— No, w końcu raczyłeś się pojawić, chłopcze — prychnął Moody, gdy Harry wszedł do komnat Snape'a.
— Przepraszam, profesorze — odparł Harry, unikając pytającego spojrzenia Mistrza Eliksirów.
— Już nie jestem twoim profesorem, młody, możesz mówić do mnie Moody.
— No dobrze, Moody. Eee, powinienem mieć ze sobą moje książki czy coś? Nie byłem pewien...
— Nie, nie, wystarczy twoja różdżka. Dziś i tak nie będziemy robić niczego trudnego. — Moody przenosił wzrok z chłopaka na Snape'a; jego zdrowe oko utkwione w Harrym, a magiczne skanowało to, co było między nimi. Mimo że stali kilka metrów od siebie, łączyło ich falujące pasmo czerni. Ciekawe, bardzo ciekawe. Więc to prawda.
Moody odchrząknął.
— Cóż, to co powiem, może być dla was niemałym szokiem, ale zapewniam was, że dokonałem odpowiednich badań w tej kwestii i, jak sądzę, moje teorie zostały potwierdzone.
Snape spojrzał na niego spode łba, z podejrzliwością.
— Co dokładnie badałeś? — spytał zimnym głosem.
— Severusie, na pewno słyszałeś o połączonych magiach. — Gdy ten skinął głową ze zmrużonymi oczami, Moody kontynuował. — Tego dnia, gdy ciało Dumbledore'a zostało przyniesione do szkoły, zauważyłem to po raz pierwszy, ale dziś widzę, że nie spowodowały tego tylko silne emocje. Gdy objąłeś Harry'ego, wasza dwójka była prawie zupełnie okryta czernią.
— Czernią? — spytał ze zdumieniem Gryfon.
Snape milczał.
Moody pokiwał głową.
— Czernią. Ona was okrywa tak ściśle, że prawie nie widać waszych ciał.
— I mówisz, że teraz jest tak samo? — spytał nagle wampir.
— Niezupełnie. Teraz nie jesteście nią okryci. Czerń jest tylko pasmem, które was łączy.
— Czekaj, czekaj. Czerń? Co masz na myśli, mówiąc, że okrywa nas czerń? Co to jest? — zapytał Harrym głosem, wskazującym na to, że zaczynał wpadać w panikę. Spojrzał na Snape'a, ale szybko przeniósł wzrok na dzielącą ich przestrzeń. Oczywiście nic nie widział.
— On mówi o aurze, jak sądzę — wtrącił Snape, chociaż było słychać, że nie jest obojętny na to, co usłyszał.
Moody pokręcił głową.
— Nie, to nie aura. Gdybym mógł widzieć aury, to na pewno oszalałbym od wirujących barw — aury bardzo łatwo zmieniają się w zależności od uczuć i otoczenia.
Snape chyba rozluźnił się, przynajmniej trochę, i zapytał cierpko:
— Więc co to jest?
— Czasami, w przypadku bardzo silnych czarownic i czarodziejów, mogę zobaczyć, jak wygląda ich magiczny rdzeń. Albo powiedzieć, gdy wykonują jakieś skomplikowane zaklęcia, jaki kolor ma ich magia, zanim wydostaje się ona z ich różdżki. Ta umiejętność oczywiście często pomagała mi uniknąć pewnych bolesnych uroków.
— Więc twierdzisz, że zarówno Potter, jak i ja, mamy czarne rdzenie magiczne?
— Nie, mówię, że wy, jako dwójka, jako całość, macie czarny rdzeń. Dodam, że bardzo duży, rosnący w miarę zbliżania się waszych ciał do siebie.
— Chyba się pogubiłem — stwierdził spokojnie Harry.
Snape zignorował go.
— Połączony rdzeń magiczny? To niemożliwe. Nie do pomyślenia.
— Najwyraźniej nie do końca. Zrobiłem badania i skontaktowałem się z czarodziejem, który posiada bardzo rozległy księgozbiór poświęcony temu tematowi. Oczywiście wcześniej teoretyzowano na temat silnych magicznie bliźniaków, które mogłyby mieć połączone rdzenie, ale nigdy nie zostało to dowiedzione. Jednakże ten człowiek żyje w Japonii, jest profesorem w tamtejszej szkole dla czarodziejów i prowadził prywatne badania na ten temat przez lata. Próbował udowodnić, że dwójka ludzi, połączonych ze sobą bardzo mocno, może też połączyć swoje zdolności magiczne i stworzyć jeden rdzeń.
Harry spojrzał na Snape'a z całkowitym niezrozumieniem i zauważył, że choć twarz mężczyzny nie ujawniała żadnych emocji, to z jego postawy można było wyczytać napięcie i — znając go już dość dobrze — strach. Czego się boi? Co to oznacza? Czy to coś złego?
— To niemożliwe. Żeby robić coś takiego... to potworne. To by ich na pewno zabiło.
Moody przytaknął.
— I tak było. Wszyscy, którzy próbowali, ginęli w trakcie eksperymentu albo krótko po. Najdłużej wytrzymała para bliźniąt, które same z siebie były bardzo silne, więc połączenie było łatwe, ale niestety zniszczyło ich umysły i zmarły tydzień później.
— I mimo to uważasz, że Potter i ja mamy połączone magiczne rdzenie? — spytał Snape z niedowierzaniem.
— Tak, ale wierzę, że to wygląda inaczej u waszej dwójki. W końcu są obecne dwa ważne czynniki, których nie było w przypadku bliźniąt ani ludzi dążących do takiego połączenia.
— Ja jestem wampirem, a Potter to Chłopiec, Który Przeżył — mruknął Snape.
Moody pokiwał.
— Właśnie. Myślę, że to dlatego...
— Czekajcie! — krzyknął Harry, w końcu zaprzestając prób zrozumienia całej rozmowy. — Co jest z nami nie tak? O co chodzi z tym połączonym magicznym... czymś? Co to jest?
Snape zamrugał i odwrócił się w stronę chłopaka, jakby dopiero teraz zauważył jego obecność. Pokręcił głową, żeby usunąć natłok myśli.
— Moody, może najpierw powinniśmy wszystko Potterowi wyjaśnić, żeby nie trzeba było powtarzać.
— Oczywiście, tłumacz.
Mistrz Eliksirów nie wyglądał na zadowolonego z przydzielonego zadania, ale wziął głęboki wdech i tak zaczął tłumaczyć:
— Potter, to całkiem proste. Każda czarownica i czarodziej mają pewien stopień magicznej mocy. Gdy rosną i zbierają więcej doświadczenia, ten poziom może wzrastać.
— O tym mi już mówiłeś — przerwał Gryfon. Snape skrzywił się.
— Jak już mówiłem... nawet jeśli to prawda, to i tak musimy przez to przejść, bo inaczej nie można tego wyjaśnić. Na przykład panna Granger na pewno wyrośnie na silną czarownicę, choć zapewne większość tej mocny zmarnuje się w książkach. Jednakże pan Longbottom raczej nie osiągnie tak wysokiego poziomu i pozostanie ze swoim teraźniejszym, który jest raczej mierny.
— Nie obrażaj moich przyjaciół!
Snape zignorował go i tylko rzucił mu wymowne spojrzenie.
— Zależnie od formy magii, w której dany czarodziej się specjalizuje, jego magiczny rdzeń może przybrać określony kolor, żeby wskazywać magię, której używa on najczęściej. Poziom magii jest wyznacznikiem wielkości jego rdzenia. Przeciętna czarownica czy czarodziej mają tak małe rdzenie, że nie można ich zobaczyć bez specjalnych zaklęć monitujących. Czasem jednak można spotkać magiczny rdzeń tak duży lub jasny, że może być widoczny w specjalnych zwierciadłach, szybach, lub — jak w przypadku Alastora — dzięki magicznemu oku. Połączone magiczne rdzenie to fenomen, który był notowany tylko w bardzo nielicznych, bardzo rzadkich przypadkach, a i tak niektórzy sądzą, że dokumentacja została sfabrykowana. Jedynymi udokumentowanymi zdarzeniami były przypadki połączonych czarodziejów, którzy razem wykonywali bardzo silne zaklęcia i podczas tego ich magie się połączyły, tworząc jeden rdzeń magiczny. Według pisanych źródeł zdarzyło się to tylko cztery razy i za każdym razem rdzenie rozłączały się z powrót po zakończeniu zaklęcia.
— Co masz na myśli, mówiąc o połączonych czarodziejach?
— Połączenie się z kimś to prawie jak małżeństwo. Zresztą może wiązać się z nim, jeśli jakaś para chce się połączyć na wyższym poziomie niż w zwykłych małżeństwach. Innym powodem może być też chęć zwiększenia magicznych mocy, ponieważ takie połączenie może pozwolić na pożyczanie od siebie zapasów energii magicznej. Istnieje też trzeci motyw, najczęstszy w dawnych czasach, gdy takie połączenie było stosowane do wymuszenia na walczącym lordzie, żeby ugiął się do woli drugiego. Takimi lordami byli przedstawiciele najpotężniejszych magicznych rodów. W takich przypadkach powodowało to często koniec lorda, który przeważnie wybierał śmierć od poddania się komuś.
— To przerażające — wyszeptał chłopak. Snape skinął głową.
— Tak było, ale nie zawsze. Jak już powiedziałem, niektóre pary wybierały taką metodę, żeby jeszcze bardziej zbliżyć się do siebie. Zależnie od tego jaki rodzaj połączenia wybierali, mogło ono być tak silne, że po śmierci jednego z nich, jego partner też umierał. Myślę, że jest w tym dużo romantycznego sentymentalizmu — skwitował ironicznie.
— Ale co to wszystko ma wspólnego z nami?
— Połączenie nie ma z nami nic wspólnego. Tyle że zazwyczaj jedynymi przypadkami połączenia magicznych rdzeni byli związani ze sobą czarodzieje.
— A co z czarownicami?
— W teorii to możliwe, ale niestety nie było do tej pory na tyle silnych czarownic, które dokonałyby tego.
— To raczej szowinistyczne, prawda?
— To tylko fakt, nic więcej. Jestem pewien, że panna Granger byłaby zdolna do czegoś takiego za jakiś czas, jeżeli zdecyduje się związać z inną czarownicą o równej lub większej mocy, do której będzie czuć silne przywiązanie.
— Po co to przywiązanie?
— Ponieważ, panie Potter, silne emocje powodują, że zaklęcia stają się silniejsze.
— Och.
— Nadążasz do tej pory? — spytał cierpko.
— Tak — odparł Harry z lekką złością.
— Dobrze. Kiedy Alastor powiedział, że łączy nas czarne pasmo, miał na myśli połączone magiczne rdzenie, czarne, które najwyraźniej są tak wielkie, że pochłaniają nas, gdy jesteśmy obok siebie — a tak było, gdy cię trzymałem w gabinecie Albusa. Jednakże, gdy powiedział, że to niemożliwe, chodziło mu o to, że nie jesteśmy związani i nadal mamy osobne rdzenie — powiedział pewnie Snape, spoglądając na Moody'ego, jakby czekając, aż tamten zaprzeczy.
— Och, nie byłbym tego taki pewny, Severusie. Wasza dwójka jest związana przez to, że jesteście wampirem i towarzyszem. To jest połączenie. I tak, każdy z was ma osobny rdzeń. Mogę je zobaczyć, co oznacza, że jesteście bardzo potężni.
— Czekaj, jeżeli mielibyśmy ten połączony rdzeń, to nie posiadalibyśmy osobnych?
— Nie, Potter, bo to byłaby kombinacja naszych własnych rdzeni, stąd właśnie nazwa połączony magiczny rdzeń — zakpił Snape.
— Więc co z tą czernią, którą widzi Moody, skoro to nie może być połączony magiczny rdzeń? — spytał Harry, zdecydowany ignorować to, że Snape traktował go jak idiotę. Był do tego przyzwyczajony.
— Jak już mówiłem — to jest połączony magiczny rdzeń! To nie mogłoby być nic innego! — przekonywał Moody.
— Świetnie, przyjmując, że to, co widzisz, jest połączonym magicznym rdzeniem... jak wyjaśnisz jego obecność, skoro każdy z nas ma też własny rdzeń? — drążył Snape.
Moody wyciągnął z kieszeni kilka zwojów i usiadł na kanapie, rozkładając je na stoliku. Poczekał, aż Snape i Harry do niego dołączą, po czym wskazał na jeden z arkuszy.
— To są badania dotyczące wampirów i ich związku z towarzyszami. Teraz... ten związek jest prosty. Wampir nabiera siły i mocy z tego połączenia, otrzymuje zdolność prokreacji oraz znajduje krew, która całkowicie go zaspokaja. Poza tym — o czym się nie pisze w większości pozycji dotyczących wampirów — mogą oni się żywić nie tylko krwią swego towarzysza, ale też jego magią i energią.
— Co to znaczy? — spytał zafascynowany Harry.
— Cóż... dla wampira, który jest związany z innym wampirem, niewiele — gdyż są najczęściej na podobnym magicznym poziomie. Dla wampira połączonego z mugolem —zupełnie nic, bo mugole są słabsi niż wampiry. Jednakże pomiędzy wampirem i czarodziejem lub czarownicą... wampir może na tym wiele zyskać. Zwłaszcza, jeśli urodził się jako magiczne stworzenie lub jako mugol — to oznacza, że najpewniej zyska zdolność używania różdżki albo choćby bardziej zaawansowanego sposobu korzystania z magii bezróżdżkowej.
— Co to ma wspólnego z naszym niby połączonym magicznym rdzeniem? — warknął zirytowany Snape.
— Cóż, można wyjaśnić połączenie waszej magii tym, że jako wampir możesz żywić się magią Harry'ego.
— Żywić się, nie łączyć.
— Tak, ale Harry nie jest normalnym czarodziejem. Ten pergamin — Moody poklepał kolejny zwój i Snape szybko go zabrał — zawiera moją teorię, dlaczego zamiast żywienia się jego magią, łączysz wasze rdzenie.
Mężczyzna przeczytał kilka pierwszych linijek i prychnął.
— Wyjaśniasz to wszystko faktem, że Harry, jako silny czarodziej, który często musiał używać niespotykanych zaklęć do walki z Czarną Magią, instynktownie łączy nasze magiczne rdzenie, żeby jego własny się nie wyczerpywał? — Moody pokiwał głową.
— Chociaż wątpię, żeby to była świadoma decyzja ze strony Harry'ego. Najprawdopodobniej jego magia sama się broni. Znalazła możliwość stania się silniejszą i to wykorzystała.
— To niedorzeczne — warknął Snape, rzucając papiery na stół.
— Nie łapię. Jaki związek z tym wszystkim ma moja umiejętność obrony przed Czarną Magią?
— Żywienie się cudzą magią jest uznawane za czynność czarnomagiczną tylko dlatego, że zawiera w sobie używanie mocy innej osoby, aby samemu stać się potężniejszym.
— Och. Więc moja magia wybrała obopólne żywienie się?
— Teoretycznie — wtrącił Snape.
— Jeszcze inna opinia jest taka, że to po prostu niewytłumaczalny fenomen, co w przypadku Harry'ego jest możliwe. Wolisz takie wytłumaczenie, Severusie? — spytał Moody pogardliwie.
— Właściwie to tak.
Harry prychnął.
— Dobrze, w takim razie stawiamy na tę teorię. Tak czy inaczej faktem jest, że dzielicie połączony magiczny rdzeń.
— Obok naszych własnych rdzeni.
— Tak.
— Musisz mi wybaczyć, jeśli nie będę w stanie uwierzyć w tę teoryjkę — stwierdził zjadliwie Mistrz Eliksirów.
— Jeżeli miałbym zgadywać...
— Och, proszę bardzo.
— ...powiedziałbym, że właśnie z powodu niecodziennego związania i waszych ogromnych poziomów magicznej mocy, połączony magiczny rdzeń składa się tylko z części waszych własnych. Najwyżej z połowy.
— Świetnie. Przyjmując, że wierzę w ten nonsens, to co proponujesz, żebyśmy z tym zrobili?
— Wykorzystali to na naszą korzyść, oczywiście. Jeżeli nauczycie się połączonej magii, to możliwe, że Harry będzie miał większe szanse, żeby pokonać Czarnego Pana. Zamiast stawiać mu czoła samemu, miałby ciebie przy sobie jako dodatkowe źródło mocy. Wasza dwójka, razem, mogłaby być nie do pokonania.
— Nie musiałbym walczyć z nim w pojedynkę? — spytał Harry ze zdumieniem. — Czyli gdyby Snape był ze mną, to moje zaklęcia byłyby potężniejsze?
— Tak.
Oczy chłopaka się rozszerzyły, gdy spoglądał na Severusa.
— Prooooszę, Snape, możemy chociaż spróbować?
Snape spojrzał na niego ze zdumieniem. Chce tego spróbować? Połączyć magie? Tylko po to, żeby nie walczyć samemu? Merlinie, jak mogę mu odmówić, gdy tak wygląda? Mężczyzna potrząsnął sobą mentalnie, zamykając na moment oczy i pozwalając sobie na długie westchnięcie. W końcu niechętnie pokiwał głową.
— Dobrze. Spróbujemy. Co miałeś na myśli, Alastorze?
— Pomyślałem, że możemy zacząć od medytacji. Musicie najpierw nauczyć się, jak sięgnąć i pochwycić magię, którą dzielicie. Myślę, że byłoby łatwiej, gdybyście nie mieli też osobnych rdzeni, ale skoro macie, to zapewne trudniej wam będzie sięgnąć po obcą magię, a nie swoją własną.
— Ale czy to nie jest nasza własna, tylko że połączona? — spytał Harry z niezrozumieniem.
— Tak, ale do tej pory używaliście tylko własnego rdzenia, a nie tego połączonego. Nadejdzie czas, gdy będziecie potrzebowali obu. Chodzi o to, żebyś był w stanie sięgnąć po którykolwiek, w zależności od aktualnych potrzeb. Severusie, dla ciebie to powinno być łatwiejsze — jesteś uzdolniony w oklumencji, nie masz problemów w oczyszczaniu umysłu i sięganiu po własną magię.
Harry jęknął.
— O nie, znów oklumencja.
— Spokojnie, Potter, on tylko uważa, że jestem w stanie się bardziej skoncentrować — wyjaśnił Snape.
— Może usiądziecie na podłodze po turecku? Musicie stykać się kolanami, ręce połóżcie na kolanach, a palcami powinniście się prawie dotykać — zasugerował Moody.
Severus spojrzał na niego spode łba, ale Harry już usiadł, więc nie widząc innego wyboru, ułożył nogi podobnie jak młody Gryfon. Dotknął go i od razu poczuł raczej... nieprofesjonalne reakcje. Zignorował je, ale świadomość, że jeszcze dziś nie pożywił się, tylko bardziej utrudniała mu zadanie. Podniósł wzrok na Harry'ego i był zdziwiony tym, jak blisko niego się znajdował.
Harry próbował utrzymać kontakt wzrokowy ze Snape'em, ale czuł się niekomfortowo, będąc tak blisko mężczyzny. Przełknął głośno ślinę i przeniósł wzrok na punkt ponad ramieniem wampira. Nie wiem, czy to zniosę. Jest za blisko. Nie będę mógł skoncentrować się, gdy będzie się tak na mnie gapił, pomyślał niepewnie.
Moody obserwował ich zachowanie i uważał je raczej za całkiem zabawne. Gdy się dotknęli, ta czarna smuga powiększyła się i zafalowała, przepływając szaleńczo między ich rękami i kolanami. Skinął głową.
— Dobrze, magia skupia się teraz w miejscach, w których się dotykacie. Zamknijcie oczy, oczyśćcie umysły i poszukajcie jej. Powinna być czymś innym niż wasza własna magia. Harry automatycznie spojrzał na ich kolana i dłonie, zamiast zamknąć oczy. Nic nie zobaczył, więc tylko skrzywił się.
— Mówisz, że to jest czarne, tak?
— Powiedziałem, że masz zamknąć oczy, chłopcze. Tak, to jest czarne.
— Co to oznacza? Mówiłeś, że kolor rdzenia odzwierciedla najczęściej używaną magię, więc co oznacza czarny? Czy to... Czarna Magia? — spytał nerwowo, bo nagle ta myśl do niego dotarła. Spojrzał na Snape'a, ale ten wydawał się raczej spokojny. Oczywiście. To jego magia. Używa Czarnej Magii dla... dla Voldemorta. Mogę się założyć, że wykorzystuje ją cały czas.
— Sięgnij do niej i sam się przekonaj, Potter — odpowiedział Moody.
— Będę mógł powiedzieć, co to za rodzaj magii?
— Powinieneś, jeżeli w ogóle się do tego zabierzesz!
Harry załapał i zamknął oczy, choćby po to, żeby uciec przed ciemnym spojrzeniem, które świdrowało go z tak bliska. Poczuł, że Snape nieznacznie się rozluźnił i sam spróbował zrzucić z siebie to napięcie. Oczyść umysł, oczyść umysł, oczyść umysł... ciekawe, jak idzie Snape'owi? Nie, nie, oczyść umysł... oczyść, oczyść, oczyść... czy on już to poczuł? Grrr, oczyść umysł! Skąd mam wiedzieć, czy to moja własna magia, czy ta połączona? A jeśli są podobne? Kurde, powinienem oczyścić swój umysł... dobra... oczyść umysł... nie myśl o niczym, zupełnie niczym... O, czy to było to? Nie, nie, to tylko wiatr. Czy Snape oddycha? Pewnie właśnie to poczułem. Cholera, nie myśl!
Moody od razu wiedział, w którym momencie Snape znalazł magię, a udało mu się to całą godzinę później. Harry kręcił się jeszcze chwilę temu, ale teraz chyba zasnął, jego ciało zrobiło się wiotkie, z głową pochyloną na piersi i częściowo otwartymi ustami. Już chciał przerwać, gdy nagle zauważył, że czarny magiczny rdzeń poruszył się niespodziewanie, jakby ktoś szarpnął za niego w stronę Snape'a. Moody przyjrzał się uważniej. Czerń znów poruszyła się w stronę wampira, jakby ten eksperymentował z połączeniem. Nagle szarpnęła się, zamigotała i okrążyła ciało starszego mężczyzny.
Harry, nagle obudzony, podskoczył, jego oczy otworzyły się, spoglądając dookoła ze zdziwieniem. Jednocześnie Moody zauważył, że mimo iż Snape dotknął magii, to jednak połączenie zerwało się. Interesujące. Potter nie mógł jej odnaleźć, ale najwyraźniej poczuł, gdy Snape ją zmienił.
— O co chodzi, Potter? — zapytał Snape, rzucając chłopakowi zirytowane spojrzenie.
— Och, eee... — Harry rozglądał się dookoła, a potem pokręcił głową. — Nic, przepraszam. Chyba musiałem zasnąć. Miałem wrażenie, jakby ktoś mnie dotknął.
— Jak cię dotknął? — przerwał Moody.
— Umm, to było takie uczucie, jak przy podróżowaniu świstoklikiem, takie szarpnięcie blisko karku, tylko że raczej do przodu, a nie do tyłu.
Tak głęboko medytowałem, że nawet nie zauważyłem zmian w moim towarzyszu?. Snape'owi nie podobało się to. To go zdenerwowało. Zrozumiał, że polega na swojej wiedzy, czy Harry jest przebudzony, czy śpi, czy jest zły, czy przestraszony, opartej na zmianach w biciu jego serca. A teraz był czymś tak pochłonięty, że ich nie zauważył.
Jedna rzecz była jednak pewna.
— Poczułem to — powiedział nagle, przykuwając uwagę chłopaka. — Był tam, połączony magiczny rdzeń. I mój własny też. Nie wiem, jak to możliwe, ale był tam, nie mam do tego żadnych wątpliwości.
Harry wyglądał na podekscytowanego, momentalnie chwycił Snape'a za rękę.
— Więc jest prawdziwy? Co to za magia?
Snape spojrzał w dół, na ich połączone dłonie, a wszystkie myśli o rdzeniach odpłynęły z jego umysłu, gdy poczuł silny puls w nadgarstkach Gryfona. Jego usta zaczęła wypełniać ślina, a nozdrza zadrgały. Głodny, pomyślał tylko.
— Snape? Co to za rodzaj magii? Halooo! — Harry zamrugał i spojrzał na ich dłonie, w które wpatrywał się mężczyzna. Zauważył, że ten głaszcze go powoli po nadgarstkach i zadrżał delikatnie.
— Och... — wyszeptał. — Jeszcze nie jadłeś, co?
Snape pokręcił głową.
— W rzeczy samej.
— Jasne, eee... ale bez gryzienia. — Harry zaczął gorączkowo rozglądać się za nożem, ale nie zauważył żadnego w pobliżu. Spojrzał na Moody'ego, który obserwował ich z fascynacją, jakby byli obiektami badań. — Umm, Moody, masz może przy sobie nóż, który mógłbym pożyczyć?
— Obawiam się, że nie. Jedyny nóż, jaki mam, nosi na sobie na sobie raczej nieprzyjemną klątwę.
— Szlag. Cóż... — Snape podnosił rękę Gryfona. — Nie, bez gryzienia, Snape, nie.
Ale Snape już nie słuchał. Czuł się wyczerpany, jakby sięgnięcie do własnej magii wymagało od niego dużego wysiłku.
— Obawiam się, że jest to niewykonalne, Potter.
— Och, cholera — powiedział Harry, a po chwili zęby Snape'a zatopiły się w jego skórze. Po chwili zajęczał i zamknął oczy, gdy zalała go fala ciepła. Walczył z tym, a w każdym razie starał się, ale szybko spostrzegł, że podniósł się i ukląkł, przyciskając się do mężczyzny, aby poczuć ten chłód, który zawsze otaczał wampira.
Snape, po kilku łykach niebiańskiej krwi, mógł myśleć wystarczająco przytomnie, żeby uświadomić sobie, że nie powinien dopuścić, aby Harry — i on sam — zrobili coś, na co chłopak w innych okolicznościach nie zgodziłby się. Jak na przykład usadzenie sobie Harry'ego na kolanach, co miał ochotę zrobić, zanim nie opanował się. Krew wydawała się nasycić go o wiele szybciej niż zwykle i uświadomił sobie, że teraz pił tylko dla samego smaku, a nie z powodu prawdziwej potrzeby. Niechętnie, wywołując żal wampira, puścił nadgarstek i oblizał wargi z krwi. Wciąż miał zamknięte oczy — nie ufał sobie na tyle, aby zobaczyć zarumienionego i prawie błagającego o jego dotyk Harry'ego.
Harry opadł bezceremonialnie na tyłek i dopiero po dłuższej chwili zaczął myśleć przytomnie. Zaklął lekko, zdyszany, patrząc z wyrzutem na Snape'a.
— Powiedziałem, że bez gryzienia!
Snape otworzył oczy, wierząc, że Harry nie mógł już odczuwać skutków ugryzienia, skoro beształ go w tak niemiły sposób. Skrzywił się do chłopca.
— A co wolałbyś, żebym zrobił? Przeciął ci nadgarstek paznokciami?
— Tak — odparł natychmiast Gryfon, czując się raczej zdradzonym.
Snape zmrużył oczy.
— Więc zapuść paznokcie, Potter, bo ja nie zrobię tego tylko dlatego, żeby cię zadowolić.
Moody obserwował, jak wpatrywali się w siebie złowrogo przez chwilę, po czym zdecydował, że czas iść.
— Cóż, musicie mi wybaczyć, chciałem wpaść jeszcze do Minerwy, zanim wyjadę.
Obaj odwrócili się w jego stronę; Harry miał minę, jakby zupełnie zapomniał o jego obecności.
— Och, oczywiście pro... to znaczy Moody. Żałuję, że nie mogłem tego dosięgnąć. Eee, następnym razem nad tym popracujemy? Eee... będzie w ogóle następny raz?
— Oczywiście, że będzie, musisz to opanować! — krzyknął Moody. — Skontaktuję się z tym znajomym z Japonii, oczywiście bardzo dyskretnie, i zobaczymy, co on o tym wszystkim sądzi.
— Nie jestem pewien, czy to dobry pomysł — wtrącił się Snape, krzywiąc się. Ten człowiek powinien lepiej zastanowić się, zanim zacznie włączać innych w sprawy Zakonu!
— Severusie, nie mów mi, jak mam zajmować się takimi sprawami. Powinieneś wiedzieć, że nigdy nie sprowadziłbym na Harry'ego niebezpieczeństwa ani nie wydałbym naszych tajemnic nikomu, kogo nie byłbym pewien na dwieście procent, że nas nie wyda — warknął z oburzeniem Moody.
Snape'owi nadal się to nie podobało, ale Moody rzeczywiście był najbardziej paranoicznym człowiekiem, jakiego znał, i dlatego też ostatnim, który mógłby ich wydać. Skinął głową niechętnie.
— Dobrze, skoro jesteś pewien, że możesz mu ufać.
Moody kiwnął głową, ale pod nosem wymruczał coś, co Harry'emu zabrzmiało podejrzanie podobnie do „nadopiekuńczy, wszystkowiedzący wampir", przez co wybuchnął śmiechem, a Snape tylko zawarczał cicho. Moody podszedł do kominka i przeniósł się do biura dyrektorki.
Zostali sami i gdy Gryfon przestał się śmiać, nagle dotarło do niego, w jakiej znajdują się sytuacji. Chcąc zmniejszyć napięcie, choćby po to, żeby nie myśleć o trudnych sprawach, zapytał:
— Ile z tych lekcji mogę opowiedzieć swoim przyjaciołom?
Snape łatwo zaakceptował zmianę tematu, rozluźniając się na tyle, żeby zmienić pozycję — teraz siedział oparty o kanapę.
— Jeżeli masz na myśli pannę Granger i pana Weasleya, to pewnie możesz im powiedzieć tyle, ile uznasz za stosowne. Jednakże bądź ostrożny z tym, gdzie i kiedy im o tym opowiesz. Mimo twojej opinii, że tylko jeden Ślizgon może szpiegować dla Voldemorta, to Imperio jest dość łatwym zaklęciem...
— Eee... dobrze. Będę ostrożny. Nie żebym w ogóle miał im co opowiadać. — I nie żebym chciał rozmawiać teraz z Ronem. — Nawet nie rozumiem do końca tego wszystkiego.
— Szczerze mówiąc, ja też. To, co sugeruje Alastor i co sam dzisiaj zobaczyłem, jest fenomenem, którego nie potrafię wytłumaczyć. Liczę, że będę miał możliwość przejrzenia ksiąg, które zdobędzie Alastor. Być może zadam Ceilidhowi parę pytań à propos związku wampira z jego towarzyszem... — mruknął mężczyzna.
— Ceilidh? Kto to?
Snape zmarszczył brwi, niezadowolony, że powiedział swoją myśl na głos. Najwyraźniej jestem coraz bardziej zrelaksowany przy chłopaku.
— To głowa klanu Mearsuinn an Fuil — wyjaśnił niechętnie.
— Tego dużego klanu, o którym tyle ostatnio mówiono? Więc on jest naprawdę potężnym wampirem, tak? — Wow, musi też być bardzo stary i na pewno zna wszystkie wampirze sztuczki, których Snape musi się nauczyć!
— Raczej tak. W końcu udawało mu się od wieków utrzymywać pokój między wampirzymi klanami — prychnął.
— Od wieków! — wykrzyknął Gryfon. — Ile on ma lat?
— Pytanie wampira o wiek jest uważane za nietakt, Potter. Zostawmy to starszym niż ja.
— Merlinie, więc on ma towarzysza?
— Miał. Zmarła całkiem niedawno podczas... potyczki z olbrzymami — wyjaśnił niepewnie Snape.
— Och, to naprawdę smutne. Myślałem, że wampiry umierają, gdy odchodzi ich towarzysz...?
Snape wyglądał na zdumionego.
— Takimi bredniami karmi cię panna Granger? Potter, gdyby wampir ginął razem ze swoim towarzyszem, to na świecie pozostałoby nas bardzo niewielu, zwłaszcza że duża część jest związana z mugolami albo czarodziejami, którzy nie chcą stać się wampirami!
— Ale co z idealnym dawcą krwi? Po piciu od towarzysza nie mogą pić od nikogo innego, więc jak w takim razie się żywią?
— Przestawienie się na zwykłą krew nie jest przyjemnym procesem i wiele wampirów umarło z głodu, ale jest możliwe. Oczywiście im dłużej ktoś był związany, tym jest to trudniejsze, ale wciąż możliwe i Ceilidh jest tego przykładem. Myślę, że duża w tym zasługa jego syna...
— Syna? — powtórzył Harry, zdumiony, że Snape dzieli się z nim tymi informacjami.
— Killiana. Młody chłopak, syn pary wampirów. Prawdopodobnie odziedziczył po ojcu ogromną moc, choć musi popracować nad swoimi poglądami politycznymi.
— Och. — Harry zastanowił się chwilę, a potem zapytał ze słabo tłumioną ekscytacją. — Czemu nie przyprowadzisz ich tutaj?
Snape na pewno się przesłyszał. A jednak nie.
— Słucham?
— Dlaczego nie przyprowadzisz ich tutaj? — powtórzył chłopak, z każdą sekundą nabierając coraz więcej entuzjazmu. — Mogliby pomóc ci zapanować nad mocą, a przy tym nauczyć się trochę o magii czarodziejów i zrozumieć tę całą sytuację z Voldemortem, żeby wiedzieć, o co mają walczyć.
— Sądzisz, że nie wiedzą, o co walczą? — spytał Snape, a jego głos był lodowaty. — Czy choć przez moment myślałeś, że sprzymierzyły się z nami, stanęły przeciw najpotężniejszemu Czarnemu Panu wszechczasów bez dokładnej wiedzy, o co walczą?
Cóż... jeżeli tak na to spojrzeć... szlag. Harry poczuł skruchę.
— Przepraszam, nie chciałem...
— Nie chciałeś czego, Potter? Nie chciałeś obrażać ich inteligencji? Drwić z wysokiej reputacji, jaką zdobyły klany za przestrzeganie zasad, stworzonych przez siebie, żeby bronić ludzi, z których czerpią pokarm? Mam nadzieję, że nie, bo teraz jesteś związany z jednym z tych stworzeń, które nie wiedzą nic o magii czarodziejów — powiedział mrocznie.
— Ja nie, nie... przepraszam, panie profesorze — wyjąkał Harry. — Nie pomyślałem.
— To jasne.
— Ja po prostu chcę tylko, żebyś stał się silniejszy... nie chcę, żeby jacyś renegaci zwrócili się przeciwko nam... przeciw tobie — dokończył miękko chłopak.
Snape musiał na chwilę zamknąć oczy, walcząc z natłokiem emocji. W końcu wygrał.
— Wszystko w porządku, Potter. Nie powinienem tak na ciebie naskoczyć.
— Miałeś rację. To, co powiedziałem, było głupie. Ale chciałbym wiedzieć, co miałeś na myśli, mówiąc o zasadach stworzonych w obronie ludzi...?
Snape wpatrywał się w niego, chcąc upewnić się o szczerości słów chłopaka, a potem skinął głową.
— Dobrze. Dawno temu wampiry żywiły się od ludzi bez pohamowania. Wiele ich ofiar znajdowano zupełnie pozbawionych krwi. Żywiły się w tak niechlujny sposób, że część z nich naprawdę stała się potworami. Zaczęto je nazywać demonami. Karmiły się zarówno krwią, jak i ludzkimi kośćmi, gdyż nie wiedziały, jak mają to robić prawidłowo — nikt ich tego nie nauczył, a one same nie były na tyle inteligentne, żeby do tego dojść.
— To okropne — wyjąkał Harry.
— To prawda. Powstało tak wiele tych tak zwanych demonów, że wampiry zaczęły zauważać swój błąd. Ludzie tworzyli grupy do walki z nimi, chcąc je wybić bez litości. Zresztą nie tylko zwykli ludzie, także czarodzieje. Wampiry zrozumiały, że muszą zmienić swoje postępowanie albo zostaną wybite. Większość z nich żyła i polowała w grupach, albo raczej rodzinach, żeby się bronić. Rodziny trzymały się razem i tworzyły kilka klanów. Klany wybrały swoich liderów, którzy spotkali się i wspólnie ustalili pewne zasady, a następnie przedstawili je czarodziejom. Wampiry zaproponowały, że wytropią wszystkie „demony" oraz dokładnie określą reguły dotyczące żywienia. Czarodzieje przystali na to i wampiry natychmiast odszukały wszystkich degeneratów. W zamian za to czarodzieje zaczęli rozgłaszać fałszywe historie wśród mugoli, o lustrach i czosnku, soli i krzyżach, i szybko większość z nich zaczęła sądzić, że wampiry należą do świata legend, a ci którzy wciąż w nie wierzyli, wiedzieli już, jak mają się bronić.
— Więc tak to się skończyło? Wampiry zabiły demony, a mugole przestali wierzyć w ich istnienie? — spytał Harry z niedowierzaniem.
— Oczywiście, że nie, Potter. To wszystko zajęło setki lat, a do dnia dzisiejszego demony wciąż żyją. Ale wampiry wzięły te wszystkie uregulowania mocno do siebie, ponieważ wiedziały, że to wszystko stało się przez ich własną głupotę. Zaczęły żywić się dyskretniej i odnosić z większym szacunkiem do swoich dawców. Jednakże między klanami co jakiś czas dochodzi do nieporozumień i przez stulecia wypracowano kolejne zasady, również odnoszące się do nich samych, na przykład terytoriów klanów i innych, które tak naprawdę cię nie dotyczą.
— Jednak to nie wyjaśnia, dlaczego walczą po naszej stronie.
— Myślałem, że to będzie oczywiste, Potter. Ludzie już nie są dla wampirów tylko pożywieniem, są środkiem utrzymania przy życiu, ale też kochankami, towarzyszami, a czasem także przyjaciółmi. Istnieją nawet mugole, broniący mojego gatunku! Jeśli jakiś Czarny Pan pozabijałby ich wszystkich, a do tego także czarodziejów sympatyzujących z mugolami, to wampiry znacznie straciłby na tym. A to, Harry, jest czymś, czego bardzo nie chciałyby — zakończył Snape.
— To... ma sens. Ale w takim razie dlaczego renegaci nie chcą walczyć z Voldemortem?
— Renegaci nie należą do żadnego klanu. Mogą przestrzegać podstawowych praw dotyczących żywienia, ale poza tym nie są zbyt towarzyscy. Większość z nich żyje samotnie i zazwyczaj popełniają więcej błędów, gdy mają do czynienia z mugolami, ponieważ nie ma przy nich starszych wampirów, które mogłyby nimi pokierować, ani społeczności, która ochraniałaby ich. Nadal istnieją mugole, którzy tropią wampiry, i renegaci są tymi, którzy przykuwają ich uwagę.
— Więc najczęściej to one są łapane i dlatego myślą, że świat byłby lepszy bez mugoli?
— Właśnie.
— Ale wtedy byliby pozbawieni jedzenia!
— Nie powiedziałem, że ich poglądy są racjonalne — prychnął Snape.
Harry zmarszczył brwi. To musi być trudne — udawać silnego, żeby renegaci mu wierzyli i jednocześnie stać po własnej stronie. Ale przecież to samo robi z Voldemortem... To na pewno tak samo niebezpieczne.
— Cóż, dobrze. Więc... co do zapraszania ich tutaj. Wciąż myślę, że to byłby dobry pomysł.
— Nie.
— A co z tym połączonym rdzeniem? Mogą wiedzieć więcej, niż my znajdziemy w książkach albo ile wie ten facet, z którym Moody ma porozmawiać.
— Sam poruszę tę kwestię, gdy następnym razem będę widział się z Ceilidhem.
— Ale ja też chcę wiedzieć! — krzyknął Harry, tracąc cierpliwość. — Dlaczego nie mógłby tu przyjść? Sam powiedziałeś, że jest starszy od ciebie, a więc bardziej kontroluje się i raczej nie będzie chciał żywić się od uczniów! To raczej ty nie chcesz, żebym się z nim spotkał!
Snape skrzywił się.
— Kontrola nad sobą nie ma nic do rzeczy. Jeżeli nie chciałbym, żebyś się z nim spotykał, to bym ci to po prostu powiedział, Potter — warknął.
— Więc dlaczego tu nie przyjdzie? — naciskał chłopak.
— Albus uważa, że lepiej nie pozwalać wampirom zbliżać się do zamku, w razie gdyby Czarny Pan zdecydował się ich torturować, a oni wyznaliby, że tu byli — powiedział.
— Jeżeli Voldemort będzie ich torturować, a oni zaczęliby mówić, to bardziej niepokoiłoby mnie, gdyby powiedzieli o tym, po jakiej stronie tak naprawdę jesteś! — krzyknął Harry i nagle zrozumiał sens swoich słów. Jego oczy powiększyły się i zasłonił usta dłonią. — Merlinie, tak mogłoby się stać, prawda? Ktoś mógłby cię wydać na torturach!
— Takie jest ryzyko, gdy mówisz innym, że jesteś szpiegiem — odparł zimno wampir.
— No tak, ale... — Harry opuścił rękę. — Ale nie wiedziałbyś, gdyby oni mu o tobie powiedzieli, a kiedy wezwałby cię, to nie byłbyś niczego świadomy. Poszedłbyś na pewną śmierć! — wyjąkał z przerażeniem.
— Tak — potwierdził Snape spokojnie. — Za każdym razem, gdy mnie wzywa, jest ryzyko, że odkrył moją zdradę albo że nie będę na tyle silny, żeby przetrwać jego ataki legilimencji. Zdemaskowanie to nieustanna groźba, Potter.
Harry nie wiedział, co na to odpowiedzieć. Skinął głową, z przygaszonym spojrzeniem.
Snape wydął wargi, obserwując, jak chłopak skubie szatę. Było oczywiste, że temat rozmowy mu się nie podobał. Tak więc Snape postanowił to naprawić.
— Wierzę, że powinniśmy wznowić lekcje oklumencji.
I całkowicie poległ.
— C-co? — wyjąkał Harry. Jasne, powiedział, że chce tych zajęć, ale byłoby lepiej, gdyby poczekali do... cóż, nie zastanawiał się nad tym zbyt często. Nie chciał, żeby Snape znał te myśli. Nie chciał, żeby Snape wiedział o każdym okropnym szczególe z jego przeszłości. — Czy nie powinniśmy, eee... poczekać trochę, aż będę w stanie się lepiej skupić? Chodzi o to, że teraz mam dużo innych zajęć i razem z tymi dodatkowymi treningami u wszystkich członków Zakonu...
— W takim razie kiedy proponujesz, żebyśmy wznowili te lekcje, Potter? Zawsze będziesz miał inne zajęcia, a jakoś w zeszłym roku nie miałeś problemu z harmonogramem. Nie żebyś miał jakieś wybitne oceny, wybacz, ale to raczej nie gra roli.
— Hej, próbowałem, wiesz? Wiem, że nie jestem taki genialny jak Hermiona, ale to nie tak, że nie próbuję! — bronił się chłopak.
— Próbowanie sugeruje, że naprawdę uczyłeś się i zawarłeś jakieś myśli w swoich esejach, mam nadzieję, że to rozumiesz? — zakpił z niego Snape.
— Robiłem to! — zaprotestował.
— Doprawy? Powiedz mi, kiedy ostatni raz uczyłeś się, pomijając noc przed testem, o którym wiesz, że oblejesz go, bo nie uczyłeś się z wyprzedzeniem?
— Cóż... eee...
— Mam rację, jak sądzę — prychnął mężczyzna.
— Dobra, świetnie! Czy możemy chociaż poczekać do przerwy świątecznej? Proszę?
Snape miał ochotę odmówić. Odmowa była na końcu jego języka. Ale najwyraźniej ktoś tę końcówkę uciął, gdyż niechętnie przytaknął. To musiała być wina tego „proszę". Albo tych wielkich, zielonych oczu, wpatrzonych w niego tak błagalnie, że... nie, to na pewno te „proszę".
CZYTASZ
A Destined Year
Fiksi PenggemarOpowiadanie nie należy do mnie, tylko je udostępniam. Atenszyn, atenszyn, fanfik posiada kontynuacje - A Fated Summer, która niestary nie została ukończona przez autorkę __________________________ Autor: Autumns_Slumber Adres oryginału: http://arch...
