XXXI.

4.6K 274 49
                                        


 Próbując się uspokoić, wtapiałam wzrok w znajomy wyciąg laboratoryjny, kolby, zlewki, probówki, burety, pipety i cały inny, odnowiony na mój poczet arsenał. Podniosłam się z miejsca i nerwowo chodziłam po pomieszczeniu próbując znaleźć w odmętach umysłu cokolwiek, co byłoby przydatne. Wcisnęłam się w świeżuteńki, śnieżnobiały fartuch, natomiast na nos założyłam ochronną maskę z filtrem.

 15 minut. Finnian mówił o piętnastu minutach. Szkoda, że zostałam pozbawiona telefonu, a niestety w przeszłości nie pomyślałam o umiejscowieniu w pracowni klasycznego, ściennego zegara. Zostało mi poleganie na własnym poczuciu czasu, które niestety nie zapowiadało się na szczególnie wybitne. Samo siedzenie na ziemi i lamentowanie nad własnym losem trwało dla mnie, jak wieczność.

Aria, basta. Zacznij działać, ponieważ dostałaś szansę. Jedną na milion.

Wybuchowa chemiczka.

  Nic trudnego. Podeszłam do jednej z szafek i hucznie ją otworzyłam. Parsknęłam krótkim, szyderczym śmiechem na widok istnego, chemicznego nieba. Marco zadbał o skompletowanie pracowni, bym chętniej chciała w niej przebywać. Dzięki jego ewidentnej niewiedzy, półki zdobiły substancje, roztwory i przyrządy, dzięki którym byłam w stanie stworzyć, co tylko chciałam. Niestety byłam bardziej, niż pewna, iż nie posiadałam wystarczającego czasu, by na dobre oddać się skomplikowanym procesom chemicznym. Musiałam się pospieszyć.

Bez wątpienia zasnę.

  Nie mam pojęcia, jak ta cwana kreatura Finnian wymyśliła coś takiego w tak krótkim czasie, ale z wszystkich możliwych planów, ten wydawał się najrozsądniejszy. Właściwie, mnie nie udało się wpaść na nic innego poza ryczeniem i pogodzeniem się z marnym losem. Nie doceniłam jego chytrych możliwości.

Na dłonie nałożyłam nitrylowe rękawiczki.

Plan księcia czystości zawierał wybuch i uśpienie wrogów, toteż zmuszona zostałam do przygotowania dwóch odrębnych mieszanek. Stres z każdą sekundą coraz bardziej utrudniał mi racjonalne myślenie, jednak wiedziałam, że nie mogę zwariować. Nie wtedy. Nie, kiedy chłopiec, który chwilę wcześniej po raz pierwszy wyznał mi miłość mógł stracić życie i to z mojej winy.

–Ogarnij się – syknęłam sama do siebie i rozciągnęłam plecy. – Kretynko. Ty głupia kretynko – kontynuowałam autodiss jednocześnie zabierając się do pracy.

Tlenek węgla przy odpowiednio wysokim stężeniu może powodować utratę przytomności. Jest bezbarwny, bezwonny i bezzapachowy. Szczęśliwcy potraktowane nim dowiedzą się o tym dopiero, gdy odczują pierwsze objawy. Gaz doskonały, ale niestety zawsze istniało jakieś "ale".

W odpowiednim stężeniu tlenek węgla, owszem, jest skuteczny przy utracie przytomności, jednak wcale nie tak trudno o przesadzenie. Przy większych ilościach może powodować uszkodzenie mózgu i innych organów, a także śmierć w wyniku zatrzymania oddechu lub zatrzymania krążenia. Właściwie uśmiercenie Marco i jego knypków nie byłoby dla mnie aż tak tragiczną opcją, jednak wraz z nimi na górze siedział Finnian.

15 minut.

Skoro wymyślił uśpienie wrogów, przewidział też możliwość, że sam może oberwać rykoszetem. Stąd ten kwadrans. Litościwie błagałam go w myślach, by o tym nie zapomniał. By po upływie zaplanowanych minut, zgłosił pilną potrzebę wyjścia na papierosa.

Z frustracją odliczałam sekundy. Spędziłam ich dokładnie 98 przy procesie półspalania węgla. Metalowy stół na kółkach umiejscowiłam zaraz pod kratą wentylacyjną, a następnie stanęłam na krześle i po krótkim momencie zawahania, odkręciłam śruby i uwolniłam gaz ku górze. Wgapiałam się w kolbę okrągłodenną błagając w myślach wszechświat, by reakcja zadziałała, a tlenek węgla rzeczywiście ulatniał się z jej wnętrza.

Senza Fine IIOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz