XXXII.

6.6K 346 49
                                        


 Widziałam tak wiele kolorowych obrazów. Tak wiele piękna zamkniętego w znajomych twarzach cyklicznie pojawiających się na tle spokojnego morza. Zatapiałam palce w gorącym piachu i chłonęłam ciepło każdym skrawkiem ciała. Później sceneria się zmieniała, a zamiast nadmorskich widoków, znajdowałam się w Nicei. Chodziłam wąskimi uliczkami podziwiając neoklasyczną architekturę i wciskałam do ust tonę tych obrzydliwie smacznych makaroników. Stęsknione bliźniaczki uśmiechały się szeroko, cały czas oferując mi coraz to więcej łakoci. Potem wszystko się zmieniło. Radosna sceneria została pokryta węglistą mgłą, a zza niej wyskoczył nie kto inny, jak Valerio Pastorini. Z szyderczym uśmiechem i potężnym cygaro w prawej dłoni. Zaraz obok niego stał Marco, Ernest oraz Lawrence. Wyśmiewali mnie. Kąsali, niczym najbardziej jadowite węże pustynne. Stosowali kary, których brutalności powstydziłby się nawet ojciec. Później znowu piasek. Słona woda spływająca ze skroni i dźwięk fal uderzających o pomost. Uśmiechnięta buzia Finniana i przymrużone, zielone oczy patrzące, jak brodzę w wodzie.

  Nagle błysk. Bolesne piszczenie w uszach i zatrważający ból głowy. Delikatnie otworzyłam oczy, by po chwili znów je zamknąć. Nie mogłam znieść światła. Spróbowałam znowu. Rozchyliłam ciężkie powieki i po kilkukrotnym pomruganiu obraz zaczął stawać się wyraźniejszy. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że znalazłam się w jakiejś dziwnej, szklanej tubie ubrana w białą, bawełnianą tunikę.

Byłam pewna, że to kolejny sen. Może jeden z tych bardziej realistycznych, bądź wreszcie udało mi się śnić świadomie, a jakieś odległe marzenie z dzieciństwa poskutkowało znalezieniem się na statku kosmicznym. Chociaż, skoro to sen, czy powinnam była odczuwać ból fizyczny?

Odwróciłam głowę dostrzegając za szybą męską sylwetkę w śnieżnobiałym, lekarskim kitlu. Mężczyzna uśmiechnął się przyjaźnie na mój widok i prędko znalazł się przy komorze w kształcie cylindra i sięgnął po niewielki, smukły mikrofon. Zorientowałam się, że nade mną umiejscowiony był panel sterowania, a przy nim para głośników. Mówił coś do mnie przy użyciu interkomu, jednak poza piskiem, nie słyszałam kompletnie nic.

Czyli to jednak nie statek kosmiczny, a szpital. Nie uroczy sen, a rzeczywistość. Paskudna rzeczywistość.

–Ja nie słyszę. Nic nie słyszę – wydusiłam z siebie mając nadzieję, że mówię wyraźnie.

Jak się domyślałam, lekarz pokiwał głową i odszedł kawałek dalej w kierunku biurka, by zaraz po tym wrócić z notesem i markerem w dłoni. Zapisał coś na kartce, po czym przyłożył ją do szyby, prosto przed moją twarz.

"Jesteś w komorze hiperbarycznej"

Odczytałam, niestety nadal nie rozumiejąc absolutnie nic. Na mojej twarzy pojawił się grymas spowodowany nasilającym się bólem głowy. Posłałam mu błagalne spojrzenie nie wiedząc nawet, o co proszę. On znowu zaczął coś pisać. Trwało to dłużej, niż poprzednim razem, jednak wreszcie wystawił w moją stronę otwarty notes z zapiskami.

"Nazywam się Paolo Russo, jestem toksykologiem. Zatrułaś się tlenkiem węgla. Sprawdziłem maskę, którą na sobie miałaś. Była nieszczelna. Teraz znajdujesz się w prywatnej klinice, w komorze o zwiększonym ciśnieniu i pod inhalacją czystym tlenem. W ten sposób leczy się takie schorzenia."

Przytaknęłam z wdzięcznością na lekkie rozjaśnienie sytuacji.

–A Finnian? Gdzie jest Finnian? – Podniosłam głos kręcąc się nerwowo na niewygodnym materacu, co było wyjątkowo problematyczne z uwagi na niewielką przestrzeń, w której zostałam zamknięta. Lekarz zmarszczył brwi, więc zadałam kolejne pytanie. – Kto mnie tutaj przywiózł?

Senza Fine IIOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz