Choć wszyscy wiedzieli, że wojna dobiegła końca, bitwa była daleka od tego. Smoki były rozwścieczone i wyrwały się spod kontroli. Śmierciożercy uciekali, a ci, którzy zostali zapędzeni w kozi róg przez uczniów, nauczycieli lub wampiry, walczyli i ginęli. Zbliżał się świt i wiele wampirów szukało schronienia na obrzeżach Zakazanego Lasu, skąd obserwowały, jak uczniowie, nauczyciele i rodzice sami radzą sobie ze smokami.
Ginny nie oczekiwała, że wampirzy chłopak pójdzie za nią do zamku. Po tym, jak wylądowała smokiem przy bramie, po raz ostatni rozkazała mu, by uciekał, a gdy bezpiecznie zniknął jej z oczu, zaczęła zmagać się z ciężarem swojego brata.
- Pozwól mi – powiedział chłopak, przerzucając sobie rękę jej brata ponad ramieniem i z łatwością z nim idąc.
Ginny była zbyt wyczerpana, by się tym przejąć. Bolały ją kości, bez wątpienia od stresu i tego, czym była tamta odbita fala mocy. Ruszyła za nim na chwiejnych nogach do Wielkiej Sali.
- Ginny! Och, drogi Merlinie, jesteś bezpieczna! – krzyknęła jej matka, biegnąc w jej stronę. Molly objęła mocno córkę, a następnie odsunęła ją, by sprawdzić, czy pod potem i brudem, które pokrywały jej twarz, nie ma żadnych obrażeń. Przesuwając dłońmi po włosach, twarzy i rękach Ginny, zapytała: – Jesteś ranna? Arturze! Pomóż mi zabrać Ginny do łóżka. Nigdy więcej nie rób nic tak głupiego! Mogłaś zostać zabita! Och, słodki Merlinie, spójrz na siebie! Wyglądasz, jakbyś miała zaraz zemdleć!
Artur podszedł do nich i po raz pierwszy w swoim życiu Ginny była naprawdę przestraszona spojrzeniem, jakie jej posłał.
- Nigdy więcej nie będziesz wobec nas nieposłuszna, czy to jasne?!
Ginny drżąco pokiwała głową, gdy została popchnięta na ławkę. Usiadła, ale jej wzrok przesunął się na wampira. Stał, czekając cierpliwie kilka stóp od jej matki.
- Mamo... – udało jej się wychrypieć.
- Jestem tutaj, kochanie. Och, nigdy więcej nas tak nie strasz! – zaszlochała Molly, znów mocno ją do siebie przyciągając.
Ginny próbowała odepchnąć mamę, ale drżały jej ręce.
- Mogę zasugerować, by dać jej przestrzeń do oddychania? – zapytał wampir.
Zaskoczeni, Molly i Artur obrócili się, by popatrzeć krzywo na chłopaka. Jedno spojrzenie i wiedzieli, że jest wampirem. Na dodatek niósł nieprzytomnego Śmierciożercę. Artur wskazał daleki kąt, gdzie kilku Aurorów pilnowało wejścia do pomieszczenia, które znajdowało się za Wielką Salą.
- Schwytani śmierciożercy zabierani są tam.
Chłopak zignorował go i przyniósł Śmierciożercę Ginny, ku zaszokowaniu i przerażeniu jej rodziców. Postawił Śmierciożercę obok Ginny, a ona nawet go objęła.
- Dostarczony bezpiecznie, jak obiecałem.
Ginny udało się skinąć głową, a potem spojrzała bezsilnie na rodziców.
- Mamo! Próbowałam ci powiedzieć. To jest Charlie.
Oczy Artura i Molly otworzyły się szerzej.
- Och, na niebiosa... Charlie? – wyszeptała Molly, prawie tak, jakby nie odważyła się mieć na to nadziei.
Ginny przytaknęła. Podniosła rękę i ściągnęła maskę śmierciożercy. I rzeczywiście, ukazała się im znajoma twarz Charliego, choć była pokryta potem i brudem, jak można się było spodziewać.
- Och, Charlie! – zaszlochała Molly, zakrywając dłońmi usta. Nie mogła znieść tego, że jej syn ma na sobie szatę śmierciożerców. – Szybko, Arturze, zdejmij to z niego.
Artur właśnie zamierzał to zrobić, gdy został powstrzymany przez dużą dłoń na swym ramieniu. Spojrzał ponad nim, by zobaczyć Moody'ego, który krzywił się, patrząc na Charliego.
- Najpierw musi zostać zabrany na przesłuchanie. Nie wiadomo, czy był pod wpływem Imperiusa, czy nie. Przykro mi, Arturze, Molly, ale muszę go zabrać. Obiecuję, że odseparuję go od pozostałych schwytanych śmierciożerców, dobrze? – powiedział Moody.
Oczy Molly wypełniły się łzami, a Artur objął ją. Skinął głową Moody'emu, choć z żalem.
- Rozumiemy. Po prostu uważaj na niego i bezpiecznie przyprowadź go z powrotem do nas.
Po tym, jak Moody wylewitował Charliego z Wielkiej Sali, Molly i Artur odwrócili się do wampira.
- Dziękujemy ci za sprowadzenie do nas naszego dziecka – powiedziała Molly.
Wampirzy chłopak pochylił powoli głowę.
- Nie ma za co, ale ja tylko wypełniałem swoją część umowy.
- Umowy? – powtórzyła Molly.
Ginny poruszyła się niespokojnie na ławce. Nie miała zamiaru wycofać się z obietnicy – nie, żeby myślała, że wampir pozwoliłby jej na to – ale nie oznaczało to, że nie miała co do tego zastrzeżeń.
- Mamo... tato... um... Ja tak jakby obiecałamżebędęjegodawcą – zakończyła w pośpiechu, łącząc przy tym słowa.
Molly zmarszczyła brwi.
- Słucham, kochanie?
- Ja... – Ginny spojrzała na wampirzego chłopaka. Stał tam, patrząc obojętnie. Wzięła głęboki wdech i spojrzała z powrotem na rodziców, tym razem mówiąc powoli. – Obiecałam, że będę jego dawcą... tylko do czasu, gdy znajdzie swego towarzysza!
Oczy Molly otworzyły się szerzej, a Artur wciągnął gwałtownie powietrze. Mężczyzna odwrócił się do wampira, a na jego twarzy po raz drugi widniało to spojrzenie, o którym Ginny nigdy nie pomyślałaby, że będzie do niego zdolny.
- Z pewnością nie przyjmiesz od nieletniej czarownicy przysięgi, którą złożyła w wyraźnie stresującym dla niej momencie?
Wampir nawet nie mrugnął.
- Przyjmę.
- Ona jest naszą córką i nie może sama podejmować takich decyzji! Jest nieletnia! – kłócił się Artur.
- Rozumiem wasz niepokój, ale gwarantuję wam, że nie zamierzam jej skrzywdzić. Obiecała, że zostanie moim dawcą, dopóki nie znajdę swojego towarzysza, pod warunkiem, że bezpiecznie przyprowadzę jej brata do zamku. I tak zrobiłem.
- Ona nie wiedziała, co obiecuje!
- To moja mała dziewczynka! – krzyknęła Molly. – Nie możesz jej nam zabrać!
- Nie jestem dzieckiem! – ucięła w końcu Ginny. Wstała, ale kolana prawie ugięły się pod nią. Wampir, pozornie prawie się nie poruszając, nagle znalazł się obok niej i podtrzymał jej łokieć. Zignorowała go, spoglądając z niezadowoleniem na rodziców. – Wiem, że jestem waszą jedyną córką i staracie się mnie chronić bardziej niż chłopców, ale nie możecie ciągle myśleć, że jestem dzieckiem! Inne dziewczyny w moim wieku walczyły w tej wojnie, a wszyscy moi bracia ryzykowali tam na zewnątrz życiem. Nie mogłabym tylko siedzieć i patrzeć. Ja... po prostu nie mogłabym!
Ginny poczuła, jak łzy ponownie wypełniają jej oczy i spływają po twarzy. Sporo dziś płakała.
- Nie możecie zrozumieć? – szepnęła błagalnie.
Molly i Artur nie odzywali się przez długi czas. To Molly była tą, która przerwała milczenie.
- Tak mi przykro, Ginevro – wyszeptała. – Powinnam była wiedzieć, że dorosłaś.
- W porządku, mamo – powiedziała Ginny łamiącym się głosem i tym razem z własnej woli znalazła się w objęciach matki. Spojrzała na tatę, a Artur skinął głową i objął je obie.
Po wielu pociągnięciach nosem, cała trójka rozdzieliła się, a Molly odwróciła się do wampirzego chłopaka. Spojrzała na niego, mając na twarzy wypisaną zawziętość matki-kwoki.
- Ile masz lat?
- Trzysta siedemdziesiąt dwa – odpowiedział wampir natychmiast, niewzruszony.
Molly spojrzała na niego surowo.
- Ile miałeś lat, gdy zostałeś przemieniony?
Tym razem wampir zawahał się, choć tylko chwilowo.
- Trzynaście, proszę pani.
Artur i Molly wyglądali na zaniepokojonych. Ginny wyglądała jedynie na zaskoczoną i zwróciła się do chłopaka.
- Trzynaście? Naprawdę? Powiedziałabym, że piętnaście.
- Obawiam się, że dzieci w moich czasach nie dojrzewały tak wdzięcznie, jak robią to teraz.
Molly wystąpiła naprzód.
- Ty... nie możesz... jesteś tylko dzieckiem!
- Zapewniam panią, że te lata sprawiły, że wystarczająco dojrzałem – powiedział wampir, ale był spięty.
- Molly... Być może powinnaś zabrać Ginny do Poppy, by ją obejrzała... Ja zamienię słówko z... – Artur spojrzał na wampira. – Jak masz na imię?
- Jestem znany jako Maverick – odparł wampir.
- Ja zamienię słówko z Maverickiem – powiedział Artur, a zmarszczki naznaczyły jego twarz.
Ginny pozwoliła, by ją wyprowadzono, głównie dlatego, że była tak zmęczona, że w każdej chwili mogła zemdleć. Artur patrzył za nimi, dopóki nie znalazły się poza zasięgiem jego głosu, po czym zwrócił się do Mavericka.
- Moja córka nie wie, co oznacza zostanie dawcą. Nie zna... szczegółów tego rodzaju związku. Sam jesteś tylko chłopcem, bez względu na to, jak długo jesteś nieumarłym, a w takim wypadku... to niewłaściwe – powiedział Artur. Było jasne, zważając na jego zaciśniętą szczękę i oschłe słowa, że stara się nad sobą panować i nie wybuchnąć.
Maverick zmrużył oczy.
- To nie jest coś, o czym pan może decydować. To ona to obiecała, a wampiry nigdy nie łamią obietnic... ani nie pozwalają na ich łamanie. Zostanie moim dawcą.
Oczy Artura miotały gromami.
- Jeśli zabierzesz moją córkę, zgłoszę to do Ministerstwa. To łamie traktat ustanowiony przez wampiry! Ona jest nieletnia!
- Czy myślisz, że w stanie, w jakim obecnie znajduje się świat, Ministerstwo będzie się przejmować jednym wampirem łamiącym niewielki przepis z tego traktatu? – zapytał chłodno Maverick. – Mają ważniejsze sprawy, by się nimi martwić. Poza tym... drogi Wybawca jest nieletni i jest towarzyszem nauczyciela szanowanego w szkole, do której uczęszcza twoja córka, nieprawdaż? Byliby w takich samych tarapatach jak ja.
- To co innego, Harry jest towarzyszem Severusa!
- A Ginevra jest moim chętnym dawcą, do czasu, gdy znajdę swojego towarzysza.
- Ona nie zdaje sobie sprawy z tego, że może ci to zająć wieki! – wściekał się Artur.
- Pracuję nad tym. Mam do załatwienia kilka spraw i kryjówkę do znalezienia. Proszę pilnować, by była bezpieczna i zdrowa. Wrócę po nią za kilka dni – powiedział Maverick.
Zanim Artur zdążył odpowiedzieć, wampir odwrócił się i uciekł. Artur obrócił się i ruszył szybkim krokiem w stronę Molly i Ginny, a jego twarz była napięta z gniewu i zmartwienia.
Ginny spojrzała sennie na ojca.
- Proszę, nie złość się, tato. Nic mi nie będzie. Wampiry nigdy nie krzywdzą swych dawców.
- O rety – odezwała się Poppy, patrząc na Artura i Molly. – Została dawcą?
Artur skinął ponuro głową.
- Obiecała, że zostanie dawcą jednego z wampirów... dopóki ten nie znajdzie swojego towarzysza.
Poppy wciągnęła gwałtownie powietrze.
- Z pewnością jest coś, co możecie zrobić?
- Gdzie jest Severus? – zapytał Artur zamiast odpowiedzi. – Może wiedzieć coś, co nam pomoże.
- Obiecałam mu – wymamrotała Ginny, w połowie już śpiąc.
- Cicho, kochanie, po prostu śpij – uspokajała ją Molly.
Ginny skinęła głową, ziewnęła i położyła się z powrotem na łóżku, które Poppy transmutowała dla niej z ławki.
- Nie widziałam Severusa. Wybaczcie, ale mam innych, którymi muszę się zająć – powiedziała Poppy i ruszyła do następnego łóżka.
~~~~~~
- Tonks i Kingsley, weźcie tę grupę i zbierzcie śmierciożerców – nakazała McGonagall. – Ja pójdę z pozostałymi i poszukam tych, którzy pozostali przy życiu.
Tonks i Kingsley skinęli głowami i zabrali grupę uczniów i rodziców, którzy byli w Wielkiej Sali podczas bitwy, by przejść się po terenach na zewnątrz i zgromadzić nieprzytomnych lub oszołomionych śmierciożerców.
McGonagall – zmęczona, ale nie na tyle, by nie móc wypełniać swoich obowiązków – zaprowadziła tam pozostałych, którzy byli z nią na zewnątrz.
- Sprawdzajcie puls i pamiętajcie, by lewitować każdego, kto jest ranny. Jeśli będą mogli iść sami, pozwólcie im. Pospieszcie się – poleciła.
Grupa wyruszyła, świecąc różdżkami i obchodząc ostrożnie teren. McGonagall rozglądała się. Wczesnym świtem wszystko było pokryte mgłą, a to, co było widoczne, nie było przyjemne. Nie było tam trawy; cała została spalona lub zadeptana. Ciała były porozrzucane dookoła. Nie wiedziała, gdzie zniknęły pozostałe smoki, i nie obchodziło jej to. Odeszły, a to oznaczało bezpieczne poszukiwania ocalałych.
Usłyszała głośne trzepotanie skrzydeł i spojrzała z lękiem w górę, by zobaczyć smoka, który obniżał nad nią lot. Wyciągnęła różdżkę i odsunęła się szybko na bok, próbując dostrzec jeźdźca.
- Pani profesor! To ja! – krzyknął Ron. Teraz spokojnie, nie ląduj na żadnym z ciał, rozkazał w milczeniu smokowi. Profesor McGonagall rozluźniła się, gdy go rozpoznała. Gdy smok ostrożnie wylądował, zsunął się z jego pleców. Zaczekaj tutaj, powiedział mu. Zdawało się, że uspokoił go tym rozkazem. Smok położył się, wyglądając na wyczerpanego. Ron podszedł do McGonagall. – Zająłem się śmierciożercami, którzy palili zamek – powiedział natychmiast.
McGonagall posłała mu pełen ulgi i zmęczenia uśmiech. Cieszyła się, że był bezpieczny.
- Dziękuję, Ronaldzie. Jesteś ranny?
- Mam kilka oparzeń, ale nic mi nie jest. Ugasiłem też pożary, ale obawiam się, że spora część wyższych partii zamku została spalona – doniósł Ron.
- W porządku. Czy smoki odleciały?
- Tak. Gdy tylko ich jeźdźcy zniknęli, straciły zainteresowanie przebywaniem tutaj. A te, które zostały... cóż... – Ron urwał. Zabił dwa smoki. Tego pierwszego i następnego, który był rozwścieczony.
McGonagall skinęła głową.
- Powinieneś wejść do środka i pozwolić opatrzyć sobie rany. Myślę, że Ginny znalazła Charliego.
Oczy Rona rozbłysły.
- Charliego? Zaraz, Ginny nie powinna być na zewnątrz! Nic jej nie jest?!
- Jestem pewna, że jest zmęczona, ale poza tym ma się dobrze według Poppy. Właśnie rozmawiałam z twoimi rodzicami, bardzo się o ciebie martwią.
- Pojdę do środka, by się z nimi zobaczyć. Czy Harry tam jest?
McGonagall zawahała się, po czym pokręciła głową.
- Nie. Dopiero rozpoczęliśmy poszukiwania ocalałych. Jestem pewna, że on i Severus są gdzieś na zewnątrz.
Ron skinął głową, ale czuł się nieswojo.
- Ta... ta eksplozja... to był Harry, prawda?
McGonagall pokiwała powoli głową.
- Tak sądzę.
- Ja... – Ron zawahał się, a potem pokręcił głową. – Pójdę zobaczyć się z mamą i tatą – wymamrotał. Wracaj do domu, przekazał smokowi. Zwierzę zachwiało się i wstało, a następnie odbiło się od ziemi i odleciało. Ron wsunął kamień do kieszeni i wszedł do zamku.
~~~~~~
- Severusie! – zawołał Ceilidh, zbliżając się do mężczyzny, który garbił się i kręcił po boisku raczej bez celu.
Snape poderwał głowę, patrząc dziko.
- Harry? Widziałeś Harry'ego? – krzyknął, zagłuszając dzwonienie w uszach. Przed oczami miał mroczki i czuł się tak, jakby mógł zemdleć w każdej chwili, ale nie pozwalał sobie na to, dopóki nie znajdzie Harry'ego.
Ceilidh otworzył szerzej oczy. Podszedł bliżej do Snape'a i wyciągnął rękę, by podtrzymać mężczyznę, po czym spojrzał na niego. Jego źrenice były rozszerzone, a tętno nie istniało. Ceilidh znał objawy, widział je wiele razy, od kiedy został przemieniony. Sam cierpiał z ich powodu, nie tak dawno temu. Zaklął pod nosem.
- Severusie! Otrząśnij się z tego, Severusie. Harry Potter nie jest martwy. Twój towarzysz nie jest martwy!
- Gdzie on jest? Pomóż mi go znaleźć! – Snape odepchnął Ceilidha i zachwiał się, przeszukując ziemię. Harry musiał tam gdzieś być. Dlaczego nie mógł go wyczuć? Wszędzie były stare tropy, ale Snape z jakiegoś powodu nie mógł wyśledzić zapachu. – Harry! HARRY! – zawołał ochrypłym głosem.
- Harry... zaginął? – sapnął słaby głos za Ceilidhem.
Ceilidh odwrócił się i rozpoznał Remusa, wilkołaka Snape'a. Mężczyzna cały się trząsł, nagi, i miał dość paskudne rozcięcie na lewym boku. Ceilidh skinął głową.
- Znalazłem go w nadziei, że będzie wiedział, gdzie jest Blaise, ale sądzę, że on potrzebuje mojej pomocy bardziej niż Killian.
- Blaise jest... w Kom... nacie... Tajemnic... pod... zamkiem – wydusił Remus, blednąc. – Czy Sever... usowi nic nie jest?
- Nie wiem. Musisz udać się do Wielkiej Sali. Ja zabiorę do środka Severusa. Musimy go zabrać, zanim światło stanie się mocniejsze – powiedział Ceilidh.
Remusowi udało się skinąć głowę i zaczął iść, ale potknął się o czyjąś nogę i upadł na ziemię z cichym jękiem. Ceilidh westchnął, po czym uniósł dłoń do ust i zagwizdał piskliwie. Zaledwie chwilę później stało obok niego Killian, wyglądając na trochę oszołomionego, ale poza tym w porządku.
- Znalazłeś go? – zapytał natychmiast Killian.
Ceilidh pokręcił głową.
- Nie, ukrył się, tak jak mu powiedziałeś. Remus wie, gdzie on jest, ale jest ciężko ranny. Zabierz go do zamku, by go opatrzyli, a powie ci, gdzie jest Komnata Tajemnic. Blaise tam jest.
Killian skinął głową i ostrożnie podniósł Remusa, a następnie ruszył w kierunku zamku. Ceilidh odwrócił się do Severusa, który wciąż nawoływał Harry'ego. On tego nie przeżyje... jest o wiele za młody, pomyślał Ceilidh. Gdy jego towarzysz umarł, on sam prawie to zrobił. Potrzebował sporej pomocy swego klanu i syna, by nie stać u progu śmierci, a jeszcze więcej, by wyzdrowieć na tyle, by przeżyć.
Severus był o wiele młodszy, prawie nowonarodzony w porównaniu z nim, i nikt tak młody jak on nigdy nie przeżyłby śmierci swego towarzysza. Ceilidh mógł mieć jedynie nadzieję na to, że Severus przeżyje na tyle długo, by zobaczyć pogrzeb, kiedykolwiek by się on nie odbył. Ceilidh podszedł do Severusa.
- Severusie, musisz odpocząć. Jeśli zaśniesz, twój towarzysz wróci do ciebie, gdy się obudzisz – skłamał Ceilidh.
To zadziałało jak urok. Severus upadł, a Ceilidh go złapał, uniósł w ramionach i ruszył do zamku. Gdy wszedł do Wielkiej Sali, wszędzie panował chaos. Spojrzał na sufit i uświadomił sobie, że nie jest to bezpieczne miejsce, by ukryć się tam podczas dnia, jako że odzwierciedlał on niebo. Rozejrzał się, ale nie rozpoznał nikogo.
- Severusie! Mój boże, nic mu nie jest? Tutaj, połóż go! – wybuchnęła Poppy, podbiegając do nich. Transmutowała ławkę w łóżko, co robiła dość często.
- Nie może tu zostać. Jest słaby, a słońce wschodzi – powiedział kobiecie Ceilidh. – Jest tu jakieś ciemne miejsce?
Poppy podniosła wzrok ze zdziwieniem. Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że już świtało. Skinęła szybko głową.
- Chodź za mną! – powiedziała i wyprowadziła go szybko z Wielkiej Sali, a potem ruszyła korytarzem do klasy. Zaklęciem zaczerniła okna i transmutowała biurko w łóżko. – Połóż go. Czy światło świecy będzie dobre?
- Tak, to w ogóle mu nie szkodzi – odparł Ceilidh, kładąc mężczyznę na łóżku.
Poppy skinęła głową i wyczarowała świece, które rozproszyły się po sali, a potem szybko wróciła do sprawdzania Severusa. Szybkie zaklęcie nie znalazło żadnych fizycznych uszkodzeń, choć jego magia wydawała się być trochę osłabiona, co miało sens, ponieważ mężczyzna prawdopodobnie stracił jej trochę podczas bitwy.
- On tylko śpi – powiedziała wampirowi.
Ceilidh przytaknął.
- Wiem o tym. Czy jest jakiś sposób, by upewnić się, że na razie się nie obudzi?
Poppy skinęła głową, a potem zmarszczyła brwi.
- Tak, ale czemu? Czy coś się stało?
- Harry Potter nie żyje – powiedział cicho Ceilidh.
Poppy wciągnęła gwałtownie powietrze, unosząc dłonie do ust z przerażeniem.
- N-nie żyje?
Ceilidh skinął głową.
- Nie znalazłem jego ciała, ale Severus go szukał i... cierpi z powodu takich samych objawów, z jakich cierpią wampiry, gdy ich towarzysz umiera. Severus... nie przeżyje tego – wymamrotał Ceilidh.
- Och, mój boże, co się stało? – wyszeptała do siebie Poppy. – Harry... och, biedny Harry!
- Jeśli chcesz, by Severus został tu do pogrzebu... musisz utrzymywać go do tego czasu we śnie. Powiedziałem mu, że gdy się obudzi, jego towarzysz tu będzie.
- Tak... Utrzymam go we śnie... Och, biedny Harry... biedny Severus... – Łzy popłynęły z oczu Poppy, a ona pociągnęła nosem, po czym szybko je otarła. – Czy... możesz znaleźć profesor McGonagall i sprowadzić ją do środka? Musi wiedzieć.
Jako że spotkał już kiedyś McGonagall, Ceilidh skinął głową.
- Ja... przykro mi – powiedział na pocieszenie do kobiety i wyszedł.
~~~~~~
Killian ściśle trzymał się wskazówek, które podał mu wilkołak, i wkrótce uchwycił pozostałości zapachu Blaise'a. Czując ogromną ulgę zalewającą jego ciało, przyspieszył i zatrzymał się gwałtownie, by wskoczyć do gigantycznej dziury w podłodze łazienki, gdy już do niej dotarł. Słyszał przed sobą głosy, kiedy wylądował, i szybko pobiegł przez labirynt, by dostać się do wielkiego pomieszczenia.
Nawet nie zaszczycił spojrzeniem zaskoczonej dziewczyny ani ogromnego kociołka; podbiegł prosto do Blaise'a i chwycił go w ramiona.
- Jesteś cały! – krzyknął radośnie, wtulając nos w gardło towarzysza i głęboko wdychając powietrze. Niebo, pomyślał.
Blaise roześmiał się, gdy wampir pokrywał pocałunkami całą jego szyję i twarz.
- Wystarczy, wystarczy! – zawołał w końcu, napierając na wampira.
- Muszę cię trzymać w ramionach! – sprzeciwił się Killian, przyciągając Blaise'a bliżej.
Blaise przewrócił oczami, uśmiechając się jednak szeroko.
- W porządku, dobra!
Killian jeszcze raz pocałował policzek Blaise'a na dokładkę, a potem polizał jego szyję. Kontrolował się, ale desperacko pragnął zatopić zęby w szyi chłopaka. Wiedział jednak, że Blaise nie lubił, gdy robił to bez pytania. A poza tym mieli publiczność.
Killian spojrzał ponad ramieniem Blaise'a na dziewczynę, ale to nie jej zapach przyciągnął jego uwagę. Myśląc, że prawdopodobnie się pomylił, Killian uniósł głowę znad ramienia Blaise'a i pociągnął nosem raz jeszcze.
- Ten zapach...
Killian wypuścił Blaise'a, a potem rozmyślił się i chwycił jego dłoń. Podszedł do kociołka, wciągając głęboko powietrze.
- Harry... i... Draco? – wymamrotał. Zajrzał do kociołka. Jego oczom ukazało się tylko znajome ciało Dracona, zwinięte w wodzie w pozycji embrionalnej.
Zmrużył oczy i ponownie wciągnął powietrze. Obrócił się, zdezorientowany, i spojrzał na Blaise'a. – Co to jest? – zapytał.
- To jest... eliksir – powiedział Blaise z wahaniem.
Hermiona ostrożnie wystąpiła naprzód.
- Mogę powiedzieć? – zapytała uprzejmie? Jeśli Killian wciąż był skołowany po bitwie, jej ingerencja mogłaby mu się nie spodobać.
Wampir spojrzał na nią, mrużąc oczy, ale skinął szybko głową.
- To był pomysł Harry'ego. Nie chciał, by profesor Snape atakował Dracona za każdym razem, gdy się spotkają, więc pomyślał, że być może mógłby dać Draconowi swoją krew, by mógł pachnieć tak jak on. Znaleźliśmy ten eliksir i... wygląda na to, że to działa. Czy on pachnie bardzo podobnie do Harry'ego? – zapytała z zaciekawieniem.
- Dla mojego nosa tak, ale towarzysz pachnie inaczej dla swojego wampira. Jeśli ten eliksir nie zadziała dostatecznie, Severus prawdopodobnie zabije Dracona – powiedział Killian, wpatrując się w nią. – Nigdy nie powinnaś pozwolić, by to się stało.
Hermiona otworzyła szerzej oczy.
- On... wciąż ma jeszcze dwa dni do spędzenia w kociołku... Może... pachnieć od tego lepiej.
- Powinnaś mieć nadzieję, że tak będzie. Nie potrafię jednak zrozumieć, dlaczego Harry tak usilnie chce skrzywdzić i zdradzić Severusa – wymamrotał ponuro Killian. Spojrzał na Blaise'a. – Lepiej żebyś miał więcej rozsądku niż Harry.
Blaise nie powiedział ani słowa, a Hermiona wtrąciła się ponownie.
- Słuchaj, Harry nie widzi tego jako zdrady. On kocha profesora Snape'a, po prostu to wiem. Może tego nie przyznawać, ale widzę to; znam go od lat. Kocha też Dracona. A Harry zawsze ochrania osoby, które kocha. Taki już jest. Prędzej by się zabił, niż pozwolił, by komukolwiek, o kogo się troszczy, stała się krzywda. Draco i profesor Snape... znaczą dla niego więcej niż Ron czy ja. On po prostu chce, by dwie osoby, które kocha najbardziej, były ze sobą w dobrych stosunkach.
- Jak może kochać ich obu jednakowo? Musi któregoś faworyzować, a patrząc na to, ile zaryzykował dla tego chłopaka, jest bardziej niż oczywiste, kogo kocha bardziej.
- Harry nie jest taki! – stwierdziła Hermiona, denerwując się. – Po prostu nie jest! Nie masz pojęcia, przez co przeszedł. Ma wielkie serce i nie ma nic przeciwko dzieleniu się nim z każdym, kto chce choć kawałek! Żyje, ponieważ ma coś, czego Czarny Pan nigdy nie zrozumie: miłość. Harry kocha ich jednakowo i będzie za nich walczył do końca świata, jeśli to sprawi, że się dogadają.
- Ona ma rację – powiedział cicho Blaise, ściągając na siebie wzrok Killiana. – Rozmawiałem z Harrym, ponieważ mogłem powiedzieć, że kocha Snape'a, a nie chciałem, by skrzywdził Dracona. Ale gdy z nim rozmawiałem... wiedziałem, że kocha również jego. Nigdy nie uwierzyłbym, że to jest możliwe, ale to jest Harry cholerny Potter, a u niego wszystko jest możliwe. On kocha ich obu, jednakowo. Będzie wobec nich sprawiedliwy. Zrobi wszystko, co będzie mógł, by obaj byli szczęśliwi.
Killian słyszał prawdę w słowach Blaise'a, więc skinął głową z rezygnacją.
- No dobrze.
- Czy bitwa się skończyła? – zapytała cicho Hermiona.
Killian skinął głową.
- Voldemort został zniszczony, wszyscy to poczuliśmy.
- Czy... czy Harry i Snape i... i Ron mają się dobrze? – spytała.
- Widziałem Severusa... nie wyglądał najlepiej, ale nie wiem, co było nie tak. Mój ojciec się nim zajął. Nie widziałem Harry'ego, ale Ron przyszedł zobaczyć Remusa, gdy przyniosłem go do Wielkiej Sali, więc ma się dobrze.
Hermiona skinęła głową, przygryzając wargę i patrząc na kociołek.
- Zabieram Blaise'a ze sobą. Czy Draco może zostać sam? Zabrałbym również ciebie – zaoferował Killian.
Choć Hermiona rozpaczliwie pragnęła wrócić na górę i pomóc przy rannych... i zobaczyć, jak wielu jej przyjaciół czuje się dobrze, pokręciła głową. Chroń go dla mnie, powiedział Harry. Harry jej zaufał, a Hermiona nie mogłaby go zawieść.
- Nie, zostanę tutaj z nim... dopóki Harry po niego nie przyjdzie.
Killian skinął głową.
- Powiem pani dyrektor, że jesteś bezpieczna, i gdy tylko zobaczę Harry'ego, jemu również to przekażę.
- Dziękuję – powiedziała Hermiona. – I tobie też... byłoby strasznie czekać tu w samotności – dodała, patrząc na Blaise'a.
Chłopak skinął głową.
- Nie ma za co.
~~~~~~
- Mamy to potwierdzone – powiedziała ze znużeniem McGonagall kilka godzin później. Ona, Ceilidh, Killian, Blaise, Tonks, Moody i cała rodzina Weasleyów z wyjątkiem Charliego znajdowali się w zaciemnionej klasie, w której spał Severus.
McGonagall usiadła ciężko na krześle. Była wyczerpana, ale nie było czasu na sen.
- Każde ciało na zewnątrz zostało sprawdzone i nazwane. Harry'ego Pottera nigdzie nie znaleziono.
Szloch przerwał ciszę, gdy Molly zaczęła płakać. Ginny i Ron płakali cicho. Ron odezwał się.
- Ale może nie być martwy, prawda? Tylko... zaginiony?
- Być może...
- Nie – przerwał Ceilidh. – Gdyby tylko zaginął, Severus nie byłby w takim stanie. Mógłby wyczuć Harry'ego.
McGonagall skinęła głowa, pokonana.
- Ciało Czarnego Pana też zaginęło... Mogło stać się tak, że... eksplozja... zabiła ich obu.
- A teraz Severus również umrze? – zapytała Tonks.
- Tak – odparł Ceilidh. – To po prostu... niemożliwe, by tak młody wampir jak on przeżył śmierć swojego towarzysza.
- Musimy zadecydować, co zrobić – powiedziała cicho McGonagall. – Trzeba to oczywiście ogłosić.
Killian, który do tej pory milczał, spojrzał na wszystkie smutne twarze dookoła, a potem na Blaise'a.
- Być może Draco mógłby być jakimś ratunkiem dla Severusa? – zapytał ostrożnie.
Oczy Blaise'a otworzyły się szerzej, a Ron wciągnął gwałtownie powietrze. Blaise przygryzł wargę i spojrzał na Rona.
- Wiesz więcej o tym eliksirze niż ja.
- Co z Draconem? Jaki eliksir? – zapytała natychmiast McGonagall. A skoro już o nim pomyślała: nigdzie nie było go widać.
Ron odezwał się ostrożnie.
- Harry... chciał, żeby Snape i Draco tolerowali się wzajemnie, więc przeprowadził z Hermioną poszukiwania. Nie wiedziałem o tym do czasu, gdy mieli już plany dotyczące eliksiru, ale... to coś, czego czystokrwiste rodziny używały, by adoptować dzieci, a nie chciały, by ludzie o tym wiedzieli. Zamieniał krew dziecka w ich krew.
- Na niebiosa... i Draco się na to zgodził? – McGonagall wciągnęła gwałtownie powietrze.
Ron skinął głową.
- On... Tak... Zgodził się.
- Wiedziałeś o tym? – zapytał Ceilidh Killiana groźnym głosem.
- Dowiedziałem się zaledwie kilka godzin temu. Blaise pilnował Dracona z Hermioną – odparł Killian.
- Zadziałało? – zapytał sceptycznie Moody.
- Nie będzie możliwości, by powiedzieć to na pewno, dopóki nie przyprowadzimy Dracona do Severusa – powiedział Ceilidh. – Nigdy wcześniej o tym nie słyszałem.
- Po tym, jak wydam oświadczenie, będziemy mieć czas, by to wypróbować – powiedziała McGonagall. – Powinniśmy zabrać ze sobą Poppy, by obejrzała Dracona i upewniła się, że Severus nie skrzywdzi chłopaka.
- Draco nie może być wyjęty z eliksiru jeszcze przez dwa dni – zaprotestował cicho Ron.
- Dwa dni? – zamyśliła się McGonagall. – Bardzo dobrze... my... zaplanujemy pogrzeb Harry'ego w ciągu trzech dni.
- Ale... nie ma ciała! – sprzeciwił się Ron. Otarł łzy z oczu. – N-nie możemy go pochować!
- Wiem... ale możemy uczcić jego pamięć. Niczego nie pragnę bardziej, niż tego, by to wszystko się skończyło, ale jest wiele do zrobienia. Mamy na zewnątrz rannych i martwych uczniów, rodziców i śmierciożerców. Czarodziejski świat musi wiedzieć, że Harry Potter ocalił nas wszystkich... z największym poświęceniem ze swojej strony.
- Radzie ledwie udało się utrzymać Ministerstwo. Ludzie będą się domagać nowego Ministra – dodał Kingsley.
- Trzeba tez przeprowadzić procesy śmierciożerców – wtrąciła Tonks.
McGonagall skinęła głową.
- Zajmiemy się tym, gdy poradzimy sobie z własnymi sprawami. Nie możemy w tej chwili stawić czoła społeczeństwu, a gdy tylko wszystko wyjdzie na jaw, niewątpliwie będziemy tu mieć hordy ludzi domagających się pytań i wywiadów.
- Chcę zobaczyć Hermionę – powiedział nagle Ron. – Była w Komnacie od zeszłej nocy. Nie sądzę, by cokolwiek jadła.
- Możesz tam zejść, jeśli chcesz. Poproś skrzaty domowe, by przygotowały coś do jedzenia dla was obojga. Rozumiem, że Draco nie może być stamtąd zabrany?
- Nie... nie wiemy, czy jest to bezpieczne – powiedział Ron.
McGonagall skinęła ponownie głową.
- Dobrze.
~~~~~~
McGonagall ze znużeniem stanęła na podium na przedzie Wielkiej Sali. W pomieszczeniu panował bałagan, z łóżkami porozstawianymi wszędzie, gdzie Poppy zdecydowała się je transmutować, i ze wszystkimi, którzy nie byli ranni, ale pomagali tym, którzy byli. Za nią, po prawej stronie, trzech Aurorów pilnowało drzwi do pokoju, gdzie byli trzymani wszyscy śmierciożercy, żywi i martwi.
Wszyscy skupili swą uwagę na niej i czekali cierpliwie, aż przemówi. Patrząc na nich i widząc, jak wielu stracili – czterdziestu trzech, co wraz z kilkoma zaginionymi ciałami, włączając w to ciało Harry'ego, dawało nawet pięćdziesięciu – była bardzo zasmucona. Musiała odchrząknąć kilkukrotnie, by zdusić swe emocje.
- Czarny Pan nie żyje – zaczęła. – Został zabity podczas Ostatniej Bitwy przez Harry'ego Pottera – kontynuowała. Wszyscy, którzy mogli, zaczęli klaskać, a uśmiechy – szczere, choć zmęczone – zdobiły wszystkie twarze. – Mamy za sobą wygraną wojnę, ale też wielkie straty. Przyjaciele, rodziny, sprzymierzeńcy... jest wielu zmarłych i wielu rannych. Wszyscy dzielnie walczyli i nigdy nie byłam tak dumna, jak stojąc tutaj i zwracając się do tak wspaniałej i odważnej grupy ludzi. Choć Czarny Pan nie żyje, zostawił nam jeszcze jedną walkę do stoczenia. Nasze Ministerstwo jest w rozsypce, a po tym, jak wysłałam wiadomość o tym, że Czarny Pan nie żyje, zamek zostanie otoczony przez dziennikarzy i ludzi, którzy będą szukać dowodów na jego śmierć. Musimy pokazać, że jesteśmy zjednoczeni, i stać dumnie. Jeśli będziemy słabi i pokażemy po sobie smutek, mogą go pomylić z brakiem nadziei, a na to nie możemy pozwolić, bo inaczej nikt nie uwierzy w to, że będziemy w stanie współdziałać i przywrócić czarodziejskiemu światu jego chwałę. Jeszcze dziś spotkam się z Radą – oświadczyła McGonagall, na co rozległy się szepty. Nikt nie widział Rady od lat. – Gdy się z nimi zobaczę, niewątpliwie zadeklarują nowego Ministra, a my musimy pokazać nasze poparcie, niezależnie od tego, kogo zaproponują.
Wiele osób pokiwało głowami, zgadzając się z tym. Wszyscy dostrzegli mądrość w słowach McGonagall. Ministerstwo naprawdę było w rozsypce i potrzeba było więcej niż tylko nowego Ministra, by na nowo wszystko ogarnąć. Wszyscy będą musieli współpracować oraz okazać wsparcie i nadzieję.
- I w końcu... jest jeszcze jedno obwieszczenie... Harry Potter poświęcił wiele, by uratować nas wszystkich. Być może zastanawiacie się, gdzie jest w tej chwili, a ja ze smutkiem muszę powiedzieć, że nie wiem. Mamy... mamy niezaprzeczalny dowód na to, że nie żyje – oznajmiła McGonagall, a jej głos zadrżał tylko nieznacznie.
Rozległo się wiele gwałtownych wdechów i szlochów. Uczniowie, którzy go znali, płakali, a rodzice, którzy tak wiele o nim słyszeli, byli smutni. McGonagall nie mogła pozwolić sobie na łzy.
- Choć nie wiemy, gdzie jest jego ciało, za trzy dni wyprawimy pogrzeb. Będzie miał swój własny grób na terenie szkoły, gdzie uważam, że najbardziej chciałby być pochowany. Uhonorujemy również wszystkich pozostałych, których życia zostały odebrane w tej i innych bitwach tej wojny. A teraz... skrzaty przyniosą jedzenie dla was wszystkich, a kilku Aurorów przetransportuje tych, którzy wymagają poważniejszej opieki medycznej, do Św. Mungo. Pani Pomfrey, oczywiście, będzie tu dla wszystkich, którzy będą jej potrzebować, tak jak reszta naszej kadry. Dziękuję wam wszystkim za waszą pomoc i odwagę – zakończyła McGonagall, schodząc z podwyższenia. Rozległy się brawa, choć słabe. Wszyscy byli zbyt wyczerpani i smutni, by naprawdę świętować.
Jak obiecano, domowe skrzaty przygotowały ucztę i biegały z zadaniami od Poppy, gdy tylko potrzebowała więcej zapasów ze skrzydła szpitalnego. Dopóki sprawdzano zniszczenia spowodowane ogniem, reszta zamku była niedostępna dla nikogo poza skrzatami. Nawet McGonagall nie próbowała dostać się do swego gabinetu, jako że znajdował się on w jednej z wież.
Po tym, jak wysłała wiadomość do Rady, spotkała się z nimi prywatnie, by zrelacjonować to, co się stało. Po dobrych dwóch godzinach dyskusji poprosili o to, by zostawiła ich samych, by mogli postanowić, kto powinien zostać nowym Ministrem. Gdy ujawnili jej swą decyzję, uśmiechnęła się nieznacznie i skinęła głową, a oni przenieśli się do Ministerstwa, by uporządkować pewne sprawy.
Wczesnym popołudniem przybyli reporterzy, jak obiecano, przeprowadzając wywiady i robiąc zdjęcia oraz szukając jak największej sensacji z Ostatniej Bitwy. McGonagall wygłosiła kolejne przemówienie, a gdy ogłosiła śmierć Harry'ego, po raz pierwszy wśród reporterów zapadła cisza. Uśmiechnęła się wtedy słabo. Choć raz media nie chciały się wtrącać w życie Harry'ego. Byli pełni szacunku. Szkoda, że nie było go tam, by mógł to docenić.
Gdy w końcu mogła od nich uciec, była bardziej niż wyczerpana. Upewniła się, że wszyscy poradzą sobie bez niej, a potem pojawiła się u wampirów i Severusa. Gdy zapewniono ją, że wszystko będzie dobrze, znalazła jakąś klasę na pierwszym piętrze i transmutowała dla siebie łóżko. Potem zasnęła.
~~~~~~
Czarownice i czarodzieje z całego świata przybywali do Hogwartu w ciągu następnych dwóch dni. Obozowali na zewnątrz, na zakrwawionym i spalonym polu bitwy. Sowy dostarczały listy, prezenty i całą masę innych rzeczy. Rada postanowiła, że nowym Ministrem zostanie nie kto inny jak Nimfadora Tonks, która – mimo wielu dziwactw – w rzeczywistości bardzo dobrze radziła sobie z polityką i była bardzo radosna, a tego właśnie potrzebował teraz czarodziejski świat.
McGonagall i wszyscy, którzy o tym wiedzieli, trzymali Dracona i Severusa w ukryciu. Drugiego dnia wzięli swoje miotły i zlecieli do Komnaty Tajemnic, gdzie Hermiona i Ron czuwali przez ostatnie dwa dni.
- Jest gotowy? – zapytała McGonagall, lądując z gracją.
Hermiona, która czytała na jednym z krzeseł, które zostały tam dla nich zniesione, skinęła głową, wstając.
- Tak sądzę. Ron. – Hermiona odwróciła się, by zobaczyć, że Ron zasnął na drugim krześle. Przewróciła oczami i trzepnęła go w tył głowy.
- Au! – stęknął nieprzytomnie Ron. zamrugał kilka razy i spojrzał na Hermionę zaspanym wzrokiem. – Za co to było?
Hermiona ponownie przewróciła oczami.
- Za spanie podczas warty. Obudź się, wszyscy tu są.
- Po co? – zapytał Ron, ale wtedy jego oczy rozszerzyły się gwałtownie. – Och! – krzyknął i natychmiast usiadł, spoglądając na wszystkich z zakłopotaniem. – Yyy... przepraszam.
- Wszystko w porządku, panie Weasley. Wszyscy jesteśmy zmęczeni – powiedziała McGonagall, uśmiechając się. – A teraz, panno Granger, czy jest coś, w czym możemy pomóc?
- Um... – Hermiona zawahała się. – Cóż... Nie chciałabym być niegrzeczna, ale... wolałabym zrobić to sama, jeśli nie macie nic przeciwko.
McGonagall w ogóle nie wyglądała na zaskoczoną.
- Oczywiście, proszę bardzo.
Hermiona skinęła głową, uśmiechając się nerwowo.
- Cóż, tak naprawdę chodzi tylko o zdjęcie z niego zaklęcia zastoju i wyjęcie go stamtąd. Ale nie mogę użyć magii, by go wyciągnąć... Myślę, że najlepiej będzie, jeśli w ciągu pierwszych kilku godzin będziemy używać w stosunku do niego tak mało magii, jak to jest możliwe. Przynieśliście ubrania i ręcznik?
Poppy wystąpiła naprzód i podała jej ciuchy i ręcznik.
- Chciałabym rzucić kilka zaklęć, tylko po to, by sprawdzić jego zdrowie – powiedziała stanowczo.
Hermiona zawahała się, a potem pokręciła głową.
- Nie, przykro mi, ale nie wiem, czy magia go nie skrzywdzi. To naprawdę nowe terytorium. Nie mamy z czym tego porównać.
Poppy skrzywiła się.
- Kilka prostych zaklęć nie powinno go skrzywdzić, panno Granger.
Hermiona przygryzła wargę, więc McGonagall wkroczyła do akcji.
- Tylko przez kilka godzin, Poppy. Później możesz go skontrolować. Lepiej dmuchać na zimne.
Poppy nie wyglądała na zadowoloną, ale nie kłóciła się dłużej. Hermiona podała ubrania Ronowi i chwyciła ręcznik. Podeszła do kociołka i – upewniwszy się, że ręcznik zakrywał oba jej przedramiona – zanurzyła ręce i delikatnie chwyciła Dracona pod pachami. Podniosła go do siadu; połowa jego ciała znajdowała się ponad wodą.
- Ron, pomożesz mi?
Ron odłożył ubrania na krzesło i pomógł Hermionie całkowicie wyciągnąć Dracona z kociołka. Położyli go na kamiennej podłodze, a Hermiona oparła jego głowę na swoich kolanach, podczas gdy Ron owinął go ręcznikiem w talii, by przykryć jego nagość. Dziewczyna wyciągnęła z kieszeni różdżkę i wymamrotała przeciwzaklęcie. Nie było natychmiastowej reakcji i po chwili poczuła czystą panikę.
- Draco? – zawołała cicho i pytająco. Chłopak jęknął cicho. – Draco, obudź się. Otwórz oczy, Draco – nakazała mu.
Powieki Dracona zatrzepotały, a on zmagał się z tym, by je otworzyć. Czuł się tak ospały, jakby całe jego ciało było z ołowiu. Jakby mógł po prostu wtopić się w podłogę. Zimną, twardą podłogę. Jego wargi drgnęły w grymasie i tym razem poważnie usiłował otworzyć oczy, i udało mu się rozewrzeć je nieznacznie. Wszystko było niewyraźne, więc zamrugał kilkukrotnie. Rozmyta twarz, która się nad nim pochylała, była znajoma.
- ...na? – wychrypiał, po czym oblizał wargi i spróbował ponownie. – Miona? – Za drugim razem mu się udało.
Na twarzy Hermiony pojawił się wielki uśmiech i dziewczyna musiała zwalczyć łzy ulgi.
- Witaj z powrotem, Draco.
CZYTASZ
A Destined Year
FanfictionOpowiadanie nie należy do mnie, tylko je udostępniam. Atenszyn, atenszyn, fanfik posiada kontynuacje - A Fated Summer, która niestary nie została ukończona przez autorkę __________________________ Autor: Autumns_Slumber Adres oryginału: http://arch...
