czeka?

Ron rozpoznał łagodny głos Deana. Otworzył oczy z żalem, choć jeśliby to od niego zależało - wcale by tego nie robił. Chciał jedynie spać, dopóki świat sam się nie naprawi.

— Może została poinstruowana, by zostać tak długo, aż dostarczy list? Może on oczekuje odpowiedzi? — zastanawiał się Neville.

— Tak, ale tutaj go nie ma. Przypomnij sobie, czy wrócił do łóżka zeszłej nocy? — zapytał Dean.

O kim oni mówią?, zastanawiał się Ron. Podniósł się powoli i przetarł oczy dłonią, zanim je otworzył. Ponownie zamrugał, spoglądając na stojących przy łóżku Harry'ego przyjaciół.

— Co się stało? — wymamrotał, nie bardzo się przejmując.

Neville natychmiast się odwrócił. Zdawał się być zaskoczony tym, że Ron nie śpi. A przecież starali się zachowywać jak najciszej, wiedząc, że ich przyjaciel potrzebuje jak największej ilości snu.

— To znowu ta sowa. Przyniosła list do Harry'ego i nie pozwala nam go zabrać. Mam wrażenie, że w ogóle nie dociera do niej to, że go nie ma. Czy on wrócił ostatniej nocy?

— Hm... Tak, ale musiał wcześnie wstać, by spotkać się z dyrektor McGonagall — powiedział Ron, przypominając sobie wymówkę, jaką wymyślili wcześniej z Hermioną. — Jaka sowa? — zapytał.

Wstał, minął kolegów, podszedł bliżej i zamarł, kiedy zobaczył Kirke siedzącą w nogach łóżka Harry'ego z kawałkiem pergaminu pod szponami. Sowa przyglądała im się chłodnym wzrokiem.

— To ta, która przynosi prezenty Harry'emu — powiedział Dean. — Nie pozwoli nam wziąć listu. Przecież nie chcemy go czytać — dodał, zerkając na ptaka.

Kirke tylko patrzyła. Władczo.

Och, niech to szlag! Dlaczego Snape miałby wysyłać Harry'emu list, skoro są razem? — zastanowił się Ron. Snape by tego nie zrobił. O cholera! W co się Harry teraz wpakował?, dodał w myślach po chwili.

Szybko sięgnął po pergamin i wrzasnął, gdy sowa go ugryzła. Naprawdę go ugryzła!

— Aua! — krzyknął. Zabrał różdżkę z nocnego stolika, obrócił się w stronę Kirke i rzucił: — Immobilus! — Sowa natychmiast zamarła, a potem przewróciła się, nie mogąc utrzymać równowagi.

— Widzisz? Mówiłem, że trzeba to zrobić — powiedział Dean do Neville'a.

Ron zignorował ich obu i wyrwał spod pazurów Kirke pergamin.

— Zamierzasz go przeczytać? — zapytał Neville.

— Hm... nie. Jest do Harry'ego, więc powinien na niego zaczekać — skłamał Ron, wsuwając list do kieszeni. — Później mu go dam.

— Dobra, to my idziemy na śniadanie. Przyjdziesz? — zapytał Dean.

— Tak, będę za chwilę, dogonię was — zachęcił ich Ron, ziewając.

— To na razie — powiedzieli jeszcze Dean i Neville, zanim wyszli.

Gdy tylko opuścili pokój, Ron wyjął pergamin i spojrzał na niego ze zmarszczonymi brwiami. Tak naprawdę to nie miało sensu, że Snape napisał do Harry'ego, kiedy z nim przebywał. Co oznaczało, że Harry musiał wybrać się na jedną ze swoich heroicznych eskapad czy coś podobnego. Ron pospiesznie ubrał się i zszedł do Wielkiej Sali, gdzie Hermiona już na niego czekała, jedząc śniadanie.

— Cześć — przywitała się.

— Dzień dobry, Miona — odparł Ron. Usiadł i skinął głową do Ginny i Lavender, które machały do niego przez cały stół.

— Jak się czujesz? — taktownie zapytała Hermiona, obierając pomarańczę.

— W porządku. Ale, uch, to przyszło do Harry'ego dziś rano — odpowiedział cicho Ron, wyciągając pergamin z kieszeni. — Od Snape'a. Nie czytałem jeszcze.

— Od Snape'a? Jesteś pewien? — Hermiona natychmiast porzuciła na wpół obraną pomarańczę i rozwinęła pergamin. — Potter, Moody przybędzie do zamku dziś o pierwszej po południu, by kontynuować lekcje. Nie spóźnij się. SS — przeczytała. — Och, nie. Harry nas okłamał, prawda?

Ron przytaknął.

— Nie wiem, gdzie on może być.

Hermiona zamyśliła się i rozejrzała po Wielkiej Sali, zauważając, że stół Slytherinu był kompletnie pusty.

— Widziałeś dzisiaj Malfoya?

— Nie, ale to dopiero pora śniadania. Och! Myślisz, że się spotkali? — zapytał Ron.

Hermiona zacisnęła usta i pokręciła głową.

— Nie, bo nie ma tu ani Malfoya, ani Zabiniego. Nie sądzę, żeby Harry spotkał się z Malfoyem, kiedy Zabini kręci się w pobliżu.

— Och. — Ron wyglądał na zbitego z tropu. To nie było tak, że lubił Malfoya czy coś, po prostu bardziej niż Malfoya nie lubił swojego mistrza eliksirów.

— Myślę, że powinniśmy znaleźć profesora Snape'a — zakomunikowała Hermiona i wstała od stołu.

— Co?! Ale ja jeszcze nic nie zjadłem!

— Proszę cię, Ron. Harry'emu może grozić niebezpieczeństwo!

— Rety, wielka mi nowość — mruknął Ron, obrzucając ostatnim, długim spojrzeniem stosy jedzenia. Westchnął i pomknął za Hermioną.

***

Tymczasem Harry, Draco i Blaise nawet na chwilę nie zmrużyli oka. Czuwali przez całą noc, przez większość czasu w milczeniu, przy sporadycznych sprzeczkach Draco i Blaise'a. Harry zyskał szacunek do Blaise'a, który wydawał się mianować siebie rozjemcą, próbując powstrzymać jego i Draco od walki. Kiedy Malfoy robił jakieś złośliwe uwagi na temat wampirów i ich towarzyszy, Blaise zgrabnie przerywał, mówiąc:

— Teraz ja również jestem towarzyszem wampira, Draco, więc lepiej uważaj na to, co mówisz.

Na co Draco nachmurzył się, a Kilian uśmiechnął lubieżnie i powiedział:

— W takim razie akceptujesz bycie moim towarzyszem, czy tak?

— Nie będę uprawiał z tobą seksu — zripostował krótko Blaise, tym samym skutecznie uniemożliwiając Kilianowi dalszego drążenia tematu.

W końcu Harry'ego zaczęła nudzić cisza. Nie lubił długo przebywać w jednej pozycji i teraz korciło go, żeby wstać i się przejść, ale nie sądził, aby pozostali podzielali jego punkt widzenia. Zamiast tego zdecydował się nawiązać przyjacielską rozmowę z Kilianem.

— Jak to się stało, że masz taką kontrolę nad sobą? Po prostu siedzisz tu i prawie nie zauważasz Blaise'a. Snape nigdy nie był tak spokojny... niemal zaatakował mnie kilka razy.

— Jestem znacznie starszy od niego. Nadal ma duże braki — Killian odpowiedział.

— Myślałem, że wampiry nie mogą oprzeć się swoim towarzyszom.

— Jeśli Blaise zacząłby krwawić, nie mógłbym powstrzymać swojej żądzy, to oczywiste. Nawet, jeśli tylko jego puls byłby szybszy, ze strachu czy podniecenia, byłoby mi bardzo trudno. Ale, jak widzisz, jest spokojny. Kontrolujesz oddech, prawda? — zapytał Killian, zwracając się do Blaise'a.

Chłopak pokiwał głową.

— Nie chcę, żebyś mnie zaatakował. Kiedy to wszystko się skończy, porozmawiamy. Ale do tego czasu masz nad sobą panować. A skoro moje reakcje mają na ciebie wpływ, muszę zachować spokój.

Harry zmarszczył brwi.

— Więc jeśli zachowałbym spokój, te ataki nie miały by miejsca? — zapytał z niedowierzaniem.

Killian uśmiechnął się.

— Tak, gdybyś panował nad emocjami, owszem. Jakkolwiek Severus jest młody, więc nie wszystko można było tu przewidzieć i wszystkiemu zapobiec.

— Jest prawie dwa razy starszy od Harry'ego! — Draco wybuchnął ze złością. — Nie jest młody! Jest cholernie stary!

— Draco — w głosie Blaise'a zabrzmiało ostrzeżenie. — Między mną a Killianem jest różnica rzędu stuleci. O to też będziesz się wściekał?

Draco fuknął, mierząc Blaise'a wzrokiem.

— Cóż, przynajmniej twój wampir nie wygląda wystarczająco staro, by być twoim ojcem — prychnął.

Harry wzdrygnął się widocznie i wlepił wzrok w ziemię, unikając patrzenia na innych. Draco potrafił wyłożyć problem naprawdę jasno. I dobitnie.

— Panie, jak sssię czujesz? — wysyczała Issaa, decydując się wtrącić do rozmowy.

— Nic mi nie jessst... Nie mogę z tobą teraz rozmawiać, przeprassszam...

— Przestań! — Draco wrzasnął, czerwieniąc się.

Killian obnażył zęby na chłopca.

— Twój przyjaciel wykazuje kompletny brak manier. Nie wie, kiedy siedzieć cicho i jest ignorantem.

— Nieprawda! — Draco wykrzyknął — Doskonale wiem, jaką więź mają wampir i towarzysz, ich potrzeby i to, jak trudno jest im się oprzeć — warknął, sztyletując Harry'ego wzrokiem.

— Powiedziałem, że mi przykro — powtórzył Potter ze zbolała miną. — To nie tak jak myślisz, Draco. Nie chciałem...

— Nie chciałeś się z nim przespać? Tak, jasne, łapię. Ale i tak to zrobiłeś, a te bzdury, którymi karmił mnie Blaise, dają mi jasno do zrozumienia, że nie możemy być razem. Tak, rozumiem to całkowicie, Potter, nie musisz przepraszać, naprawdę.

— Próbowałeś być w związku z tym... nieznośnym człowiekiem? — zapytał Killian z zaskoczeniem. Najwidoczniej Severus nie powiedział im wszystkiego.

— To takie dziwne, że chcę być w normalnym związku? — Harry w końcu wybuchnął, zmęczony całą sytuacją. — Czy to takie złe, że chcę, by chociaż jedna rzecz w moim cholernym życiu była normalna? Dlaczego nie mogę mieć chłopaka? No dlaczego?!

— Severus może być twoim... chłopakiem — odpowiedział Killian.

— Nie! On jest moim towarzyszem, albo ja jestem jego, czy cokolwiek, ale to nie to samo! Ze Snapem to dramat za dramatem, i tak, ostatnimi czasy był fantastyczny, ale to nie wszystko! Chcę czegoś więcej, chcę... chcę... — Harry był bliski płaczu i nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. Snape go nie kochał, i chłopiec wątpił, by on mógł pokochać profesora... tak, troszczył się o niego, to mógł przyznać. Podejrzewał też, że Snape troszczył się o niego, ale to nie było to i raczej nigdy nie będzie. To, co ich łączyło było zbyt zmienne. Jak kolejka w wesołym miasteczku, przy czym to nie była tylko i wyłącznie wina Snape'a i jego braku kontroli nad niektórymi reakcjami.

Ale z Draco, przez chwilę czuł, że to może być coś, prawdziwy związek. Chłopiec był jak Harry, rozumiał niektóre sprawy, z którymi Snape mógł się jedynie utożsamiać, nie rozumiejąc ich jednak w pełni. No i Draco był znacznie bardziej otwarty niż Snape, gotowy na dzielenie się swoim życiem. Profesor zrobił wielkie postępy w tej materii, ale Harry wiedział, że nadal były pewne sprawy, którym Snape nie zamierzał się dzielić.

Jasne, była cała masa problemów między Harrym i Draco, ale one wydawały się zgoła śmieszne w porównaniu z tymi, którym on i Snape musieliby stawić czoła. Na przykład ciąża. Tym ostatnim Draco naprawdę wbił mu gwóźdź w serce. Harry nawet nie chciał myśleć, jak chłopak zareagowałby na czas, kiedy wampiry szukają sobie towarzyszy. To go przerażało.

— Na bogów! — wybuchł Draco na widok łez w oczach Pottera. — Nic nie mówiłem, w porządku? Wiem o tym, rozumiem to i do jasnej cholery, wcale cię o to nie obwiniam! Jestem po prostu wkurzony, a na tobie najłatwiej mi wyładować złość!

Harry gapił się na drugiego chłopca szeroko otwartymi w szoku oczami.

— O nie, nie patrz tak na mnie. Przykro mi, dobra? To wszystko to jakiś kompletny bałagan! Nie możemy być razem, bo nie mamy wpływu na okoliczności, więc po prostu idźmy dalej, dobrze? Jestem już zmęczony tym wszystkim — Draco warknął.

Harry nie wiedział, co na to odpowiedzieć. Z jednej strony brzmiało to jak przeprosiny i propozycja rozejmu. Z drugiej jednak strony brzmiało to tak, jakby Draco mówił, że to koniec i byłoby lepiej, gdyby trzymali się od siebie z daleka. Nie widział jak zareagować, więc spojrzał na Blaise'a w poszukiwaniu pomocy.

— Gratuluję, Potter. Jesteś jedną z niewielkiego grona osób, które są w stanie sprawić, by Draco przeprosił. Gdybym był tobą, przyjąłbym zaoferowany rozejm, dopóki mogę — powiedział chłopak.

— Rozejm? — zapytał Harry, patrząc na Draco, który gapił się na Blaise'a.

Odwrócił jednak wzrok i spojrzał na Pottera. Pokiwał głową.

— Tak, rozejm. Innymi słowy, nie mam ochoty marnować energii na bycie wkurzonym na ciebie. Jakkolwiek, jeśli chcesz, żeby wszystko było po staremu, będę bardziej niż zadowolony...

— Zgadzam się — powiedział Harry pośpiesznie.

Draco uśmiechnął się. Potter zaoferował mały uśmiech w zamian, po czym zmarszczył brwi.

— Um, cóż... Co dokładnie oznacza ten rozejm?

Draco przewrócił oczami.

— To oznacza, Potter, że od czasu do czasu będziemy mogli porozmawiać. Może nawet zostaniemy przyjaciółmi.

— Przyjaciółmi — Harry powiedział powoli, a jego uśmiech stawał się coraz większy. Z tym mógł sobie poradzić. To było coś, co rozumiał. Miał dużo przyjaciół. Im więcej o tym myślał, tym bardziej mu się to podobało. Nie musiałby martwić się, cóż, o seks. — Ominęliśmy ten etap, prawda? — zapytał z uśmiechem.

Malfoy znowu się uśmiechnął.

— Owszem, ominęliśmy — pomysł przyszedł nagle, więc wyciągnął swoją rękę, zbliżając się do Pottera. — Draco Malfoy. Przyjaciele?

Harry spojrzał na wyciągniętą dłoń i poczuł przypływ nostalgii. Moment, kiedy wszystko poszło do diabła i ustaliło rytm na kolejne pięć lat. Chwycił dłoń i potrząsnął nią, uśmiechając się do Draco.

— Harry Potter. Przyjaciele.

Blaise prychnął, patrząc na nich obu. Killian rzucił spojrzenie swojemu towarzyszowi.

— Mam wrażenie, że czegoś tu nie rozumiem — skomentował.

Blaise odwzajemnił spojrzenie.

— Och, oczywiście, że nie rozumiesz — odpowiedział, ale nie pośpieszył z wyjaśnieniami. Patrzył pomiędzy Harrym i Draco, nadal trzymających się za ręce i gapiących się na siebie z ogłupiałymi uśmiechami. Ta reakcja, w wykonaniu Draco, nie przypadła mu do gustu. Nie wyglądała zbyt naturalnie. Zbyt słodko. — Doprawdy, nigdy nie widziałem, żeby ktoś pogodził się tak szybko — warknął.

Draco zaróżowił się i skrzywił się, szybko upuszczając dłoń Harry'ego zwrócił swoją uwagę na Blaise'a.

— Poczekaj tylko na...

— Udało mu się z winoroślą — Ceilidh przerwał Malfoyowi, kiedy tylko pojawił się pomieszczeniu.

— Co? — Harry zapytał tępo.

— Pierwsza z pułapek w lesie to ruchoma ściana winorośli. Proste zaklęcie Ziemi, sprawiające, że możesz kształtować je według własnego uznania i woli — wyjaśnił wampir.

— Świetne do wiązania ludzi i... odrobiny zabawy — Killian dodał, patrząc na Blaise'a.

Chłopak wydał z siebie dźwięk obrzydzenia, choć w głębi serca uważał, że miało to swoje plusy... po prostu nie chciał być tym, który będzie związany. Spojrzał na Killiana, który spokojnie odwzajemnił spojrzenie. Robił to często i to powoli zaczynało irytować Zabiniego. Wampir nie był szczególnie atrakcyjny w opinii chłopaka.

Issaa poruszyła się niespokojnie na ramieniu Harry'ego, zmęczona siedzeniem w miejscu.

— Panie, nudzę sssię... — powiedziała z rozdrażnieniem.

— Wybacz, Issssaa, możesz iść jeśli chcesssz — odpowiedział Potter i pozwolił wężowi ześliznąć się na podłogę. Natychmiast wypełzła z pomieszczenia, znikając z zasięgu wzroku.

Tym razem Draco nie skomentował wężomowy, bo wąż zniknął i tak, a Harry i on znowu ze sobą rozmawiali. Nie było sensu kłócić się, kiedy dopiero co zawarli delikatny rozejm.

— Kill, myślę, że może powinieneś stanąć na straży. Kiedy Severus wejdzie w ślepy zaułek, powinniśmy stąd zniknąć — Ceilidh powiedział, siadając obok syna.

Killian zerwał kontakt wzrokowy z Blaisem i spojrzał na ojca.

— Nic mi nie jest ojcze, nie muszę być trzymany z daleka od mojego towarzysza.

— Twój towarzysz ma imię, zacznij go używać — warknął zirytowany Blaise. Spojrzał na Harry'rego. — Snape też nazywa cię w kółko swoim towarzyszem?

— Um, nie. Zwykle używa mojego nazwiska — odpowiedział Potter.

— Nie mówi do ciebie Harry? — Zabini wydał się zaskoczony.

— Nie, zwykle nie. Tylko wtedy, kiedy wie, że jestem na niego zły, albo kiedy sprawi mi przykrość.
— Kill, albo wyjdziesz na zewnątrz, albo będę musiał cię zmusić.

Killian zawarczał, ale wstał i rzucił martwe spojrzenie Blaise'owi. Naprawdę nie chciał zostawiać tu swojego towarzysza. Ufał swojemu ojcu, ale pozostała dwójka... westchnął, zirytowany na samego siebie. Powinienem mieć więcej kontroli. Zachowuję się jak podlotek, pomyślał, kiedy tylko wyszedł z pomieszczenia, by stanąć na straży.

***

Snape'a nie zastali w jego biurze, prywatnych komnatach ani sali do eliksirów. Sprawdzili wszystkie trzy miejsca, ale profesor nie odpowiedział zza żadnych z drzwi i Hermiona uparła się, że gdyby tam był, wyczułby ich i usłyszał, jak go wołają. Sfrustrowani i jeszcze bardziej zmartwieni poszli do Lupina, który zaszył się w swojej klasie.

— Nie, Severus nie mówił mi, że ma dzisiaj jakieś dodatkowe lekcje. Jesteście pewni, że to on wysłał list? — zapytał Lupin, gdy wszystko wyjaśnili.

Hermiona wręczyła mu pergamin.

— To jego pismo i doręczyła go jego sowa.

— Musiałem oszołomić tego przeklętego ptaka — mruknął Ron.

Lupin spojrzał na notkę i westchnął.

— Zgadza się, to od Snape'a. Nic więcej nie mogę wam powiedzieć. Sądzę, że sytuacja nie przedstawia się najlepiej. Jeżeli Severus dowiedział się, że Harry zniknął, to prawdopodobnie poszedł go szukać.

— W takim razie to dobrze, prawda? Potrafi, no nie wiem, wyczuć Harry'ego, tak? — zapytał Ron.

Lupin skrzywił się.

— Tak, ale jeśli Harry został zabrany siłą lub rzeczywiście jest z panem Zabinim i młodym Malfoyem, wtedy Severus nie będzie w najlepszym... nastroju.

— Wpadnie w szał — skitowała Hermiona.

— Dokładnie, z braku lepszego określenia.

— W takim razie, co mamy robić? — zapytał Ron.

— Wy dwoje pilnujcie, aby dyrektor McGonagall nie odkryła zniknięcia tej czwórki. Ja pójdę poszukać Harry'ego i mam nadzieję, że znajdę go pierwszy — powiedział stanowczo Lupin.

— Ale on jest naszym przyjacielem! — zawołał Ron.

— Ron, myślę, że powinniśmy to zostawić profesorowi Lupinowi — powiedziała cicho Hermiona.

— Co? Miona, przecież Harry może nas potrzebować! Musimy mu pomóc!

— Ron... — wyszeptała Hermiona. — Gdybyśmy nawet go znaleźli, nie moglibyśmy nic zrobić. Snape będzie szalony, a Lupin naprawdę może dotrzeć do niego znacznie szybciej bez nas.

— Ale on nas potrzebuje! Nie możemy tu tak po prostu siedzieć! On jest naszym brat... naszym przyjacielem!

Hermiona westchnęła, uświadamiając sobie, że Ron utożsamia znikniecie Harry'ego z porwaniem brata. Nie potrafił ocalić Charliego, ale był w stanie zrobić coś dla przyjaciela.

— Ron, my będziemy pomagać Harry'emu. Jeżeli profesor McGonagall dowie się, że on i Snape zniknęli, to zrobi z tego wielką awanturę i Harry wpadnie w poważne tarapaty.

— Ale Miona... — zaczął Ron.

— Żadnych ale, pozwolimy Lupinowi wytropić ich, podczas gdy ty i ja zadbamy, żeby profesor McGonagall była wystarczająco zajęta, w porządku?

Ron nie był zadowolony, ale przytaknął z posępną miną.

— Niech będzie — powiedział.

— Dobrze. Powiadomi nas pan, gdy tylko ich znajdzie? — zapytała Hermiona.

— Oczywiście — odparł łagodnie Lupin.

Hermiona skinęła głową, wzięła Rona pod ramię i wyprowadziła go na zewnątrz. Wracając do Wielkiej Sali, uświadomili sobie, że było już po śniadaniu. To zdecydowanie nie poprawiło humoru Ronowi, który przez całą drogę do gryfońskiej wieży narzekał na swój żołądek. Po dotarciu na miejsce natychmiast poszedł szukać Ginny, zostawiając Hermionę samą.
Och, no dobrze, przynajmniej mogę wcześniej zabrać się za esej z zaklęć, pomyślała i westchnęła. Podjąwszy decyzję, zabrała potrzebne rzeczy i udała się do biblioteki.

***

Podczas poszukiwań Lupin zrozumiał dwie rzeczy. Po pierwsze, prawie w całych lochach utrzymywał się słaby zapach potu Harry'ego. Po drugie, tylko w jednym z korytarzy, tym biegnącym przy komnatach Severusa, mógł wyczuć wszystkich trzech uczniów, chociaż Draco pachniał nieco silniej od pozostałych.

Zdezorientowany tym, Lupin kontynuował podążanie za słabym tropem. Tak naprawdę był zdumiony, jak ostatnio poprawił się jego zmysł węchu. Zaczynał lepiej widzieć, czuć i słyszeć nawet wtedy, kiedy księżyc jeszcze nie zbliżał się do pełni. Nie sądził, aby okulary były mu już dłużej potrzebne.

Tak bardzo skupił się na ścieżce wytyczonej zapachem, że ledwie dostrzegł ścianę winorośli, która nagle pojawiła się przed nim, i praktycznie na nią wbiegł. Krzyknął i znieruchomiał. Co najmniej tysiąc małych igiełek wbijało się teraz w całe jego ciało.

— Cudownie — wymamrotał.

Powoli zaczął się uwalniać, sycząc za każdym razem, gdy jeden z cierni przecinał nowe miejsce na skórze. Całkowite oswobodzenie się od pnączy zajęło mu kilka długich, żmudnych i bolesnych minut. Zmarszczył brwi na widok strzępów, w które zmieniły się jego ubrania.

Spojrzał w górę na ścianę w całości uformowaną z winorośli pokrytej milionami maleńkich kolców. Sięgała szczytów drzew, ale miała tylko kilka, może dziesięć, metrów szerokości. Zastanawiając się, jak wielkiego miał pecha, skoro wbiegł na jedną i jedyną taką ścianę w całym lesie, zaczął ją obchodzić. Z tym, że gdy próbował to zrobić, winorośl również się przemieszczała... zawsze stając dokładnie przed nim i nie pozwalając mu iść dalej. Spróbował biec, ale ściana dotrzymała mu kroku. Wobec tego ruszył z pełną prędkością, co jednak zakończyło się takim samym skutkiem.

Remus wypuścił powietrze, położył ręce na kolana i spojrzał na ścianę z namysłem.

— No dobrze, w całym moim życiu nie spotkałem takiej rośliny. Czyżby była zaczarowana? — zastanawiał się na głos.
Wyciągnął różdżkę i wypróbował kilka przeciwzaklęć, ale żadne z nich nie zadziałało.

Za zniknięciem Harry'ego i Severusa kryje się chyba coś więcej, niż mi się wydaje, przemknęło mu przez myśl.

***

— Więc czym są dokładnie pułapki zastawione przez ciebie na Snape'a? — zapytał Harry. — I co on ma zrobić?

— Tym razem są tylko trzy — odpowiedział Ceilidh. — Pierwszą była winorośl. Ściana winorośli pokryta małymi, ale ostrymi kolcami, dziesięć metrów szerokości i pięćdziesiąt wysokości. Niemożliwe jest jej przejście czy obejście, dlatego gdyż będzie podążać za tobą, nie ważne jak szybko byś się poruszał. Jedynym wyjściem jest przejście nad nią, ale wspinaczka, oczywiście, jest niemożliwa.

— To jak ją ominąć? — zapytał Harry, otwierając szeroko oczy.

— Ta pułapka sprawdza prędkość. Musisz wspinać się po pniu drzewa, a później przesuwać w górę po przekątnej na inny pień i z powrotem, w ten sposób można przejść nad winoroślą. Jakkolwiek, jeśli jesteś za wolny, szybko stracisz rozpęd i spadniesz. Tylko wampir, ewentualnie w pełni zmieniony wilkołak, może tego dokonać. — wyjaśnił cierpliwie Ceilidh. — To nie jest niebezpieczne.

— Nie niebezpieczne? — wybuchł Harry. — Mógł spaść, złamać kark! Mógł spróbować wspiąć się i pokaleczyć igłami!

— Ale tego nie zrobił. Zdał śpiewająco — wtrącił Ceilidh.

Cóż, Harry nie mógł zaprotestować, ale zmarszczył brwi.

— W porządku. Jakie są inne pułapki?

— Druga pułapka jest właściwie całkiem zabawna. Zostawiłem skrawek twojej koszuli na szczycie bardzo wysokiego drzewa. Będzie potrzebował wszystkiego, co ma z tobą związek, więc nie przejdzie obok tego obojętnie. Jednak, aby to dosięgnąć, będzie musiał zmusić drzewo do ukłonu. Na tym drzewie nie ma gałęzi i nie ma na tyle blisko innych drzew, aby mógł wykorzystać tę samą sztuczkę, co z winoroślą. Zmuszenie Ziemi do zrobienia tego, czego się chce jest podstawową umiejętnością wampirów — wyjaśnił Ceilidh. — Nie mniej jednak bardzo przydatną.

Harry nie wiedział jak Snape będzie w stanie zgiąć drzewo, ale skoro Ceilidh tak powiedział, to pewnie było to możliwe. Ta pułapka na pierwszy rzut oka nie wydawała się tak niebezpieczna jak poprzednia, dzięki czemu trochę się rozluźnił. Pokiwał głową.

— A trzecia?

Twarz wampira rozpromienił nagły uśmiech.

— Trzecia, to oczywiście, uratowanie ciebie.

— Er... — Harry nie sądził, aby Ceilidh odnosił się jedynie do zejścia do dziury. Miał pewne przypuszczenia, że jest w tym coś znacznie więcej. — Ocalić mnie, w jaki dokładnie sposób?

— Będziesz pogrzebany żywcem w tym dole i albo będzie tracił cenne minuty, aby cię z niego wykopać, albo zmiękczy ziemię i rozdzieli ją — wyjaśnił Ceilidh.

— Po...grzebany żywcem? — wypluł Harry z szeroko rozwartymi oczami.

— Nie ma mowy! — krzyknął w tym samym czasie Draco.

— Spokojnie, nie będziesz z nim pogrzebany — Ceilidh zwrócił się do Draco, po czym spojrzał na Harry'ego. — Zgodziłeś się zrobić cokolwiek będzie trzeba, i to jest właśnie to.

Harry milczał, ale Draco zaprotestował:

— Nie, nie zrobi tego! Nie pogrzebiesz go żywcem, nie pozwolę ci na to!

Ceilidh zwrócił spojrzenie na Draco, ostre i przeszywające, zimna intensywność, przerażająca nawet dla Blaise'a, który starał się zachować regularny oddech.

— Kim ty jesteś, abyś mówił mi co mogę, a czego nie? — zapytał chłodno Ceilidh.

Może to tylko wyobraźnia Harry'ego, ale wydało mu się, że Ceilidh zaczął mówić z irlandzkim akcentem, kiedy tylko zaczynał być zły.

— Draco, przestań, on ma rację, zgodziłem się na to.

Draco obrócił się na pięcie w jego stronę.

— Zgodziłeś się zostać pogrzebany żywcem? Czyś ty zgłupiał, Potter?!

Harry wzdrygnął się.

— Nie rozumiesz. Wtedy... to co się stało Snape'owi... to było straszne. Nie chcę być jego słabością.

— I dlatego pozwalasz się pogrzebać, żeby stał się silniejszy?! — zapytał Draco z niedowierzaniem.

— Cóż... — Harry zaczął, ale przerwał mu Killian, wchodząc do pomieszczenia.

— Udało mu się z drzewem i w tej chwili zmierza w naszą stronę — ogłosił.

Ceilidh wstał.

— Czas więc na nas.

— Co? Idziemy? — zapytał Harry.

— Nie, ty zostajesz tutaj. Killian, twoi przyjaciele i ja będziemy szli dalej w las.

— Nie ma mowy — Draco i Blaise powiedzieli natychmiast.

Killian spojrzał na Blaise'a i zmarszczył brwi, po czym ukląkł przy chłopcu. Zwrócił na siebie jego uwagę i pochylił się powoli. Blaise odchylił się w drugą stronę, patrząc z podejrzliwością z delikatnie rozszerzonymi oczami. Killian uśmiechnął się.

— Chciałem ci tylko coś powiedzieć — stwierdził łagodnie.

— Nie pozwolę ci zbliżyć się do mojego karku z tymi kłami — Blaise powiedział, odpychając się i szybko wstając.

Killian westchnął i również wstał, nie chcąc niepokoić swojego towarzysza.

— Blaise, kochanie, nie masz za bardzo wyboru w tej kwestii. Musisz iść z nami.

— Po pierwsze, nigdy, przenigdy nie mów do mnie kochanie. — Blaise odpowiedział z obrzydzeniem. — Po drugie, nie będziesz mi rozkazywał. Znam swoje obowiązki jako towarzysz, i porzucenie przyjaciół, bo ty tego chcesz, nie jest jednym z nich.

Harry zazdrościł Blaise'owi spokoju i chłodu, z jakim ten obchodził się z Killianem. Może gdyby on sam poszukał informacji, tak jak kazała Hermiona, sprawy ze Snapem wyglądały by trochę inaczej? Ale w sumie nasza relacja nie była normalna od samego początku. Snape był moim profesorem, nadal jest, i wtedy nawet nie wiedzieliśmy, że jestem jego towarzyszem. Kiedy Hermiona doszła do tego, było już za późno i najlepszym rozwiązaniem było podporządkowanie się, Harry pomyślał.

— Słuchajcie — zaczął, zwracając na siebie uwagę gotującego się ze złości Draco i zbyt spokojnego Blaise'a. — Doceniam troskę, ale muszę to zrobić. Ja... ja ufam Snape'owi — bardziej, niż mi się wydawało, że jest możliwe — i wierzę Ceilidhtowi, kiedy mówi, że tak będzie najlepiej. Poza tym... jeśli Snape się tu zjawi i znajdzie waszą dwójkę, rozszarpie was. Mam rację? — zapytał Ceilidhta.

Ten w odpowiedzi pokiwał głową, podobnie jak Killian.

— Widzicie, to jedyny sposób. Nie mogę was narażać. On może was zabić. Draco, widziałeś już, jak traci kontrolę, a to było nic w porównaniu z tym, co zrobi teraz.

— Jeszcze więcej powodów, by tu zostać! On może zaatakować ciebie! — Draco zaprotestował.

— A ty nie będziesz w stanie zrobić cokolwiek, bo już będziesz martwy! — Harry krzyknął sfrustrowany. — Myślisz, że będzie stał w miejscu wystarczająco długo, byś go oszołomił? Pomyślałeś, chociaż przez chwilę, że może zaatakować najpierw mnie przez zabiciem ciebie? Nie narażę was na to!

Blaise nie odezwał się już, podobnie jak Draco, jakkolwiek blondyn nie wydawał się ani trochę zadowolony z tego powodu. Killian przysunął się do Blaise'a, sięgając i dotykając delikatnie jego nadgarstka. Chłopiec pozwolił mu na to. Ceilidh westchnął.

— Skoro już przemówiłeś im do rozumu, musimy się pośpieszyć. Kill, zabierz swojego towarzysza i tego drugiego, i idźcie na drugi posterunek. Skończę tutaj i do was dołączę.

— Nie chcę zostawić cię z nim sam na sam, nie ufam mu — Draco powiedział natychmiast.

— Draco, po prostu idź. Niezależnie od wszystkiego, nawet przez chwilę nie wierzę, że Ceilidh mnie skrzywdzi.

— Ale Harry...

— Idź Draco. Nic mi nie będzie.

Draco westchnął, po czym skinął głową w milczeniu. Pozwolił Blaise'owi wziąć się za rękę i podążając za Killianem, cała trójka ruszyła w drogę. Jak tylko zniknęli, Ceilidh spojrzał na Harry'ego.

— Naprawdę wierzysz, że cię nie skrzywdzę?

— Nie — odparł Harry szorstko. — Wierzę, że możesz i zranisz mnie, ale nie sądzę, aby dziś to było twoim zamiarem. Mylę się?

Ceilidh uśmiechnął się szczerym uśmiechem, i Harry mógł łatwo stwierdzić, że nie był wymuszony.

— Masz rację. Wydajesz się być mało spostrzegawczy, choć w rzeczywistości jest inaczej, prawda?

— Nie, zwykle jestem raczej tępy, ale mam swoje momenty. No i zwykle nie mylę się w osądzie charakteru drugiej osoby — przyznał chłopiec.

— Mm, kłóciłbym się z tym, ale już wyczerpałem mój limit na dziś, jeśli o to chodzi. Musimy działać szybko, żeby cię przygotować.

— Taaa, to jak to działa? Zasypujesz dziurę, w której jestem uwięziony? — zapytał Harry.

— Najpierw musimy cię umyć, dopiero potem cię zakopię — Ceilidh odpowiedział.

— Umyć mnie? — Harry zamrugał.

— Mam kostkę mydła, a nieopodal jest staw. Możesz się tam wykąpać. Cuchniesz tą dwójką, a to może jeszcze bardziej sprowokować Severusa — wyjaśnił wampir.

— Och, no tak... więc, jak bardzo źle będzie? — zapytał Harry nerwowo. Przypominał mu się czas, kiedy Snape niemal go zabił, co w sumie go nie martwiło, ale w połączeniu z czasem, kiedy uprawiali seks... to nie było właściwie. Nie mógł nic poradzić na myśl, że powinien się już z tym pogodzić, podobnie jak nie mógł nic poradzić na to, że czuł lęk.

— Najpierw będzie chciał się upewnić, że wszystko z tobą w porządku. Później będzie chciał się pożywić, a potem będzie się z tobą kochał — Ceilidh powiedział bez ogródek. — Nie skrzywdzi cię.

Harry'emu zrobiło się słabo. Kochać się ze mną. Seks. Będzie chciał mnie przelecieć, uprawiać seks, pieprzyć... a nie kochać. Już prędzej pozwolę mu wypić całą moją krew, pomyślał histerycznie.

— Twój puls przyspieszył. Co cię tak przeraziło?

— Czy możemy ominąć część "będzie się ze mną kochał"? — Harry zapytał słabo.

Ceilidh zmarszczył brwi. Gapił się przez chwilę na chłopca, aż ten musiał odwrócić wzrok. Wampir westchnął.

— Rozpoznaję znaki. Albo miałeś złe doświadczenia z wampirem, który cię pożądał, albo zostałeś wzięty wbrew woli. Ostatnie, z tego co widzę.

Oczy Harry'ego rozszerzyły się.

— Skąd wiesz? — zaskrzeczał.

— Były takie czasy, kiedy mój gatunek nie traktował swojego posiłku z szacunkiem. Dla nas krew i pożądanie idą w parze. To ostateczna przyjemność, i najcenniejszy z prezentów. Najnaturalniej było dzielić ofiarowane naszym ciałom gorąco poprzez uprawianie miłości z naszymi ofiarami. Pomimo, że część z nas to sadyści, nie byli oni tak dyskryminujący. Siła była naturalnym zjawiskiem, wstydzę się do tego przyznać. Widziałem mężczyzn i kobiety znacznie bardziej złamanych przez gwałt niż ty, ale nadal jestem w stanie rozpoznać objawy. Kiedy to się stało? — Ceilidh zapytał uprzejmie.

— W zeszłym miesiącu... bal Halloween — Harry odpowiedział cicho. Z jakiejś dziwnej przyczyny nie było mu trudno powiedzieć o tym wampirowi. Może Ceilidh go zahipnotyzował w jakiś sposób, a może jego słowa uderzył w dobrą nutę Harry'ego. Cokolwiek to było, chłopiec był niemal wdzięczny za to, że mógł komuś o tym powiedzieć, nie wpadając przy tym w płacz.

Stał z wzrokiem wbitym w ziemię, kiedy z zaskoczeniem poczuł, jak Issaa wśliznęła się do pokoju i dalej, prosto na jego ramię. Jej ruchy były odrobinę ślimacze i Harry uśmiechał się słabo na widok sporego wybrzuszenia w jej ciele. Przynajmniej jedno z nas miało dobry posiłek. Nie miałem czasu nawet na rozważenie, czy chcę zjeść cokolwiek z tego, co Ceilidh przygotował, pomyślał kiedy pochylał się by ułatwić jej zawinięcie się wokół swojego przedramienia. Wybrzuszenie było dziwne w dotyku, ale stanowczo postanowił o tym nie myśleć.

Ceilidh obserwował ruchy chłopca, by w końcu zapytać:

— Czy Severus wie?

— Tak.

— Jak cię traktuje od tego czasu?

— On... on jest niesamowity. Nie... nie próbował niczego. Pozwolił na powrót do starych metod karmienia, w ogóle nie naciskał. Jeśli już, to wszystko to moja wina, że... — Harry urwał, wspominając.

— Że co? — Ceilidh zapytał cicho.

— Ja... ja tylko chciałem mieć to za sobą, wiesz? Chciałem o tym zapomnieć, i pomyślałem... Pomyślałem, że może, jeśli zrobię to z kimś innym, z kimś, komu ufam i kto mnie nie zrani... może to wszystko naprawi, ale...

— Ale co?

— Ale... on był delikatny. Wiedział, że nie wyniknie z tego nic dobrego, chciał mnie ostrzec, ale uwiodłem go, jakoś. — Harry zarumienił się, nie z wstydu, raczej z zażenowania swoim zachowaniem. — Był uważny, a one nie chciały zniknąć, i nagle to nie był Severus, to był on, i bogowie, to było straszne... nie jak tamto, ale nadal, i wcale mi się to nie podobało.

Ceilidh słuchał paplaniny bez wtrącania się, by na końcu pokiwać głową ze współczuciem.

— Harry, wykazałeś się wielką odwagą, stawiając czoła problemom, ale będąc wampirem przez te wszystkie lata nauczyłem się, że lepiej jest starać się poradzić sobie ze swoimi demonami, aniżeli uciekać od nich. Im bardziej je od siebie odpychasz, tym silniejsze się stają. Zaakceptuj je, a wtedy wyblakną.

— Ale to trudne i nie sądzę... mam na myśli... nie mogę... jeśli on...

— Nie chcesz, by Severus się z tobą kochał, bo nie będziesz w stanie czerpać z tego przyjemności, mam rację?

Zrozumienie wampira znacznie rozluźniło Harry'ego, więc pokiwał głową.

— Taa... Nie chcę się go bać. Myślę, że żaden z nas nie dałby sobie z tym rady.

Tym razem wampir pokiwał głową.

— Bardzo dobrze. Nie mogę udaremnić działania jego wampirzych instynktów, ale może będę w stanie go rozproszyć, kiedy nadejdzie czas. Obiecuję, że będę obserwował, i kiedy nasyci już głód krwi, ujawnię swoją obecność. To powinno go wystarczająco zaabsorbować.

— Ale... czy on cię nie zaatakuje? — Harry zapytał, nagle zmartwiony o swojego nowego przyjaciela. Przyjaciel? Myślałem, że to niemożliwe... jest taki stary... i straszny... ale teraz przyjaciel to najodpowiedniejsze słowo, pomyślał.

— Wątpisz w moje umiejętności? — wycedził Ceilidh.

— N-nie — Harry zająknął się, potrząsając głową. Nie, zdecydowanie jest silniejszy. Sądzę, że nic mu nie będzie.

— Dobrze. Teraz, jeśli nie masz nic przeciwko, musimy się pośpieszyć. Severus może przybyć w każdej minucie, a ty musisz się jeszcze wykąpać.

— Och, no tak. Prowadź więc — powiedział Harry.

Ceilidh pokiwał głową i obaj, zostawiając za sobą dziurę, ruszyli przez las. Staw był położony dość blisko. Harry pozwolił Issie zwinąć się na ziemi i rozebrał się do naga, podczas gdy wampir obserwował okolicę, odwrócony do niego plecami. Chłopiec szybko się wyszorował, a kiedy próbował ubrać się w swoje ubranie, Ceilidh pokręcił głową.

— Cuchną. Musisz być czysty.

— Ale... będę pogrzebany żywcem! — wykrzyknął Harry, zakrywając się dyskretnie, kiedy wampir wyrwał mu jego ubrania.

— Nie interesuje mnie twoje ciało, choć muszę przyznać, że na swój sposób jest atrakcyjne. Jesteś ze mną bezpieczny, jeśli o to chodzi — skomentował Ceilidh, zauważając dyskomfort chłopca.

— Mogę przynajmniej założyć je na drogę powrotną? — zapytał Harry głupio.

— To raczej idiotyczny pomysł, zważywszy na cel kąpieli — wycedził Ceilidh, już odchodząc.

O cholera, pomyślał Harry i schyliwszy się, szybko podniósł Isseę, która zasyczała w proteście, i ruszył za Ceilidhem. Dziwne było maszerowanie z jedną ręką zasłaniającą krocze, a drugą podtrzymującą węża, ale udało mu się to bez poczucia kompletnego wstydu. Spojrzał w dół, a potem na Ceilidha.

— Jak wiele mam czasu, nim skończy mi się powietrze?

— Dziesięć minut. Wypij to — zarządził Ceilidh, podając mu średniej wielkości fiolkę czerwono-fioletowego płynu.

Harry odwrócił się, próbując zakryć się całkowicie jedną ręką, podczas gdy drugą sięgnął po butelkę.

— Co to jest?

— Mieszanka eliksiru odbudowującego krew i zagęszczacz. Dzięki temu karmienie będzie dla ciebie łatwiejsze. Gęstsza krew nie zaspokoi szybciej, ale da na krótko fałszywe wrażenie sytości. Eliksir na krew sprawi, że będziesz miał jej więcej, ale jeśli Severus nie napije się od ciebie w przeciągu pół godziny, twoje ciało będzie miało za dużo krwi, a to może być problem.

— To pewnie dlatego piłem to tylko po karmieniu — wymamrotał chłopiec. Zastanawiał się nad tym czasami. Odkorkował butelkę zębami i wypluł nakrętkę na ziemię. Zapach był odrażający, ale Harry zmusił się do wypicia płynu. Był gęsty i ciepły, ciężki do przełknięcia, ale chłopiec przełknął i tak. Kiedy butelka była pusta, oddał ją Ceilidhowi. — Więc... teraz w dół króliczej nory?

Wampir zmarszczył brwi w niezrozumieniu.

— Yy... nora. Teraz mam wejść do nory?

— Ach. Tak, ale może najpierw powinieneś uwolnić swojego węża? Zabiorę ją ze sobą, jeśli mi pozwoli, a później cię zakopię.

— Um... dobrze. — Chłopiec spojrzał na węża. — Mussszę iść... zossstaniesz z moim przyjacielem do mojego powrotu? — zapytał.

Issaa podniosła głowę, by popatrzeć na Ceilidha. Wysunęła też język, by poczuć jego zapach.

— W porządku, pójdę z tym ssstworzeniem — zgodziła się.

Harry uśmiechnął się do niej z ulgą i dał jej szybkiego buziaka w czubek głowy, co wywołało jej zawstydzony komentarz. Następnie wyciągnął swoje ramię w stronę Ceilidha. Issaa prześliznęła się posłusznie najpierw na ramię wampira, później ramiona, by ostatecznie owinąć się wokół jego szyi. Zasyczała z irytacją na zimno jego skóry, ale Harry zapewnił ją, że to tylko chwilowa niedogodność.

Rozluźniony zrobił krok w stronę otworu i zatrzymał się.

— Hey, Ceilidh?

— Tak?

— Dzięki. Za to, hm, co robisz dla Snape'a i za, cóż, wysłuchanie — Harry powiedział szybko, a potem skoczył w dół i ruszył do pokoju zanim Ceilidh mógł odpowiedzieć. Położył się na swoim sienniku i zagapił się w otwór w suficie.

Po kilku chwilach oczekiwania, Ceilidh usłyszał miękki gwizdek, na który czekał, i szybko zabrał się do pracy. Z łatwością uniósł ziemię. Dziura zniknęła i krótki tunel został wypełniony na powrót glebą. Słuchał uważnie serca Harry'ego pod ziemią i wypełnił otwór do końca, na tyle, by zostawić Harry'emu miejsce na zmianę pozycji. Potem spakował resztę, żeby przypadkowo nie zasypało chłopca i nie udusiło, kiedy się poruszy.

Kiedy skończył pracę, wskoczył na najbliższą gałąź i szybko ruszył przez las do drugiego miejsca, gdzie czekał Killian. Miał zamiar wyjaśnić sytuację, a następnie wrócić, aby sprawdzić, jak Severus i chłopiec sobie radzą. Oraz przeszkodzić, jeśli wystąpią jakieś zakłócenia.

A Destined YearOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz