6 - Intryga się gmatwa.

1.1K 65 5
                                        

- O, Poppy. Widzę, że udało ci się wyleczyć Harry'ego. Jeśli nie masz nic przeciwko, chciałbym zamienić słowo z nim, panną Granger i panem Weasleyem - powiedział Albus Dumbledore, wchodząc do Skrzydła Szpitalnego.

Madame Pomfrey właśnie kończyła zakładać Złotemu Chłopcu świeże bandaże. Skinęła głową i upomniała Harry'ego, by się nie przemęczał. Potem zostawiła ich samych.

Harry wciąż leżał w łóżku, Hermiona i Ron przycupnęli na skraju materaca, po obu stronach. Dziewczyna już chciała coś powiedzieć, ale dyrektor pokazał jej ręką, że ma być cicho.

- Jestem pewien, że macie wiele pytań, ale najpierw pozwólcie mi coś powiedzieć. Bibliotekarka zauważyła, że ostatnio wielką popularnością cieszą się książki o wampirach. Mogę tylko przypuszczać, że pewna grupa uczniów doszła ostatnio do jednego całkiem trafnego przypuszczenia...

- Więc profesor Snape naprawdę jest wampirem?! - wtrącił Ron, wciąż w lekkim szoku z powodu odkrycia tego faktu. Jego ostatnia nadzieja, że to wszystko okaże się nieprawdą, właśnie legła w gruzach. Teraz będzie musiał już tylko się z tym pogodzić.

- Dwa tygodnie przed rozpoczęciem szkoły nasz drogi profesor Snape spacerował nocą przez Zakazany Las. Powinien to wcześniej poważnie przemyśleć, zwłaszcza po tym, co powiedziała tamtego dnia profesor Trelawney. Podczas tego spaceru był prawdobodobnie nieco roztargniony, więc nie zauważył, że ktoś go śledził. Czyjąś obecność zauważył dopiero, gdy został ugryziony. Chciał się bronić, ale napastnik bardzo szybko zniknął. Poppy zbadała profesora i zawyrokowała, że zaatakował go wampir. Pięć dni później była pełnia i nastąpiła przemiana.

- Ee... Przepraszam za wścibstwo, ale dlaczego pan zostawił Snape'a w Hogwarcie, mimo tego, że jest wampirem? Czy on nie stanowi zagrożenia dla uczniów? - dopytywał się Harry.

- Mogłoby tak być, gdybyśmy nie przedsięwzieli żadnych środków ostrożności. Oczywiście nie mogę go odesłać, jest w końcu uwielbiany przez uczniów. Z drugiej strony myślę, że nie przyjąłby dobrze rozstania z wami. - Dumbledore uśmiechnąć się, jakby powiedział żart, choć miny trójki nastolatków wybitnie świadczyły o tym, że nie było to śmieszne.

- Tak się złożyło, że zaraz po tym, gdy Severus zmienił się w wampira, Czarny Pan postanowił przejąć kontrolę nad wampirami. Oczywiście kiedy usłyszałem od Severusa o tych planach, od razu pomyślałem, że to może stanowić zagrożenie dla Remusa. Ale szcześliwie w zamku mamy od teraz wampira, który sprawi, że mieszkający tu wilkołak nie będzie niebezpieczny. - Uśmiechnął się Dumbledore. - Oczywiście nie mogę powiedzieć rodzicom uczniów, ani nawet Ministerstwu Magii, że jeden z naszych profesorów jest wampirem. Myślę, że nie zgodziliby się na zatrzymanie go.

- A jak panu w takim razie udało się przekonać Ministerstwo, by nauczycielem został wilkołak? - zapytała Hermiona.

Dumbledore zignorował pytanie, jakby go w ogóle nie usłyszał.

- Powiedziałem o wszystkim Remusowi, który był zachwycony możliwością ponownego uczenia OPCM, ale także bycia blisko ciebie, Harry, szczególnie teraz, gdy ostateczna bitwa to tylko kwestia czasu.

- Profesorze, właśnie o tym chciałbym porozmawiać. Zeszłej nocy miałem sen...

- A tak... Remus wspominał mi o tym. Nie obawiaj się, klan Mearsuinn an Fuil... Cóż za mało oryginalna nazwa, jeśli można wtrącić... W każdym razie członkowie tego klanu raczej nie będą skłonni przyłączyć się do Czarnego Pana. Takie jest moje zdanie.

- Ale profesorze... Snape prowadzi negocjacje w imieniu Voldemorta!

- Wiem, powiedział mi o tym. Nie możemy od niego oczekiwać, że straci pozycję szpiega tak blisko ostatecznej bitwy, prawda? Poza tym nie jest winą Severusa, że Czarny Pan jest w stanie uzyskać poparcie któregoś z klanów. To bardzo dobrze, że akurat on jest tym, kto prowadzi negocjacje. Naturalnie próbuje od czasu do czasu sabotować pomysły Czarnego Pana... Na tyle, na ile jest to możliwe bez wzbudzania podejrzeń.

Trójka nastolatków w milczeniu przetrawiała uzyskane informacje. Każde z nich uważało po cicho, że Dumbledor, mimo całej swej wiedzy i potęgi, jest głupcem, jeśli uważa, że Snape nie byłby go w stanie zdradzić.

- Jest coś jeszcze, profesorze. Lucjusz uciekł z więzienia, widziałem go - dodał Harry.

Dumbledore westchnął i usiadł na brzegu szpitalnego łóżka, przy nogach chłopca.

- Tak... Wciąż jest wielu Śmierciożerców pozostających na wolności. Dementorzy, zważywszy na zwiększoną aktywność Czarnego Pana, także mają więcej okazji do wysysania dusz ludzkich. Jestem zaskoczony, że dopiero niedawno zaczęli zwracać na nas większą uwagę.

- Myśli pan, że może dojść do wypuszczenia wszystkich więźniów z Azkabanu? - Harry był wyraźnie zaniepokojony.

- Nie! Oczywiście, że nie! Minister był na tyle rozsądny, że powołał wielu swych ludzi do nadzorowania tego, którzy z więźniów są wypuszczani. Wielu z tych czarodziejów, kontrolujących ten projekt, jest na równym poziomie z Aurorami. Chociaż nikt nie jest w stanie powiedzieć, jakie będą wyniki...

Coś jeszcze nurtowało chłopca, postanowił o tym porozmawiać.

- A... Malfoy? Czy on wie, że jego ojciec już nie siedzi w więzieniu?

- Młody pan Malfoy nie otrzymał od rodziny nawet jednego krótkiego listu, odkąd jest w Hogwarcie. Wszystkie sowy wracają bez odpowiedzi. Opiekun jego Domu nie chce, by się dowiedział, o tym, co się dzieje.

- Profesorze, czy to na pewno jest mądre? To znaczy... Czy nie sądzi pan, że Malfoy powinien wiedzieć o wszystkim? - zapytała Hermiona.

- Oszalałaś, Miona?! - wtrącił się Ron. - Fretka prawdopodobnie od razu wróciłaby do domu i przysięgła lojalność Sama-Wiesz-Komu! - Ron, który od jakiegoś czasu milczał, nagle się odezwał.

Dumbledore zignorował ten komentarz i odpowiedział na pytanie Hermiony.

- Jak zwykle rozumujesz niezwykle mądrze, panno Granger, jednak ja jeszcze nie zdecydowałem, kto powinien mu przekazać tę wiadomość. Młody pan Malfoy raczej łatwo się denerwuje. Podejrzewam, że poinformowanie go należy do jego ojca chrzestnego i Opiekuna Domu, ale mimo to wciąż się waham. Chyba, że znacie kogoś, kto bardziej nadawałby się do realizacji tego zadania... - Dumbledore patrzył na wyczekująco na Harry'ego, kiedy to mówił.

- Nie, na pewno nie ja! Żaruje pan, prawda?! Dlaczego pan uważa, że właśnie ja nadaję się do tego zadania?

- Cóż... To ty umieściłeś jego ojca w więzieniu. Sensowne byłoby, gdybyś to również ty poinformował pana Malfoya, że jego ojciec wyszedł...

- Ale profesorze! On od razu rzuci na mnie jakieś zaklęcie! - zaprotestował Złoty Chłopiec, Hermiona i Ron przytaknęli.

- W takim razie szczęśliwie się składa, że jesteś wykwalifikowanym czarodziejem, który potrafi się obronić.

- P-profesorze!

- Cytrynowego dropsa?

***

Severus Snape NIE był szczęśliwy. Wielka niespodzianka. Zazwyczaj czuł się lekko rozdrażniony i zrzędził na wszystko i wszystkich. Teraz był bardzo rozdrażniony i bardzo zrzędliwy. Odwiedził wszystkie kluby dla czarodziejów jakie znał i nie znalazł ani jednej osoby, której zapach choć przypominałby Pottera. Ani jednej!

Mógłby ewentualnie zaakceptować pewną młodą kobietę, około dwudziestki, z grupą krwi 0, dość rzadką. Smakowała też niezwykle. Ale nie tak niezwykle, jak pachniał ten cholerny Potter.

Potem, gdy już myślał, że nic nie może go już bardziej rozdrażnić, wrócił do swoich komnat z młodym mężczyzną, którego imienia nawet nie pamiętał i znalazł czekającą na niego sowę z listem od Dumbledora, który poprosił o spotkanie. Zdecydował, że zobaczy się z nim rano i odłożył kartkę na biurko. List wzniósł się w powietrze. A on zobaczył przed sobą niezadowoloną twarz dyrektora.

- Natychmiast, Severusie!

Dwaj czarodzieje, których sam do siebie sprowadził i którzy teraz obserwowali całą scenę, parsknęli śmiechem, co już w ogóle zdenerwowało Mistrza Eliksirów. Przerwał im, nakazując czekać do jego powrotu, jeżeli mają zamiar gdzieś potem wyjść. Następnie obrócił się na pięcie i opuścił pokój, przemykając korytarzami lochów do biura dyrektora.

- Jak dobrze, że przyszedłeś, gdy tylko przeczytałeś mój list, Severusie.

Przecież on dobrze wie, że zignorowałbym go, gdyby nie wrzasnął mi w twarz pomyślał Severus, decydując się na razie milczeć.

- Słyszałem, że na dzisiejszych Eliksirach miał miejsce drobny wypadek... - zaczął Albus z niewinną miną.

- To nic takiego. Potter przez pomyłkę dodał lawendę do swojego Eliksiru Bezsennego Snu. Granger i Weasley odprowadzili go do Skrzydła Szpitalnego. Dostał gorączki, a jego rana znów się otworzyła, ale sam się o to prosił.

- Tak, powiedzieli mi mniej więcej to samo. - Pokiwał głową. -Przestraszyłeś pannę Granger. Była przekonana, że ulegniesz swej żądzy krwi i ugryziesz Harry'ego na oczach wszystkich.

- To był... - Snape przerwał w połowie zdania, a jego wzrok skierował się na Albusa, w oczach którego zdawały się błyszczeć setki gwiazd. Straszne przeczucie ścisnęło mu wnętrzności, skomentował słowa Albusa bardzo cierpko. - Dlaczego panna Granger sądzi, że miałbym gryźć jej Złotego Chłopca?

- Panna Granger to inteligentna młoda czarownica. Podejrzewam, że odkryje w przyszłości lek na przeziębienie albo coś równie niezwykłego. Zauważyła, że opuszczasz wszystkie posiłki, że jesteś bledszy niż zazwyczaj. Nie wiem jak to możliwe, jest naprawdę bystra. - Dumbledore włożył sobie do ust dropsa cytrynowego, zanim kontynuował. - W końcu dostrzegła, że wyglądałeś na nieco... poruszonego, gdy zobaczyłeś młodego pana Pottera w Skrzydle Szpitalnym. Połaczyła ze sobą wszystkie elementy układanki, potem przeczytała w bibliotece parę książek. Wciągnęła w swoje badania nawet niechętnego pana Weasleya. I ostatecznie doszła do genialnego wniosku, że musisz być wampirem.

Snape krzywił się od samego początku tej przemowy, to skrzywienie robiło się coraz bardziej widoczne.

- Cytrynowego dropsa? - spytał Dumbledore, jakby to miało w czymś pomóc.

- Na pewno powiedziała o swoich przypuszczeniach Potterowi i Weasleyowi, prawda?

- Oczywiście! Naturalnie opowiedziałem im, jak do tego wszystkiego doszło. Teraz są już na bieżąco ze wszystkim.

- O przepowiedni też im powiedziałeś? - warknął Snape przez zaciśnięte wargi.

- Nie, nie, nie wspomniałem nic o przepowiedni Trelawney, chociaż chyba raz wspomniałem jej imię... - powiedział Albus niewinnie. - Jestem przekonany, że panna Granger i tak domyśli się udziału Trelawney w tym wszystkim i jakoś uda jej się mnie zmusić do opowiedzenia także i tym...

- Zamierzasz jej powiedzieć? - Brew drgnęła Severusowi nerwowo.

- To jedyne uczciwe wyjście. Poza tym ona bez wątpienia powie o swych przypuszczeniach Harry'emu, który powinien wiedzieć o wszystkim, skoro jego to też dotyczy. Zgadzasz się ze mną, prawda?

- Świetnie - mruknął z niezadowoleniem. Następnie zmienił temat. - Znalazłem drugiego dawcę. - Albus uśmiechnął się tylko. A potem rzucił kolejną nowinę.

- Pan Potter powinien też poinformować jutro pana Malfoya, że Lucjusz już nie siedzi w więzieniu.

- Co?! - wrzasnął Mistrz Eliksirów.

- Na pewno myślisz, że to nie jest dobre posunięcie, ale ja osobiście uważam, że Draco zasłużył na to, by wiedzieć, iż jego ojcu naprawdę na nim zależy. Mimo tego, że ani razu do niego nie napisał, choć teraz już może.

- Albusie, chłopak od razu pobiegnie do Lucjusza i przysięgnie wierność Czarnemu Panu!

- Hmm... Myślałem o tym. Ale nie widzę możliwości, żeby mógłby tak po prostu opuścić zamek bez naszej wiedzy. Myślę, że wszystko będzie w porządku.

Snape musiał uspokoić oddech. Jego ręce drżały nerwowo. Był głodny, przez co tracił panowanie nad sobą. Miał ochotę walnąć w coś pięścią. W coś masywnego. I grubego. Oczywiście opierał się tej pokusie. Dumbledore obserwował go z uśmiechem.

- Jasne. Zrób jak uważasz. Muszę iść... się posilić - mruknął Severus.

- Bardzo dobrze. Znajdź trzeciego dawcę, proszę.

Snape mruknął coś pod nosem i odwrócił się, by wyjść, ale coś mu się przypomniało.

- Jaką grupę krwi ma Potter?

- O ile dobrze pamiętam, to AB - Dumbledore obserwował, jak Snape tylko krótko skinął głową i jak burza wypadł z pokoju, bez jednego słowa. - Cóż... Wszystko rozwija się bardzo szybko. Nasz drogi Mistrz Eliksirów powinien nauczyć się chodzić na kompromis, inaczej zostanie pokonany. - Dyrektor odwrócił się do swojego feniksa. - W końcu tak nie może być, żeby profesor zaczepiał uczniów, nie uważasz? - Głaskał pieszczotliwie Fawkesa, rozmyślając nad swoimi sprawami.

Za to Snape z wściekłością zmierzał w stronę lochów. AB, AB! Ja MAM dawcę z grupą AB! Leonard ma AB! Dlaczego do wszystkich diabłów Potter pachnie tak... tak... apetycznie?! Cholera!

***

Kilka minut po rozmowie z Dumbledorem w Skrzydle Szpitalnym, trójka gryfonów wróciła do Pokoju Wspólnego w wieży Gryffindoru. Pracowali razem nad zadaniami domowymi.

- Jak mogłam być taka głupia?! - krzyknęła Hermiona, czym wystraszyła chłopców. Obydwoje spojrzeli na nią ze zdziwieniem. - Nie wiem, czy pamiętacie, ale kiedy rozmawialiśmy z Dumbledorem o tym, w jaki sposób sami wiecie kto stał się wampirem, to dyrektor wspomniał o profesor Trelawney...

Harry pomyślał, po czym powoli skinął głową, Ron jak zwykle wyglądał na mało zorientowanego.

- Dlaczego profesor Trelawney miałaby ostrzec Snape'a, by nie szedł nocą do Zakazanego Lasu? - zadała im pytanie Hermiona. Teraz Harry miał taką samą minę, jak Ron. - Profesor Trelawney jest jasnowidzem. Jeżeli ostrzegła Snape'a, to musiała mieć przedtem wizję, że coś złego może się stać! - wykrzyknęła podekscytowana dziewczyna.

- Tak, ale w czym to ma nam pomóc? Przecież to już się zdarzyło. Nie można zapobiec wypełnieniu się przepowiedni, jeśli ona już się wypełniła. Poza tym Trelawney jest szalona.

- Właśnie! Trelawney to kompletna wariatka! - krzyknęła dziewczyna. Chłopcy spojrzeli na siebie, wymieniając porozumiewawcze spojrzenia. Ich przyjaciółka się tym nie przejmowała. - Wszyscy wiedzą, że Trelawney nie przepowiedziała żadnego prawdziwego wydarzenia w tym roku. Ostatnia wróżba, która okazała się prawdą, była ta łącząca Harry'ego i Sami-Wiecie-Kogo. Okazało się to prawdą dlatego, że Sami-Wiecie-Kto w to wierzył, później sam spowodował te wszystkiego wydarzenia.

- Eee... Hermiono, chyba nie rozumiemy do czego zmierzasz... - wtrącił Złoty Chłopiec, Ron tylko pokiwał głową. Hermiona przewróciła oczami.

- Dajcie spokój, przecież to oczywiste! Trelawney musiała mieć kolejną wizję, albo coś podobnego. Snape to usłyszał i ponieważ ciągle o tym myślał, nie zdążył się obronić przed atakiem wampira. Mogę się założyć, że nie tylko o nim mówiła przepowiednia - dodała Hermiona z ogromną satysfakcją.

- Czyli mówisz, że to wszystko wydarzyło się, bo Snape wziął przepowiednię na serio? - niepewnie spytał Harry, bojąc się kolejnego wybuchu entuzjazmu ze strony Hermiony.

- Dokładnie! - wykrzyknęła z szerokim uśmiechem.

- Więc... co powinniśmy teraz zrobić? - spytał zaciekawiony Ron.

- Dowiedzieć się, co jeszcze przepowiedziała Trelawney - odpowiedział Harry, z ogromną determinacją. Hermiona uśmiechnęła się usatysfakcjonowana, że w końcu udało jej się przekonać przyjaciół. Otworzyła książkę, by skończyć pracę domową.

***

- Ona kiedyś oszaleje, mówię ci. Każdego roku jest z nią coraz gorzej - powiedział Ron pół godziny później, gdy leżeli już w łóżkach.

- Ron... Nie jestem pewien czy powinieneś obrażać dziewczynę, którą lubisz... - rudowłosy zaczerwienił się.

- Harry! Cicho bądź!!!

- Przestań... Przecież i tak wszyscy o tym wiedzą. Moglibyście być parą, gdybyś tylko zrobił jakiś krok w tym kierunku.

- Mówiła ci o tym?

- Nie, ale uwierz mi ten jeden raz - Złoty Chłopiec położył przed sobą zwój pergaminu i sięgnął po pióro.

- Co robisz? - spytał Ron.

- Piszę list do Malfoya. Postanowiłem, że zapędzę go w kozi róg. Może uda mi się z nim porozmawiać i jego gniew się odrobinę zmniejszy...

- Cholerna fretka. Nie mogę uwierzyć, że dyrektor oczekuje, że ty powiesz Malfoyowi o wszystkim!

- Wiesz... To chyba tak powinno być. Może i on jest dupkiem, ale zasłużył na to, by poznać prawdę. W końcu to przeze mnie jego ojciec wylądował w Azkabanie...

- To i tak niesprawiedliwe - mruknął Ron, przykrywając się kołdrą. - Dobranoc, Harry.

- Dobranoc, Ron.

Chłopiec, Który Przeżył wpatrywał się w zwój, zastanawiając się, co napisać. Zdecydował się na coś prostego. Wykreślił parę słów, po czym dał list Hedwidze.

- Przekaż to jednej ze szkolnych sów, by przyniosła Malfoyowi - wydał jej polecenie. Ptak wyleciał przez otwarte okno.

***

Śniadanie było jednym z jego ulubionych posiłków. Draco był prawdziwym rannym ptaszkiem. Ranek oznaczał ubieranie się, układanie włosów, branie przyjemnego, gorącego prysznica. Oczywiście w odwrotnej kolejności. Potem mógł pójść do Wielkiej Sali i rozkoszować się gorącymi bułeczkami z jagodowym nadzieniem. Mmmmm. Niebo.

Był więc bardzo niezadowolony, kiedy nieznana mu sowa przerwała jego śniadanie. Wyrwał jej pergamin z dzioba i rozwinął go z wściekłym prychnięciem. Sowa dziobnęła go - niech ją diabli! - zanim odleciała.

Draco,

Twój ojciec odszedł.

HP

Dopiero po chwili dotarła do niego treść tego, co przeczytał. Podskoczył na krześle, strasząc tym siedzących obok niego Blaise'a i Pansy.

- CO?! - wrzasnął.

Dziesięś minut później trzej wkurzeni ślizgoni tłoczyli się na tyłach biblioteki.

- Jak Potter śmiał powiedzieć, że twój ojciec nie żyje! - piszczała Pansy.

- Cholerny Złoty Chłopiec zapłaci za to! - dodał Blaise.

- Tak, zapłaci! - wrzasnął Draco, wciąż gotowało się w nim z wściekłości. Jego zwykle blada twarz przybrała odcień czerwieni, kolorem przypominając włosy Weasleyów. - I wiem już w jaki sposób za to zapłaci... - warknął blondyn.

Pansy i Blaise spojrzeli na siebie, śmiejąc się. Och, będzie zabawnie.

A Destined YearOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz