Skrzaty pracowały w dodatkowych godzinach, by przygotować nowe komnaty. Sektor pełen nieużywanych klas został przekształcony w korytarz Gryfonów i Ślizgonów. Ponieważ ściany nie mogły być „przesunięte" przez skrzacią magię ze strachu przed tym, że to uczyniłoby zamek jeszcze bardziej niestabilnym, do każdej pustej sali – wyposażonej w trzy łóżka, trzy szafki nocne i trzy biurka – przydzielono trzech uczniów.
Było sporo zamieszania z tym, jakiegoś koloru mają być zasłony, dywany i pościel, ale w końcu zdecydowano, że zielone i srebrne zasłony i dywany będą wyglądać wspaniale z czerwoną i złotą pościelą. Pomysł Zgredka, oczywiście.
Zdecydowano również, że wystarczająco bezpiecznie będzie umieścić w każdej sypialni kominek, zaczarowany tak, by wyjść na zewnątrz, ilekroć uczniowie zasną lub ich nie będzie – standardowe względy bezpieczeństwa. Nowy pokój wspólny składał się z dwóch sypialni, które były połączone drzwiami, by nikt nie musiał wracać na korytarz, by dostać się do drugiej połowy pokoju wspólnego. To było najlepsze, co dało się zrobić, skoro ściany nie mogły być usunięte.
Tego dnia każdy uczeń po kolacji otrzymał przydział od opiekuna swego Domu lub, jak to było obecnie, Domów. Choć było mnóstwo narzekania wśród Krukonów i Puchonów, którzy teraz musieli dzielić ze sobą pokoje, Gryfoni i Ślizgoni nie byli w ogóle rozczarowani, widząc, że tylko dwóch Ślizgonów będzie miało pokoje wśród nich.
I tak wszyscy ruszyli na poszukiwania swych nowych komnat. Wszyscy Gryfoni byli raczej osłupieni, widząc, że korytarz, który obecnie zajmowali, był chroniony przez – oczywiście – Grubą Damę. Która stanowczo nalegała na przeniesienie, by zaopiekować się swymi drogocennymi, małymi Gryfonami. Widząc Grubą Damę, Draco i Blaise wymienili spojrzenia, które jasno mówiły „jak chorobliwie gryfońsko".
Zostali zignorowani.
~~~~~~
- Wow, to wygląda tak samo jak nasza wieża, tylko... – Ron zmarszczył brwi, a jego twarz wykrzywiła się, gdy zauważył kolorystykę.
- Bardziej jaskrawo? – podsunął pomocnie Harry.
- Taaa, dokładnie tak. Brzydziej.
Harry zachichotał i pokręcił głową.
- Cóż, dzielimy się teraz ze Ślizgonami.
Ron wydał dźwięk wskazujący na obrzydzenie i pokręcił głową.
- Cóż, przynajmniej w większości wygląda to tak samo.
- Z wyjątkiem widoku – odparł Harry, wyglądając przez okno. Znajdowali się o wiele niżej niż w wieży Gryffindoru, a ich okna wychodziły na szklarnie, które były położone dość blisko zamku.
- Taaa, i są tylko dwa łóżka – dodał Ron.
- Przynajmniej w końcu nie będziemy musieli słuchać chrapania Deana i Neville'a.
- Pokoje dziewczyna są po drugiej stronie hallu – skomentował Ron, patrząc, jak Lavender i Hermiona wchodzą do pomieszczenia znajdującego się naprzeciw nich.
- Myślisz o wymknięciu się na nocną wizytę u Hermiony?
Ron zaczerwienił się po cebulki włosów.
- Nie! – zawołał z oburzeniem, natychmiast odwracając wzrok.
Harry zachichotał. Ci dwoje będą razem przed końcem tego roku, pomyślał.
- Och, cóż, w takim razie w porządku. Dormitoria są tak zabezpieczone, by tylko osoby tej samej płci mogły do nich wejść. Zgredek mi powiedział.
Ron, o dziwo, wyglądał na zadowolonego.
- Dobrze. To powinno trzymać Deana z dala od pokoju Ginny.
- Dean i Ginny? Serio? – zapytał Harry, zaskoczony. Jasne, był ostatnio trochę zajęty, ale nie sądził, że był tak bardzo nieobecny, że nie zauważył, że Dean i Ginny są razem.
Ron skinął głową.
- Taaa. Cóż, nie ujawnili tego jeszcze, ale spędzają ze sobą bardzo dużo czasu.
- Och, cóż, to dobrze – powiedział Harry.
Ron patrzył na Harry'ego z namysłem.
- Wiesz, zawsze myślałem, że ty i Ginny będziecie razem. Bujała się w tobie od lat. była całkowicie zdruzgotana, gdy się ujawniłeś, zwłaszcza z Draconem! – Było w tym oczywiście trochę kłamstwa. Ginny wiedziała już, że Harry jest gejem, ale z pewnością była zdenerwowana, gdy pokazał się z Draconem.
Harry zmarszczył brwi.
- Nie wiedziałem, że była zraniona. Wyglądało na to, że jest w porządku.
- Cóż, jasne, stary. Ona też jest twoja przyjaciółką.
Harry wciąż się krzywił.
- Zaniedbałem was, prawda? Z tym wszystkim, co się wydarzyło.
Ron westchnął.
- Jest dobrze, stary. Wiem, że masz wiele spraw na głowie. Hermiona i ja rozumiemy. A Ginny ma teraz Deana.
Harry uśmiechnął się.
- Dzięki, stary. Obiecuję, że będę spędzał z wami więcej czasu, w porządku?
- Cóż, jestem pewien, że będziemy mieć mnóstwo czasu podczas ferii. Mama, tata i wszyscy inni będą tutaj, ale jestem pewien, że będą tak zajęci sobą, że nie zauważą, gdy nie będzie nas w pobliżu.
Harry ponownie zmarszczył brwi. Naprawdę nie wziął pod uwagę Weasleyów. Będzie trochę trudniej wyrwać się z rodzinnego obiadu, ponieważ był pewien, że nic, co powie Snape, nie będzie w stanie zniechęcić pani Weasley do przygotowania dla niego obiadu. Uśmiechnął się krzywo na myśl o tym. Cieszyłby się, widząc Snape'a zastraszanego przez panią Weasley.
- Och, ale przez cały czas będziemy na zmianę pilnować Dracona – powiedział.
- Czasem możemy też pilnować go razem. Przyniosę swoje szachy.
Harry wyszczerzył się, kiwając głową.
- Taaa, brzmi świe...
- Argh!
Ron i Harry podskoczyli, zaskoczeni.
- Znam ten krzyk – powiedział Ron po namyśle, próbując zrozumieć, skąd go znał.
- Draco! – wykrzyknął Harry, wybiegając z pokoju. Musiał zatrzymać się niemal natychmiast z powodu tłumu na korytarzu; wszyscy starali się zobaczyć, co się stało. Harry przepchnął się na przód tłumu, który zgromadził się wokół drzwi sypialni. W środku stali Draco i Blaise. Blaise wyglądał na rozbawionego, a Draco na całkowicie zniesmaczonego.
- Co jest nie tak? – zapytał natychmiast Harry.
Draco odwrócił się do niego z ustami wygiętymi w częściowo drwiącym uśmiechu.
- Co jest nie tak? A co nie jest?! Spójrz tylko na to! – Zatoczył ręką koło, wskazując na cały pokój.
Harry rozejrzał się, myśląc, że coś z nim musi być rzeczywiście nie tak, ale zobaczył dokładnie to samo, co u niego i Rona.
- Yyy... – Harry spojrzał na Blaise'a, nie wiedząc, co robić. Blaise stuknął palcem w insygnia Slytherinu na swej szacie.
- Spójrz na całą tę czerwień! Jest taka jaskrawa!* – wykrzyknął Draco.
Harry rozluźnił się, a nawet zachichotał. Draco był po prostu zdenerwowany kolorami. Z tym mógł sobie poradzić. Zabawne było to, że Draco podzielał opinię jego i Rona.
- Jest też zieleń, Draco. Teraz jest gryfońsko-ślizgońsko, pamiętasz? Pokazane są barwy obu naszych domów.
Blaise parsknął, kręcąc głową.
- Spójrz na te złote frędzle! Zielone zasłony nie powinny mieć złotych frędzli, to tandetne! A dywan! – wykrzyknął Draco, wyraźnie nie przejmując się tym, co powiedział Harry. – Nie mówiąc już o łóżku! Ten pokój wygląda jak choinka!
Z tłumu dało się słyszeć kilka prychnięć i nawet Harry z trudem powstrzymywał się od śmiechu. Draco miał rację, pokoje wyglądały trochę – no dobra, bardzo – ekstrawagancko, co przypominało motyw świąteczny, ale najśmieszniejsze było to, jak bardzo gejowsko zabrzmiał teraz Draco.
Ta myśl przełamała jego koncentrację i chłopak roześmiał się, kręcąc głową nad całkowitą śmiesznością tego wszystkiego.
- Och, Draco – wydyszał pomiędzy napadami śmiechu. – Jesteś absolutnym gejem!
Teraz wszyscy przyłączyli się do śmiechu, powodując, że Draco się skrzywił. Gdy Harry uchwycił jego spojrzenie, nagle odechciało mu się śmiać. Policzki Dracona były zaczerwienione ze wstydu, a jego twarz wskazywała na to, że jest zły, ale Harry mógł to przejrzeć i wiedział, że Draco był bardziej niż zły. Był nieszczęśliwy i całkowicie zażenowany.
Harry natychmiast pożałował swoich słów. Wiedząc, że przeprosiny przy wszystkich tylko pogorszą sprawę, potoczył po zgromadzonych karcącym spojrzeniem.
- Ale ma rację, pokoje są zbyt ekstrawaganckie. Patrzenie na te wszystkie kolory przyprawi nas tylko o ból głowy i żadne z nas nie będzie w stanie skoncentrować się na nauce. Powinniśmy pomówić na ten temat z dyrektorką – zasugerował Harry. Rozległy się pomruki akceptacji, a on z satysfakcją skinął głową. – Jestem pewien, że Puchoni i Krukoni mają ten sam problem. Jeśli powiemy profesor McGonagall, może pozwoli nam na kolory naszych własnych domów. Ostatecznie wystarczy, że mieszkamy razem, prawda?
Wszyscy pokiwali głowami, a Harry uśmiechnął się. Jeden kryzys zażegnany. Porozmawia z McGonagall w nadziei, że dojdą do porozumienia. Jak dotąd ich nowe miejsca zamieszkania zdawały się działać.
~~~~~~
W końcu okazało się, że Harry nie musi iść do McGonagall. Ubiegli go prefekci Puchonów i Krukonów, i zdecydowano, że kolorów było zbyt wiele. Tym sposobem Gryfoni mieli swoje barwy, a Ślizgoni swoje. Ponieważ jednak Puchoni i Krukoni nie byli tak rozdzieleni jak Gryfoni i Ślizgoni, zadecydowano, że wszystkie łóżka będą oznaczone kolorem domu osób, które na nich śpią, a dywany i zasłony będą w neutralnych barwach.
Czas szybko później płynął. Harry spędzał długie dni na zajęciach, po których ze Snape'em i Ayugim udawał się do nowych komnat Snape'a na drugim piętrze. Koncentracja jego i Snape'a znacząco się poprawiła, i Ayugi w pierwszym tygodniu kazał im skupiać ich połączoną magię na rzucaniu drobnych zaklęć. Niestety, te drobne zaklęcia dowiodły, że są bardzo skomplikowane, gdy używa się przy nich połączonej magii. Z tego co mogli powiedzieć, połączona magia była przynajmniej trzy razy silniejsza od rozdzielonej.
Tym sposobem zaklęcie Wingardium Leviosa rzucone na poduszkę, wysłało ją w powietrze tak mocno, że uderzyła w sufit z bardzo głośnym hukiem. Po dwóch tygodniach ćwiczeń on i Snape ledwie byli w stanie kontrolować zaklęcie na tyle, by powstrzymać ją od uderzenia w sufit. Brak postępów, a raczej ich powolność, wydawała się niepokoić wszystkich. Voldemort w ciągu tygodnia stał się bardziej aktywny, i wszyscy wiedzieli, że to tylko kwestia czasu, zanim ruszy na Hogsmeade.
To jednak nie było jedynym problemem. Snape zdawał się być wyczerpany nauczaniem eliksirów, treningami z Ceilidhem i ćwiczeniem z ich połączonym magicznym rdzeniem. Harry mógł sobie to odpuścić, wiedząc, że cokolwiek powie, Snape będzie uparty, ale gdy zaczęło to wpływać na jego nawyki żywieniowe, musiał się odezwać.
Tydzień przed feriami Harry został po ćwiczeniach z Ayugim, jak miał to w zwyczaju. Jednak zamiast zaoferować swój nadgarstek, odsunął się od Severusa, gdy mężczyzna po niego sięgnął.
- O co chodzi? – zapytał Snape, lekko rozdrażniony.
Harry pokręcił nieznacznie głową, po czym westchnął. Snape był blady, dużo bledszy niż zwykle, i wydawał się warczeć na niego bardziej, niż miał to w zwyczaju, od kiedy byli „całkowicie" połączeni.
- Severusie, zbyt ciężko pracujesz. To wpływa na twoje zdrowie i nastrój, a na dodatek pijesz więcej niż normalnie – zaczął Harry. Był dumny z siebie, bo nie brzmiał na niepewnego. Snape mógł być nieprzewidywalny.
I rzeczywiście, mężczyzna skrzywił się.
- Robię to, co jest konieczne – powiedział, jakby miało to sens.
- Wiem, że potrzebujesz treningów i nie możesz uchylać się od swoich obowiązków jako nauczyciela, a obaj potrzebujemy ćwiczeń z rdzeniem, ale to za wiele. Nie będziesz przydatny, jeśli zachorujesz. Co, jeśli wezwie cię Voldemort? Mówiłeś, że podczas ferii wzywa każdego. Dasz radę ukryć przed nim wszystko w stanie, w jakim teraz jesteś?
Snape zacisnął wargi w grymasie, ale żadna złośliwa uwaga nie padła z jego ust. Zamiast tego wydawał się wahać. Wtedy, z irytacją, opadł na kanapę, garbiąc się i opierając łokcie na kolanach. Wyglądało na to, że przyznał się do porażki.
- Wiem, że się forsuję, ale wampiry są niespokojne, a ekscytacja Czarnego Pana rośnie, czuję to. Coś się wkrótce wydarzy, a oni będą działać szybko. Mam mało czasu, by nauczyć się tego, czego potrzebuję, by cię ochronić – przyznał cicho.
- Jak szybko? – zapytał natychmiast Harry. Przez kilka ostatnich nocy odczuwał niepokój, ale myślał, że może się tak dziać ze względu na nadchodzące ferie. Jednak to, że Voldemort był niespokojny, tłumaczyło to o wiele lepiej.
- Szybko, Harry – odparł Snape z goryczą. – Zbyt szybko.
- Mamy jeszcze ferie? – zapytał cicho, ledwie ośmielając się mieć nadzieję.
- Tak, wiem to na pewno. Na ten czas planuje coś jeszcze – odparł Snape, choć nieco niechętnie.
- Co? Wiesz, co planuje? Powiedziałeś pozostałym?
- Powiedziałem im to, co tobie, a to wiem tylko od Ceilidha. Stał się teraz ulubieńcem Czarnego Pana, i choć nie jest tak zaufany jak ja, jest wzywany częściej ode mnie.
- Zostałeś wezwany? Ostatnio? – zapytał Harry, zszokowany. Nic nie słyszał na ten temat.
Snape zawahał się, po czym skinął głową.
- Tak. Podczas kilku sesji treningowych z Ceilidhem. To były krótkie spotkania, by ustalić, jak duże robię postępy, i by mógł popisać się swoimi zwycięstwami – powiedział ponuro.
- Zwycięstwami... Masz na myśli ofiary. Więc musisz doskonalić swe wampirze moce nie tylko po to, by mnie chronić. Voldemort również tego od ciebie oczekuje.
Snape przytaknął.
Harry westchnął, po czym skinął głową.
- Okej. Wrócę do brania eliksirów uzupełniających krew i będziesz mógł pożywiać się z szyi; to powinno zaspokoić głód, prawda? I tym razem naprawdę zastosuję się do diety Hermiony.
Snape podniósł wzrok, wyraźnie trochę zaskoczony. Wiedział, że Harry wyczuje, że będzie tego potrzebował, ale nie spodziewał się, że chłopak tak szybko to zaakceptuje. Nie oczekiwał, że Harry to zaoferuje, bez jego prośby. To jednocześnie rozluźniło i ścisnęło coś w jego piersi. Skinął głową i zdobył się na szczerość.
- Dziękuję.
Harry zaczerwienił się, wciąż nieprzyzwyczajony do tego, by słyszeć, jak Snape mu dziękuje. Kiwnął nerwowo głową i uśmiechnął się.
- Oczywiście... To znaczy, nie ma za co.
Snape wpatrywał się w niego i to spojrzenie sprawiło, że Harry poruszył się niespokojnie. Od tamtej nocy nie robili nic więcej poza obściskiwaniem się, nie licząc kilkukrotnej wzajemnej masturbacji. Był zdenerwowany i zmartwiony tym, że może tamta noc była tylko szczęśliwym trafem. Nie był pewien – przy wszystkim, co się działo – czy chce jeszcze martwić się o swoje życie seksualne. Mieli teraz za dużo na głowach. Choć wciąż...
- Um, może powinniśmy, jeśli znajdziemy chwilę, to znaczy, w ten weekend...
Snape uśmiechnął się złośliwie; wyraz jego twarzy przeczył jego nerwowości.
- Potter, czy ty proponujesz mi seks?
- Nie! To znaczy t-tak! – Harry zająknął się, po czym szybko dodał. – To znaczy... Se... proszę pana?
Doprawdy, jak Snape mógłby oglądać, jak Harry jąka się i czerwieni, nie myśląc o tym, jak czarująco chłopak wygląda? Szybko odrzucił tę myśl. Niebezpieczne myśli, skarcił się surowo.
- Uspokój się, Harry. To była tylko chwila dokuczania. Tak, jeśli znajdziemy czas, niczego nie będę chciał bardziej, niż... – Urwał. Teraz jemu zabrakło słów. Niż co? Przelecieć go? To wydawało się zbyt chłodne. Kochać się... Kategorycznie nie. „No wiesz" było zbyt dziecinne.
- Przelecieć mnie? – podsunął Harry z wahaniem.
W takim razie widocznie nie zbyt chłodne. Snape z wdzięcznością skinął głową.
- Tak.
- Tak – powtórzył Harry. Następnie uśmiechnął się promiennie, a serce Severus chwyciło go za gardło. Harry wyciągnął rękę, wciąż się uśmiechając. – No dalej, mam zajęcia za kilka minut.
Pochylając głowę nad zaoferowanym nadgarstkiem, Snape nie mógł powstrzymać się od ponownego pomyślenia „Niebezpieczne myśli, Severusie".
Sprawy komplikowały się coraz bardziej.
~~~~~~
Nie mieli czasu podczas weekendu. Tonks, Moody i Bill przybyli, by zobaczyć, jak przebiegają ich treningi. Podczas gdy Moody szczegółowo omawiał z Ayugim ich ćwiczenia z połączonym magicznym rdzeniem, Tonks zdecydowała, że już czas, by Harry nauczył się korzystać z prawdziwej broni. Od chwili, gdy dotarł rano do komnat Snape'a, Tonks szkoliła go do walki wręcz.
Nie wierzyła, że to naprawdę konieczne, ale powiedziała, że lepiej dmuchać na zimne. Poza tym szkolenie miało zwiększyć odporność jego ciała na ból i wytrzymałość przy długim biegu. Zafundowała mu pięć okrążeń wokół boiska do quidditcha bez miotły, co zajęło prawie półtorej godziny. Harry dowiedział się, że choć miał mocne mięśnie ud, jego łydki miały pewne braki, a jego oddech był wybrakowany jeszcze bardziej.** Poleciła mu, by robił jedno okrążenie każdego dnia, aż jego wytrzymałość się poprawi.
Potem nauczyła go, jak posługiwać się mieczem, a zanim wyjechała, zaczarowała dla niego manekina, by mógł z nim walczyć za każdym razem, gdy uprzejmie wyzwie go na pojedynek. Wymogła na nim obietnicę, że faktycznie będzie korzystał z manekina, zamiast tylko zamknąć go w kufrze, ku jego zakłopotaniu, gdyż potajemnie planował tak zrobić.
Następny dzień spędził z Billem, który był szczególnie dobry w przełamywaniu i odbijaniu klątw.
- Najlepszą umiejętnością na polu bitwy jest wiedza, jak odbić klątwę z powrotem w stronę tego, kto ją rzucił – powiedział Harry'emu.
Harry zgodził się i nawet udało mu się przekonać Snape'a, by pozwolił Hermionie i Ronowi wziąć udział w szkoleniu. Oczywiście Snape nie chciał słyszeć ani słowa o tym, by Draco do nich dołączył. Ku jego zdumieniu, Ron zgłosił się na ochotnika, by nauczyć blondyna tego, czego się nauczyli, więc Harry mógł się skupić na własnym treningu, a Hermiona na eliksirze, który będą robić w następnym tygodniu.
Harry nie wiedział, gdzie w tym czasie byli Blaise i Killian. Snape powiedział, że Killian chciał szkolić Blaise'a na własną rękę, ale przyznał, że nawet dla niego zabrzmiało to jak wymówka dla obu, by zostać sam na sam i się pieprzyć. W ciągu ostatnich tygodni byli ze sobą w coraz lepszych stosunkach. W rzeczywistości Blaise czasami pozwalał nawet na publiczne okazywanie uczuć.
Weekend rozpoczynający przerwę był zwariowany, i to co najmniej. Uczniowie oczekiwali niecierpliwie na przyjazd ich rodziców i rodzeństwa. Przybyli tłumnie, przewożeni przez jezioro łódkami jak pierwszoroczni. Harry zastanawiał się, jak Hagrid mógł kontrolować tyle łodzi pełnych niespokojnych rodzin, ale wtedy przypomniał sobie, że był pół-olbrzymem o wielkim sercu. Wszyscy rodzice prawdopodobnie go uwielbiali. Wielu z nich mogło pamiętać go ze swoich szkolnych lat.
Nie było nic dziwnego w tym, że rodzice Rona pierwsi opuścili łódź i nie ociągali się z pospiesznym przytuleniem syna.
- Oj mamo, przestań, to krępujące! – narzekał Ron, choć tak naprawdę nie próbował się odsunąć.
- Oj cicho! – odparła pani Weasley, odsuwając się, by pogładzić włosy Rona. Tym razem chłopak wywinął się, a pani Weasley z uśmiechem zwróciła się do Hermiony i Harry'ego. – A wy jak się macie, moi kochani? – zapytała i przytuliła ich mocno.
- Dobrze, pani Weasley – odpowiedziała uprzejmie Hermiona, odpowiadając uściskiem i uśmiechem.
- Cóż, dobrze to słyszeć. Harry, kochaneczku, jesteś pewien, że wszystko jest w porządku? – zapytała nadopiekuńczo.
Harry skinął głową.
- Tak, dziękuję, pani Weasley.
- Nawet, cóż... wszystko? – naciskała.
Harry uśmiechnął się. Pani Weasley zawsze tak bardzo się o niego martwiła, a on nie spodziewał się niczego innego. Ostatecznie była matką, a Harry praktycznie był przez nią uważany za kolejnego syna.
- Taaa, wszystko jest dobrze.
Skinęła głową z wyraźną ulgą.
- Dobrze to słyszeć.
Pan Weasley kiwnął głową na znak zgody, choć był nieco cichszy niż zwykle. Uścisnął dłonie Hermionie i Harry'emu, ale wyglądał na trochę zatroskanego.
- Mamo, gdzie są Bill, Fred i George? – zapytał Ron.
- Och, cóż... są... daleko... załatwiają sprawy Zakonu, no wiesz – odparła odrobinę łamiącym się głosem. Jej oczy zaszkliły się, i Ron, bojąc się, że matka wybuchnie płaczem, chwycił ją pod rękę.
- Co ty na to, bym pokazał wam nasze nowe komnaty?! – zapytał z ekscytacją.
Pani Weasley pokręciła sobie głową i uśmiechnęła się promiennie.
- Byłoby cudownie, kochanie. Prowadź.
Gdy Ron odciągnął swoich rodziców, Harry rozejrzał się, szukając rodziców Hermiony. Nigdy wcześniej ich nie spotkał, ale widział zdjęcia i słyszał o nich od Hermiony. W pewnym stopniu był podekscytowany tym, że wreszcie spotka rodziców swej najlepszej przyjaciółki. Gdy wszystkie łódki opustoszały i nie dostrzegł ani śladu jej rodziców, zmarszczył brwi i spojrzał na nią.
- Um, Hermiono, gdzie są twoi rodzice?
Hermiona wzdrygnęła się; zatonęła we własnych myślach, patrząc, jak inni rodzice witają się ze swoimi dziećmi. Uśmiechnęła się.
- Och, cóż, nie trudziłam się z zapraszaniem ich.
- Co? Dlaczego?! – zapytał Harry, zdumiony. Pierwszy raz o tym słyszał.
- Są mugolami, Harry. Mimo że dyrektor McGonagall powiedziała, że mugolscy rodzice będą mile widziani, po prostu by tu nie pasowali.
- To nieprawda! – rzucił Harry. – Rodzice Rona z chęcią by ich poznali, a wszyscy w Gryffindorze sprawiliby, że poczuliby się mile widziani. Nawet...
- Harry, nadciąga wojna – wtrąciła cicho Hermiona. – Hogwart nie jest tak bezpieczny, jak miał być, a bez magii moi rodzice będą bezbronni, gdyby Czarny Pan postanowił zaatakować w tym czasie Hogwart.
Harry został porządnie upomniany. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Hermiona – jak zwykle – miała rację. Nawet gdyby wszyscy pomogli w ochronie mugolskich rodziców, nigdy nie byłoby żadnej gwarancji. Hermiona po prostu próbowała chronić swoją rodzinę. Ze smutkiem skinął głową.
- Rozumiem, Hermiono.
Hermiona uśmiechnęła się promiennie, ale kąciki jej ust trochę drżały.
- Dziękuję, Harry. Gdy wojna się skończy, zaproszę cię do nas na wakacje, dobrze? Moi rodzice naprawdę chcą cię poznać.
- Rona też? – zapytał, uśmiechając się. Jeśli Hermiona chciała o wszystkim zapomnieć, pomoże jej. Potrzebowała rozproszenia.
Hermiona skinęła głową.
- Rona też, tak długo, jak obieca, że nie przyniesie ze sobą żadnych wymysłów bliźniaków. Nie wiem, jak sąsiedzi zareagowaliby na nieplanowane wybuchy dobiegające z naszego domu przez całą noc!
Harry roześmiał się.
- Och, jestem pewien, że Ron się zgodzi, ale przekonanie bliźniaków, by nie podrzucili mu czegoś do torby, to zupełnie inna sprawa!
Hermiona zaśmiała się razem z nim.
- Masz rację, musimy znaleźć jakiś sposób, by ich przekupić. Rusz się, idziemy dogonić Rona i jego rodziców.
Harry skinął głową i ruszył za nią ku drzwiom szkoły, ale samotna postać w cieniu przykuła jego wzrok. Zatrzymał się i spojrzał na Dracona, który na wpół siedział na murku, patrząc na wszystkich niewidzącym wzrokiem. Harry poczuł szarpnięcie w piersi i odwrócił się do Hermiony, która czekała cierpliwie.
- Rozumiem, Harry. On cię potrzebuje – powiedziała, dodając mu odwagi. – Pomogę Ronowi zabawiać jego rodziców. Nie spiesz się.
Harry skinął głową.
- Dzięki, Hermiono.
Podszedł do blondyna i usiadł obok niego.
- Hej – odezwał się, wtykając ręce w kieszenie. Ostatnio robiło się dość zimno. Wkrótce spadnie pierwszy śnieg.
- Hej – odpowiedział Draco, nawet na niego nie patrząc.
- Chcesz o tym porozmawiać? – zapytał Harry.
Draco zaczął kręcić głową, ale się zawahał. Zamiast tego skinął głową, tylko trochę.
- To po prostu... Wiem, że się nie pojawią. Wiem, że nawet nie chcę, żeby się pojawili. Ale to jest ten rodzaj wydarzenia, którego ojciec nigdy by nie przegapił. Przybyłby ze swoimi idealnymi włosami i arystokratycznym obliczem, i stanąłby tak dumnie, powodując, że pozostali rodzice odczuliby zawstydzenie. Wzbudziłby we mnie respekt; dumę, że ten człowiek, który jest moim ojcem, potrafi ściągnąć na siebie uwagę wszystkich i sprawić, by czuli się tak, jakby byli od niego gorsi.
Harry nie był pewien, czy było to coś, z czego powinno się być dumnym. Ojciec Dracona był tyranem, był po prostu naprawdę, naprawdę dobry w byciu tyranem. Na tyle dobry, by sprawić, że wszyscy poczuliby się tak, jakby byli nieistotni, jakby był od nich lepszy. Harry nigdy tak nie myślał, ale wiedział, że wielu innych owszem. Ostatecznie Lucjusz Malfoy nie miałby takiego wpływu na Ministerstwo, gdyby nie jego zdumiewająca prezencja.
- Przykro mi – powiedział Harry, jako że zabrakło mu słów.
Draco uśmiechnął się złośliwie.
- Jasne, że tak.
- Hej, mówię poważnie. Naprawdę mi przykro, Draco – naciskał Harry, absolutnie szczerze. – Nie lubię twojego ojca, właściwie to go nienawidzę, a jeśli mam być całkowicie szczery, to gdybym miał możliwość, zabiłbym go wraz z Voldemortem, ale on wciąż jest twoim ojcem. Nie patrz tak na mnie – skarcił Dracona, gdy ten spojrzał na niego z szokiem i niedowierzaniem. – Wciąż jest twoim ojcem, a ja wiem, jak to jest chcieć być ze swoim ojcem. Nawet nie pamiętam swojego, więc jestem pewien, że nie tęsknię za nim tak bardzo, jak ty za swoim, ale nadal... Do pewnego stopnia wiem, jak się czujesz, prawdopodobnie lepiej niż ktokolwiek inny – powiedział, wskazując na emanujące szczęściem pogawędki i ściskające się rodziny.
Draco spojrzał na Harry'ego, naprawdę spojrzał, i wiedział, że Harry był szczery. Gdyby ich role się odwróciły, gdyby Harry był jakąkolwiek inną osobą, Draco był pewien, że nie okazałby takiego zrozumienia jak Harry teraz. Ale ich role się nie odwróciły, a Harry nie był jakąkolwiek inną osobą, Harry był... Niebezpieczne myśli, skomentował w milczeniu Draco, powstrzymując się od dokończenia myśli. Harry był Harrym.
- Taaa, domyślam się, że tak – odparł cicho Draco, czując się lepiej z wiedzą, że przynajmniej jedna osoba rozumie, przez co przechodzi. Zdobył się nawet na niewielki uśmiech. – Powinieneś wrócić do swoich przyjaciół. Jestem pewien, że Weasleyowie chcą jeszcze trochę cię poddusić. Dam sobie radę.
Harry zmarszczył brwi. To nie była obraza, nie w stosunku do tego, co Draco zazwyczaj mówił o Weasleyach, więc nie zdenerwował się z tego powodu. Zdenerwował się tym, że Draco myślał, że mógł tak po prostu go zostawić, gdy było jasne, że obecnie Draco potrzebował go bardziej.
- Nie, właściwie to myślę, że z radością tu zostanę.
Draco wyglądał na tylko trochę zdziwionego. Zatrzymał swe emocje dla siebie, ponieważ nie był przyzwyczajony do tego, by odczuwać tak wiele emocji, a przynajmniej nie z rodzaju tych miękkich i puchatych. Uśmiechnął się złośliwie.
- Więc w końcu mam Cudownego Chłopca dla siebie, hę?
Harry uśmiechnął się.
- No, tak przypuszczam. Choć tak poważnie, to chciałbym przedstawić cię rodzicom Rona.
Draco natychmiast się skrzywił.
- Już ich znam, dzięki.
- Nie, nie znasz – odparł Harry, kręcąc głową. – Wiesz tylko to, czego nauczył cię ojciec. Nie chcesz samemu się czegoś dowiedzieć?
- Nie zmienię się tak nagle, Potter – warknął Draco, czując się tak, jakby Harry chciał go osaczyć.
- Draco, nie miałem tego na myśli. Nie oczekuję, że nagle się zmienisz. Po prostu chcę przedstawić cię najbliższej rodzinie, jaką mam. Czy nie tak zazwyczaj robią chłopacy? – zapytał Harry.
Chłopacy. Słowo to wydawało się być jakieś obce.
- To nimi jesteśmy, Harry? Chłopakami? Myślałem, że dopiero co zostaliśmy przyjaciółmi – powiedział cicho Draco, patrząc na Harry'ego poważnie.
Harry zaczerwienił się.
- Przepraszam, nie miałem tego na myśli.
- Nie miałeś na myśli czego?
- Nie wiem, nie myślałem. Próbowałem się z tobą podrażnić, to wszystko – odpowiedział Harry, nerwowo przygryzając dolną wargę. Naprawdę nie chciał cofnąć wszystkich tych dobrych rzeczy, które udało im się osiągnąć w ciągu kilku ostatnich tygodni, tylko z powodu jednego, źle dobranego komentarza. Wiedział, że
Draco jest wyczulony na punkcie ich relacji. Nie powinien poruszać tego tematu.
- Jak przedstawisz mnie Weasleyom, Harry? Wiesz, że jeśli nazwiesz mnie swoim chłopakiem, dotrze to do Snape'a – Draco uśmiechnął się sardonicznie. – Jedynym powodem, dla którego w ogóle teraz rozmawiamy, jest fakt, że na zewnątrz jest za jasno, by Snape dołączył do uroczystości. Gdyby tu był, byłbyś z nim.
Harry nie trudził się z zaprzeczaniem, ponieważ wiedział, że Draco ma rację. Gdyby Snape tu był, to nieważne, jak bardzo Harry mógłby chcieć być z Draconem, musiałby zostać blisko Snape'a.
- Wiem, wiem, przepraszam.
Draco pokręcił głową, a nieznaczny uśmiech przyozdobił jego wargi.
- Zapomnij o tym. To właśnie to ma naprawić eliksir, prawda? – zapytał Draco, ale zanim Harry zdążył odpowiedzieć, blondyn wstał. – W takim razie chodź. Przedstaw mnie moim dalekim kuzynom.
Harry był tak zaskoczony tą nagłą zmianą sytuacji, że bełkotał coś niezrozumiale przez chwilę, zanim w końcu wyrzucił:
- Jak mam cię przedstawić?
- Jestem twoim przyjacielem, prawda? Czy może nie zasługuję już na to miano?
Choć powiedział to lekkim tonem i z klasycznym, malfoyowskim uśmieszkiem wyższości, Harry dostrzegł pod tym niepewność Dracona.
- Oczywiście, że jesteś – powiedział, brzmiąc na urażonego tym, że Draco mógłby pomyśleć inaczej. Chwilę później wyszczerzył się. – Tylko nie nazywaj ich Łasicami, okej?
~~~~~~
Podczas kolacji pani dyrektor powitała rodziny i powiedziała wszystkim o działaniach, jakie zostały zaplanowane, by zapewnić im rozrywkę podczas ferii. Nauczyciele zaprezentują to, czego uczą i w jaki sposób przygotowują uczniów do samoobrony na wojnie. Harry uśmiechnął się szeroko na myśl o Snape'ie i zastanawiał się, czy drażliwy profesor będzie choć trochę milszy dla rodziców. Nie sądził, by było to prawdopodobne.
W wigilię tradycyjnie odbędzie się uczta, a w Boże Narodzenie tańce, śpiewy i inne radosne wydarzenia dla wszystkich, który chcieli wziąć w nich udział. Oczywiście mogli też zamiast tego zostać w swych dormitoriach i świętować z rodzinami. Gdyby tego chcieli, domowe skrzaty będą do ich dyspozycji w kwestii posiłków. Tym sposobem wszyscy wciąż mogli mieć swoje rodzinne*** uroczystości zamiast okropnego zamieszania.
Tym, co naprawdę zaskoczyło Harry'ego, było końcowe ogłoszenie.
- A z tej specjalnej okazji, w przeddzień waszego wyjazdu, odbędzie się mecz quidditcha, w którym uczniowie zagrają przeciw nauczycielom! – oświadczyła z uśmiechem McGonagall.
Wszystkim zaparło dech, potem rozległy się szepty, a następnie okrzyki i oklaski.
- Nie mieliśmy meczów od czasu, gdy świętej pamięci dyrektor Dumbledore umarł, więc pomyślałam, że będzie dla nas przyjemnością rozegranie specjalnego meczu podczas ferii. Nauczyciele już wybrali, którzy z nas będą grać; sama jestem jedną z tych osób – powiedziała z psotnym uśmieszkiem, przypominającym ten Dumbledore'a. – A uczniowie zostaną wybrani przez każdy dom. Każdy dom, i mam na myśli wasze nowe, połączone domy, może wybrać czterech graczy. Możecie wybrać dwóch ścigających, pałkarza i szukającego lub obrońcę. Musicie zdecydować między sobą, kto z was wybierze szukającego, a kto obrońcę. Nie będziemy wprowadzać zawodników rezerwowych, ponieważ nie ma tylu nauczycieli.
To powiedziawszy, pani dyrektor zeszła z podwyższenia, a trajkotanie uczniów rozpoczęło się, gdy podano jedzenie. Harry został otoczony niemal natychmiast. Jęknął z rozpaczy. Oczywiście jednogłośnie ustalono – nie pytając go o zdanie – że będzie szukającym. Pochylił głowę z zakłopotaniem, choć musiał przyznać przed sobą, że był całkiem podekscytowany.
~~~~~~
- Nie mogę w to uwierzyć! Będzie świetnie, prawda, Harry? – wykrzyknął Ron tego samego wieczora, gdy szykowali się do spania.
- Taaa, świetnie – powiedział Harry, szczerząc się.
- Gra przeciwko nauczycielom! Rozłożymy ich na łopatki! Nie mogę uwierzyć, że McGonagall będzie grać! Nie wiedziałem nawet, że ona wie, jak się lata na miotle!
Harry pokręcił głową. Cóż, Ron był z pewnością podekscytowany. Minęła godzina, zanim się zmęczył i zasnął. Czekając, aż sam zaśnie, Harry myślał o dniach, które mieli przed sobą. Zauważył, że Draco wyglądał na przygnębionego po ogłoszeniu o meczu quidditcha, i najpierw pomyślał, że to dlatego, że wszyscy chcieli, by to Harry był szukającym, a nie on. Harry nawet pomyślał o tym, by się wycofać i oddać pozycję Draconowi, ale wtedy zdał sobie sprawę z tego, o co naprawdę chodziło.
Draco nie będzie w stanie grać, nawet gdyby Harry ustąpił ze swej pozycji. Draco utknie w eliksirze na prawie całą zimową przerwę. Oczywiście Draco będzie zdenerwowany. Nawet nie będzie w stanie obejrzeć meczu, nie mówiąc już o graniu w nim. Wtedy oczywiście Harry uświadomił sobie, że Draco nie będzie nawet w stanie obchodzić świąt. Draco miał zrezygnować ze swojej rodziny, a teraz jeszcze ze świąt i wielu innych rzeczy, tylko po to, by spróbować być z nim.
Nawet na to nie zasługuję, prawda? Choć chciałbym myśleć, że wielokrotnie wybrałbym Dracona zamiast Severusa, wiem, że to nie jest prawdziwy stan rzeczy. Choć chciałbym zrobić to w ramach ochrony Dracona przez wybuchami zazdrości Severusa, to nie sprawi, że będzie to wyglądać lepiej, ani nie zmieni tego, jak Draco zawsze będzie to widział. Harry był zdezorientowany. Wiedział, że nie zasługiwał na Dracona, który był cierpliwy i wyrozumiały, w przeciwieństwie do tego, co Harry zawsze o nim myślał.
Cóż, jaki tak naprawdę mamy wybór? On stracił swą rodzinę, ojca chrzestnego i prawie wszystkich przyjaciół... Wiem, że to brzmi egoistycznie, ale jestem jedyną osobą, która mu została, prawda? Muszę sprawić, by to zadziałało, dla nas obu.
Harry westchnął i przekręcił się na bok, zamykając oczy. Nie potrzebował wiele czasu, by zasnąć, pomimo wielu niespokojnych myśli. Jutro będą warzyć eliksir i Draco się w nim zanurzy.
Stał na polu, które rozciągało się aż po horyzont. Odwrócił się powoli, dostrzegając w niewielkiej odległości od siebie dwa drzewa. Jedno było wyraźnie stare, z krzywymi i poskręcanymi gałęziami, i niewielką ilością liści. Wyglądało na poobijane, ale jego pień był prosty i piął się wysoko, dumny pomimo swej brzydoty. Było wystawione na działanie pogody; musiało to zająć wiele czasu, by było tak sponiewierane, a Harry stał tam, pełen podziwu.
Drugie drzewko było prawie sadzonką w porównaniu z tym starym. Było niskie, z pniem tak prostym i gładkim, jaki tylko drzewo może mieć. To było jedno z tych drzew, które miały łuszczącą się, białą korę, ale Harry za nic w świecie nie mógł przypomnieć sobie jego nazwy. Gałęzie uginały się, a liście zaczynały brązowieć. To nie były piękne, złote lub czerwone jesienne liście... Liście wyglądały tak, jakby miały po prostu zbrązowieć. To było smutne; drzewo obumierało. Harry chciał do niego podejść, uzdrowić je, powiedzieć mu, że wciąż ma przed sobą życie.
- Harry – rozległ się cichy głos, a Harry obrócił głowę w lewo. Głos nadchodził z bliska, ale gdy się przyjrzał, Draco był bardzo daleko, i biegł nie w jego kierunku, lecz w stronę drzew. Harry poczuł panikę, gdy Draco podszedł do młodszego drzewa. Zrobił krok ku niemu, wyciągając rękę i prawie krzycząc, gdy jego imię znów zostało wywołane.
- Harry – rozbrzmiał cichy, ale szorstki głos. Harry obrócił się w prawo, jakby nie był w stanie się kontrolować, a tam, tak samo daleko jak wcześniej Draco, był Severus. Severus nie biegł tak jak Draco, on szedł spokojnie w kierunku drzew. Harry uświadomił sobie, że Severus idzie do starszego drzewa, tak jak Draco stanął przed młodszym.
Harry wyciągnął rękę i tym razem nie dobiegł go żaden głos, więc ruszył truchtem, a potem biegiem.
- Przestańcie! – krzyknął. – Nie dotykajcie ich! – zawołał, ale zignorowali go. Stanęli przed swoimi drzewami, przodem do niego, i zaczęli cofać się w stronę drzew. Harry przyspieszył, panikując. – Nie! – wrzasnął, ale było już za późno. Draco i Severus zostali wchłonięci przez drzewa. Nagle Harry spostrzegł, że leci. Był wysoko ponad drzewami; padał deszcz. Była straszliwa burza, a drzewa były poniewierane. Harry płakał i wyglądało to tak, jakby jego łzy przyłączyły się do deszczu w maltretowaniu drzew. Desperacko pragnął je chronić, uratować je, powstrzymać deszcz i zaopiekować się nimi, by wróciły do zdrowia. – Proszę! – wyszeptał, ale zamieniło się to w krzyk, który przetoczył się po polu jak grzmot, a następną rzeczą, jaką wiedział, był fakt, że jest otoczony przez światło. Jasne, oślepiające światło, a on spadał z alarmującą prędkością ku drzewom. Uderzy w jedno z nich, ale w które? Chciał ocalić oba! Chcę ocalić oba, chcę ocalić oba, myślał desperacko. – Chcę ocalić oba! – wykrzyknął, a gwałtowny ból rozdarł jego pierś. Krzyknął i poczuł się tak, jakby jego klatka piersiowa była rozciągana w dwóch kierunkach, rozdzierana na pół.
I taki był, rozdarty na pół, rozpłatany przez środek, i miał uderzyć w oba. Miał uderzyć w oba i ocalić oba, i to sprawiło, że zapomniał o swym bólu, o swej agonii. Uderzył w drzewa, a one upadły i on razem z nimi, w dół, w dół w bezpieczne objęcia Ziemi, a jego ból minął. Ocaliłem ich, pomyślał, po czym błogo zatonął w zapomnieniu.
Harry obudził się i czuł się bardziej spokojny niż kiedykolwiek, choć jego oddech był nierówny, a on był pokryty potem. Wiedział, że śnił o dwóch drzewach, jednym brzydkim i jednym umierającym, ale za nic w świecie nie mógł pojąć, czemu napawało go to takim zadowoleniem.
* Zamek się wali – nieważne. Wyraźnie zbliża się wojna – wygląda, jakby się przejmował...? Ma wziąć jakiś dziwny eliksir i dać się zatopić na 6 dni – dawać go! Ale niech tylko pościel nie pasuje do zasłon – koniec świata... Priorytety... ^^
** Właściwie to oddech powinien być urywany czy coś podobnego, ale chodziło mi o pokazanie tej zależności, która jest w oryginale („lacking" -> „lack – brak").
*** W oryginale „home-sweet-home celebrations", czego niestety nie dało się przełożyć na przymiotnik :p
CZYTASZ
A Destined Year
FanfictionOpowiadanie nie należy do mnie, tylko je udostępniam. Atenszyn, atenszyn, fanfik posiada kontynuacje - A Fated Summer, która niestary nie została ukończona przez autorkę __________________________ Autor: Autumns_Slumber Adres oryginału: http://arch...
