Tracąc stary porządek

53 6 38
                                        

* Fragment piosenki “Smile” Jimmy’ego Durante.

Anastasia włożyła ostatnią brudną szklankę do zlewu, w którym stał już tuzin podobnych i siedem białych miseczek. Podwinęła rękawy swojej za dużej bluzy i odkręciła gorącą wodę. Westchnęła głęboko i włożyła ręce pod strumień cieczy, która okazała się wbrew jej oczekiwaniom lodowata. W tle grało tylko radio, które emitowało spokojną melodię i ponury głos wokalisty. W całym domu panowała już ciemność. Lekko czerwonawe światło księżyca wpadało przez odsłonięte okno kuchenne, służąc jej za oświetlenie. Penny już od godziny spała, a Will krzątał się po cichu w swojej sypialni, nie zapalając nawet nocnej lampki. Wszystko ucichło i odpłynęło w głęboki sen. Wszystko ustało. Wszystko gdzieś zniknęło. Oprócz cicho grającego radioodbiornika, szumu wody i prawie niesłyszalnego brzdęku mytych naczyń.
- You'll find that life is still worthwhile… If you just smile* - zanuciła ledwie słyszalnie wraz z niskim głosem wykonawcy.
Czekał ją jutro kolejny dzień w miejscowym liceum, kilka zaliczeń i zmierzenie się z nową sytuacją, którą wywołała dwójka nowych demonów w mieście, a ona nie mogła spać. Wyczekiwała na kogoś. Było już późno, a on nadal nie wracał, co mogło wskazywać tylko na jego obecność w barze w centrum miasteczka. Nie dziwiło jej to, nawet nie zwracała już uwagi na zegarek, który tykał niespokojnie w korytarzu. Naszykowała już wszystko na jego powrót. Chciała już wsunąć się pod ciepłą kołdrę swojego łóżka, ale musiała czekać i wypatrywać na ulicy starego Mercedesa, który nareszcie rozświetlił strumieniami słabego światła ze swoich reflektorów ich podwórko przed domem.
Obserwowała uważnie niepewne ruchy pięćdziesięciolatka, który wyszedł z auta z kilkoma torbami i aktówką, i zaczął kierować się w stronę budynku. Samochód szybko odjechał z ogłuszającym piskiem opon, gdy odurzony alkoholem mężczyzna pokonywał ciężką drogę do drzwi wejściowych, szukając w kieszeni pogniecionej marynarki kluczy. An skrzywiła się, słysząc stukot za drewnianą płytą, a po chwili grzechot otwieranego zamka. Drzwi otworzyły się, a nastolatka zakręciła kurek z lodowatą wodą i zaczęła wycierać ręce w porwaną ściereczkę.
- Szlag! - warknął pięćdziesięciolatek, wchodząc do środka i najprawdopodobniej uderzając o szafkę na buty, którą sam ustawił w wąskim przejściu dobrych parę lat temu.
- Ciszej trochę, Ben - syknęła Anastasia w jego stronę, gdy ten pojawił się w otwartym wejściu do kuchni i salonu.
Bladozielone oczy szkliły się, jak po każdym jego nocnym wyjściu, szpetny zarost zasłaniał jego mlecznobiałą cerę. Usta, które były niegdyś różane, teraz zsiniały. Jedynie obcięte przez nią lekko siwe włosy odpowiadały jego eleganckiemu dotąd ubraniu, na który składał się ciemny garnitur i biała koszula, na której teraz widniały plamy potu po całym dniu ciężkiej pracy.
- Czemu nie śpisz, An? - zapytał drżącym głosem, choć doskonale wiedział, że ona będzie na niego czekać. Oczekiwała go codziennie, nieraz nawet zasypiając w fotelu, bo on przychodził dopiero o szóstej nad ranem.
- Idź się połóż. W lodówce masz śniadanie do pracy i butelkę zimnej wody - poinstruowała go siedemnastolatka, gdy on chwiejąc się, starał się dojść do pościelonej przez nią kanapy. Ona ruszyła za nim, by zdjąć z jego ramion brudną marynarkę.
- Jak Will się miewa? - spytał nieobecny, kładąc się na starej, puchowej poduszce. Starał się przykryć się kocem, ale było to dla niego zbyt trudne. Nastolatka zauważyła to i okryła go ciepłym materiałem. Jego oczy zamykały się mimowolnie.
- Całkiem dobrze. Ataki alergii ustały - odparła szeptem, przypominając sobie o dobrym stanie zdrowia swojego młodszego brata w ostatnich dniach.
- To dobrze - mruknął w odpowiedzi mężczyzna, przeciągając się leniwie. - W ogóle zapomniałabym… Zaległe życzenia urodzinowe… - wydukał sam do siebie, co ledwo usłyszała An.
Jej urodziny były dziesięć dni wcześniej. Świętowała je jak co roku z Will’em i Penny. Była to już tradycja. Jedli coś, co wspólnie wcześniej ugotowali i grali w gry planszowe, których stos schowany był pod łóżkiem piętnastolatka. O tej dacie zawsze zapominał mężczyzna, teraz leżący przed nią i wtulający twarz w poduszkę, niczym małe dziecko. Nigdy nie dostawała od niego prezentów w porównaniu do Will’a, bo o jego urodzinach pamiętał całe życie. Nie miała tego jednak za złe. Nie żyła w alternatywnej rzeczywistości. Znała priorytety.
- Dzięki - mruknęła, uśmiechając się pod nosem, czego nie mógł już dostrzec, głęboko oddychający mężczyzna.
Po chwili pochylania się nad nim, dotarło do niej ciche chrapanie. Wyprostowała się i ruszyła w stronę radia, które zdawało się teraz grać głośniej niż poprzednio, mącąc idealną ciszę. Zanim jednak wyłączyła urządzenie, oparła się o jasny blat i przetarła twarz rękoma. Przez długą chwilę ignorowała całe otoczenie, by po chwili wrócić do rzeczywistości.
Omiotła wzrokiem połączony z kuchnią salon, jeszcze na chwilę zatrzymując go na zmarnowanym od alkoholu i pracy pięćdziesięciolatku. Z transu wybudził ją dopiero jakiś szelest zza okna. Obróciła się zmęczona w tę stronę i zerknęła przez nie, ale po podwórku, ku jej uldze, nie kręciły się nawet dzikie zwierzęta. Te nieraz wchodziły nawet w głąb osiedla w poszukiwaniu jedzenia. Coś jednak przykuło w ostatniej sekundzie jej uwagę. Na krzywym parapecie leżała wydarta ze zwykłego zeszytu kartka. An skrzywiła się na jej widok, ale i tak ją chwyciła. Przeczytała po cichu napis:

VenandiOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz