3. Patrząc w niebo

9.3K 413 5
                                        

Odkąd skończyłem cztery lata, marzyłem o zostaniu zawodowym hokeistą. To marzenie nigdy mnie nie opuściło, nawet wtedy, gdy zaliczyliśmy pierwszy przegrany mecz, złamałem rękę, czy nabijałem sobie siniaki po każdym starciu. Hokej był dla mnie wszystkim. Nie miałem czasu na poważne związki, ale za to dziewczyny znajdowały czas dla mnie – nie te, które szukały miłości, ale te, które imponowali hokeiści i ich życie. W małym miasteczku, gdzie hokej jest sposobem na wydostanie się z zimnego krajobrazu, często marzyły o życiu w wielkim mieście, gdzie słońce grzeje tak mocno, że zapominasz o śniegu.

Ja? Kochałem góry i zimę. Mógłbym spędzić całe życie na zamarzniętym jeziorze za domem mojego przyjaciela. Wystarczyłyby mi tylko łyżwy.

Kiedyś jedna z dziewczyn powiedziała, że jestem jak "zły chłopiec" – niedostępny, zagadkowy, a przez to fascynujący. Była przekonana, że jeśli ktoś się do mnie zbliży, to prędzej czy później się sparzy.

Może miała rację. Nadawałem się tylko do sparzenia.

Zwłaszcza wtedy, kiedy w mojej rodzinie byliśmy tylko ja, ojciec i mój młodszy brat, Joe. Byliśmy biedni. Mój ojciec kupił mi pierwsze łyżwy i sprzęt do hokeja, zamiast naprawić samochód. Woził mnie na treningi, wspierał jak mógł, ale nie gonił za pieniędzmi, mimo że widziałem, jak czasem tego pragnął – dla mnie, dla Joe. Kiedy Joe zaczął grać w hokeja, wszystko stało się jeszcze trudniejsze, a wydatki na nasz sport rosły.

Mimo to, hokej był dla mnie jedynym światłem w długich, zimowych miesiącach.

Odkąd pamiętam grałem dla mamy. Mamy, której z nami nie było. Pamiętam ten dzień, gdy poznałem Doris, jakby to było wczoraj. Wygraliśmy kolejny mecz w szkolnej lidze hokeja. Zawsze gadałem do nieba, wierząc, że mnie słyszy. Zawsze byłem wdzięczny, a przynajmniej tak mi się wydawało.

Wracam wspomnieniami do tamtego dnia.

– Wygraliśmy, mamo – mówię cicho, czując zimny wiatr na twarzy. – Chciałbym dać ci coś więcej, coś, na co naprawdę zasługujesz, ale to wszystko, co mam. Każda wygrana jest dla ciebie...

Nagle ktoś na mnie wpada z impetem.

– Cholera, cholera, cholera! – dziewczyna prawie wpada na ziemię, ale łapię ją w ostatniej chwili.

Chwytam ją za ramiona, żeby pomóc jej stanąć stabilnie na nogach. Jest ubrana w barwy naszej drużyny, a na sobie ma strój cheerleaderki. Na dworze jest minus piętnaście, a ona ma całe nagie nogi. Nigdy nie rozumiałem idei cheerleaderek na lodzie, ale żyliśmy w małej miejscowości była to okazja do pokazania się i bycia kimś innym, lepszym.

Spogląda na mnie, a jej wzrok mówi wszystko – szybko rozpoznaje, kim jestem. Jej policzki są czerwone od zimna, włosy potargane, a oczy szeroko otwarte z przejęcia.

– Cholerka, nie zdążyłam! – mówi, pocierając ramiona, trzęsąc się z zimna. – Wygraliście? Moja koleżanka mnie zabije, mówiła, żebym...

Jej słowa urywają się, gdy widzi moje spojrzenie. Z jakiegoś powodu wyciągam rękę i dotykam jej policzka. Jest lodowaty.

– Będziesz chora, jeśli tu zostaniesz – mówię.

– Prawdopodobnie – uśmiecha się słabo. – Jesteś Beckett, prawda?

Nie odpowiadam, tylko sięgam po bluzę z torby i zakładam ją na nią. Nie protestuje. Wciąż trzęsie się z zimna. Mam też spodnie w torbie, ale nie wiem, czy będzie chciała.

– Masz coś jeszcze? – pyta, patrząc na mnie błagalnie.

Wyciągam spodnie dresowe, a ona szybko je zakłada. Jej dłonie są tak zimne, że biorę je w swoje, próbując je ogrzać. Z jakiegoś powodu nie chcę ich puścić. Zbliża się do mnie, a ja przyciągam ją mocniej, chcąc dać jej więcej ciepła. Opiera policzek na mojej piersi, a ja obejmuję ją mocniej, czując, jak jej ciało w końcu zaczyna się rozluźniać. W tym momencie zaczyna padać śnieg, co w Lillehammer nie jest niczym niezwykłym.

– Przepraszam, zazwyczaj nie rzucam się na nieznajomych – mówi, drżąc z zimna. – Ale jesteś taki ciepły, a mi jest tak zimno... – Jej głos jest pełen zmęczenia. – Możesz potraktować to jako gratulacje dla wygranego. Cholerka, zatrzymuję cię tutaj, a ty pewnie chcesz iść na imprezę.

Ściągam czapkę z głowy i zakładam ją na jej głowę. Najchętniej oddałbym jej wszystkie swoje rzeczy, żeby tylko zrobiło jej się cieplej.

– A może zamiast imprezy pójdziemy na gorącą czekoladę? – pytam, zerkając w jej brązowe oczy.

Unosi wzrok, a jej twarz rozjaśnia się w uśmiechu. Oblizuje wargi, jakby to była najlepsza propozycja, jaką kiedykolwiek usłyszała.

– A co z imprezą? – pyta z niedowierzaniem.

– Będzie ich jeszcze mnóstwo. – Uśmiecham się lekko, przyciągając ją mocniej do siebie.

Patrzy na mnie, zaskoczona moją pewnością.

– A co, jeśli już nie wygramy? – pyta.

Kiwam głową, przekonany. – Będziemy wygrywać.

Śmiejemy się razem, a ona wtula się mocniej w moje ramiona.

Nagle zdaję sobie sprawę, że nie zapytałem jej o imię.

– Jak masz na imię?

Uderza czołem w moją pierś, wydając z siebie jęk, jakby chciała uniknąć tego pytania.

– A już myślałam, że uda się pominąć ten fakt – mruczy w moją pierś. – Jestem Doris.

Próbuję ukryć uśmiech.

– Co? Doris? Jak ta rybka z „Gdzie jest Nemo?" – drażnię się z nią.

– Tak, właśnie. Dalej oferujesz mi gorącą czekoladę? – pyta z zawadiackim uśmiechem.

– Jeszcze jak. Sprawimy, że polubisz swoje imię, Doris – odpowiadam z przekonaniem.

Jej uśmiech staje się szerszy, pełen ciepła i radości.

– Pięć minut znajomości, a ty już składasz obietnice? – śmieje się.

– Emocje po wygranym meczu – tłumaczę.

– W takim razie chętnie wypiję z tobą czekoladę.

Patrzę w górę, na śnieżne niebo, uśmiechając się do wspomnień.

Czy to twoja sprawka, mamo?

Nie byłem pewny czy miejsce, w którym byłem dzisiaj było wynikiem mojego zwątpienia, czy mojej wewnętrznej siły. Gdzie bym był gdybym wtedy nie poznał Doris? Czy byłbym zawodowym hokeistą z dzieckiem? Najmłodszym ojcem w drużynie? Prawdopodobnie nie. 

ON THIN ICEOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz