XXII. "Iskierki w oczach"

5.2K 199 177
                                        

Od teraz wkraczamy na głębokie wody, więc jeśli zauważycie błąd w rzymskiej numeracji rozdziałów, piszcie.

***

— Nie? — powtórzył po niej, mając ogromną ochotę się zaśmiać. Jej słowo, krótkie, pojedyncze słowo do niego nie docierało.

— Nie — oznajmiła stanowczo, krzyżując ręce — Tak bardzo cię to dziwi?

— Przed chwilą się ze mną całowałaś, skarbie, więc tak - dziwi mnie to — przyznał ironicznie.

— To, że się całowaliśmy nie oznacza, że nagle mam zostać twoją dziewczyną! Równie dobrze mogłabym pocałować Jeremy'iego Gilberta. Nie jestem na tyle łatwa, żeby być twoją "dziewczyną" po jednym dniu "bliższej" znajomości — zaśmiała się siarczyście — Poza tym - błagam, wyobrażasz sobie nas jako parę? Albo ja bym cię sterroryzowała i uczyniła pantoflem, albo jakimś cudem ty mnie i zamknąłbyś mnie w wieży na krańcu świata.

— Genevieve, naprawdę cenię sobie twoje poczucie humoru, ale może przejdziesz nareszcie do sedna? — poganiał ją, coraz bardziej się frustrując.

— Sedno sprawy jest takie, że ani ja, ani ty nie nadajemy się na dziewczynę czy chłopaka. Sądzisz, że pasowalibyśmy do tego cukierkowego świata nudnych par?

Usiadła na ławce, a w ślad za nią i on. Patrzyli prosto przed siebie w martwy punkt.

— Czyli idziemy do domów i zapominamy o tym co się wydarzyło? Nie myśl, że tak łatwo się... — chciał ją ostrzec, lecz ta przycisnęła mu rękę do ust.

— No, ale po co od razu tak o wszystkim zapominać... Tak szczerze to... Tylko błagam, nie wypominaj mi tego do końca życia - skłamałam w szpitalu — przyznała się.

— Skłamałaś, tak? Na jaki temat? — zaciekawił się, zmieniając ton głosu.

— Ten pocałunek nie był znowu taki najgorszy... — mówiła, przeciągając głoski. Przyznawanie komuś racji nie należało do jej mocnych stron.

Blondyn uniósł brwi. Choć ta zawiła argumentacja i przywoływanie faktów z przeszłości należały do jej uroku, tak teraz denerwowało go to do szpiku kości.

— Nie był, tak? — przyciskał ją.

— Powiedziałabym nawet, że był całkiem... dobry — odparła po krótkiej chwili.

Nie ma co się dziwić, że jej zaloty są co najmniej dziwne. Ostatni raz chłopaka miała osiemdziesiąt lat temu, a tamten związek nie skończył się dobrze (ekhem... Lucien... ekhem).

— Dobry, powiadasz... A jak dobry? — dopytywał, coraz bardziej zbliżając się do jej twarzy.

— Naprawdę dobry.

Delikatnie musnęła wargami jego usta, powoli go całując. Nie był to namiętny, pełen pasji pocałunek, a jeden z tych delikatniejszych, bardziej... czułych. Nie napierali na siebie, chcąc więcej i więcej, a doceniali to co mają. A mieli siebie.

Odsunęli się od siebie powoli, z trudem się rozstając. Trudno było stwierdzić jakim uczuciem się darzyli, a tym bardziej kim dla siebie byli. Patrzyli sobie w oczy, doszukując się odpowiedzi na nurtujące ich pytania, lecz oprócz jasnych, radosnych iskierek nie zobaczyli tam nic.

— Nie wiem czy ma to dla ciebie jakieś znaczenie, ale ty też całujesz nieźle — oznajmił, prostując się na ławce.

— Przymknij się — parsknęła śmiechem, odsuwając go od siebie dłonią. Uśmiechała się przy tym jak głupia, a i Klaus nie był lepszy.

Sweet and Dangerous || The Vampire DiariesOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz