Minął tydzień od niefortunnego tańca Jakuba z Eosforosem. Nic nadzwyczajnego nie wydarzyło się od tego czasu, chociaż było naprawdę miło. Bardzo dobrze czułam się mając przyjaciółkę u boku. Szlachcic, mimo jego niechęci do Filipa i bratania się z Aleksandrem, również dawał mi pewnego rodzaju spokój. Pies się wyraźnie oswoił dzięki mojej i Liliany miłości. Jakub nadal się na niego gniewał.
-Co ty opowiadasz? Od kiedy as jest mniejszy od dwójki?-spytała oburzona dziewczyna-as jest największy!
-As jest najmniejszą kartą w talii!-zawołał niezadowolony blondyn.
-Rozalio, powiedz mu coś!-krzyknęła.
Już miałam wyrazić swoje zdanie, lecz usłyszeliśmy tupot koni. Wstałam z klęczków z ziemi i wyjrzałam przez okno w salonie.
-Aleksander?-powiedziałam sama do siebie-W karocy?
Jakub spoważniał. Wstał, szybko się ubrał w cieplejsze ubrania i opuścił budynek.
-Trzeba przygotować mu jakąś strawę-mruknęła Liliana i zniknęła w kuchni.
Pan opuścił powóz, a woźnica pojechał dalej. Poprawił kołnierz płaszcza i powiedział coś do służącego. Spojrzał akurat w moje okienko, więc szybko zasunęłam firanki i ruszyłam do kuchni.
-Pomóc ci w czymś, przyjaciółko?
-Tak, możesz ugotować to-wskazała palcem na produkt.
Zaczęłyśmy nerwowo krzątać się po pomieszczeniu.
-Ciekawe o co chodzi-powiedziała pod nosem.
-To dziwne. Ostatni raz gdy widziałam tu powóz, sama tu wjeżdżałam.
-Pewnie Pan będzie chciał z tobą o czymś porozmawiać, jak zwykle. Spytaj go o to.
-O ile będzie chciał mnie słuchać.
Mężczyźni weszli do środka, a za nimi wbiegł pies. Wesoło obszczekiwał swojego właściciela. Wyszłyśmy im na powitanie.
Liliana podbiegła do Woronowa i odebrała od niego płaszcz, który następnie odwiesiła. Kucnął i podrapał za uchem skaczącego i cieszącego się psa. Jakub krzyczał coś do Eosforosa, ale w tym momencie ten nie widział w nim żadnego autorytetu. Aleksander przytulił zwierzę, po czym odsunął się od niego i spojrzał w moją stronę. Miał zmierzwione włosy i szczery uśmiech. Odwróciłam wzrok na Lilianę.
-Na co ma Pan ochotę? Co Panu ugotować?-pytała szybko.
-Dziękuję, Liliano. Nie będę jadł.
"To na cholerę ja to wszystko wstawiałam na ogień?"-właśnie taka myśl przeleciała wtedy przez jej umysł. Widziałam to w jej wyrazie twarzy. Zachichotałam i jeszcze raz spojrzałam na Aleksandra, który wylewnie witał się z przyjacielem. Weszłam do kuchni i zdjęłam garnki z pieca. Upewniłam się, czy na pewno zrobiłam wszystko co musiałam i przygasiłam nieco ogień. Wróciłam do salonu. Eosforos wbiegł na miejsce, w którym graliśmy w karty. Powstrzymałam śmiech widząc niezadowoloną minę Jakuba. Omal nie wybuchłam.
Usiadłam obok Liliany na kanapie i patrzyłam na wesoło brykającego psa. Wytarzał się w talii, następnie wstał i wziął do pyska kilka kart. Udał, że rozrywa je na strzępy, po czym oparł się łapami o biodra pana i podał mu. Wyjął mu je z pyska i spojrzał z uśmiechem na oznaczenia. Zwierzę zeszło z Aleksandra, chwyciło coś w zęby i wybiegło z sieni. Jakub rozejrzał się i pobiegł za nim krzycząc. Liliana zachichotała i pobiegła do okienka zobaczyć, jak szlachcic biega za niesfornym szczeniakiem. Pan nie spuszczał wzroku z oznaczeń kart i nie uśmiechał się. Wstałam i zerknęłam mu przez ramię. Trzymał króla, królową i asa. Podał mi tę o najniższej wartości w grze, do kieszeni na piersi wsunął pierwszą wymienioną z kolei, a tę, o którą kłócili służący podarł i wrzucił do kominka.
-Co to ma oznaczać?-spytałam zdziwiona.
-To chyba kolejna gierka Anioła...-mruknął do siebie.
Już miałam zadawać kolejne pytania, lecz przeszkodził mi słowami:
-Po prostu trzymaj tę kartę przy sobie. Zawsze.
Wsunęłam kawałek papieru do rękawa sukni. Aleksander usiadł na kanapie i wlepił wzrok w ogień.
-Będziemy musieli później porozmawiać-oznajmił.
-Coś się stało?
-Tak-odparł lakonicznie.
-Rozalio, chodź tu! Chodź tu!-zawołała rozbawiona rudowłosa.
Spojrzałam na przyjaciółkę i podeszłam do niej. Eosforos wąchał leżącego na ziemi Jakuba.
-Zrobił sobie krzywdę?
-Nie wiem, wybaranił się.
Zacisnęłam zęby. Założyłam płaszcz i wyszłam z domu. Przebrnęłam przez gęsty śnieg do chłopaka i nachyliłam się nad nim. Pies szczekał.
-Jakubie?-spytałam.
Nie odpowiedział. Popchnęłam jego ciało w taki sposób, żeby leżał na plecach.
-Co się stało? Dlaczego masz zranioną głowę?
Usłyszałam kroki za sobą. Należały do Liliany.
-Coś się stało?-spytałam ze ściągniętymi brwiami.
-Zawołaj Pana-odparłam.
Pociągnęłam go za ręce i uniosłam do pozycji siedzącej. Po twarzy popłynęła mu strużka krwi. Dziewczę zrobiło zdławiony okrzyk i wróciło do posiadłości po mężczyznę. Eosforos zawarczał, nie mam pojęcia dlaczego. Po chwili przyszedł Aleksander.
-Pomóż mi go przenieść-powiedziałam.-Nie może leżeć na śniegu.
Skinął głową. Chciałam złapać nieprzytomnego za ramiona, lecz Pan zignorował mnie, wziął go sam na ręce i zaniósł do sieni. Zacisnęłam pięści i ruszyłam za nimi. Czy on sądzi, że nie dałabym rady?
Dzień potoczył się szybko. Zbyt szybko. Nie potrafiliśmy mu pomóc, a on się nie budził. Woźnica zawiózł Jakuba do Słońska, a Liliana pojechała z nimi. Zostałam sama z Bestią i psem.
Wylałam wodę wymieszaną z krwią do doniczki. Umyłam miskę i odłożyłam ją na bok. Aleksander nie wracał z zewnątrz, a Eosforos domagał się wyjścia z domu. Założyłam wysokie buty, zarzuciłam płaszcz i wypuściłam psa. Zaczął wesoło biegać po ogrodzie. Podeszłam do Woronowa, który kucał przy popołudniowych śladach krwi.
-Bardzo dużo myślałem przez ostatni tydzień.
-I do jakich doszedłeś wniosków?-spytałam beznamiętnie.
Nie obchodziły mnie jego wnioski, skoro nadal mnie tu więził. I tak nie mam żadnej władzy nad własnym życiem.
-Weronika dowiedziała się, że żyjesz. Wspomniała o Słońsku. Coś podejrzewa i obawiam się, czy nie będzie chciała sprawdzić wiarygodności moich kłamstw.
Przeszedł mnie dreszcz. Nieświadomie się przeżegnałam.
-Aperiam in porta-powiedział głośno i wyraźnie, unosząc głowę.
Zobaczyłam, jak niewidzialny mur burzy się. Malutkie światełka zaczęły powoli opadać na ziemię. Wyglądało to przerażająco pięknie.
-Mogę zapewnić ci bezpieczeństwo. Będziesz mieszkała w pięknych posiadłościach, będziesz otoczona służbą. Zobaczysz wiele miast i miasteczek. Pokażę ci Paryż, Berlin, Moskwę... Albo odejdź.-spojrzał na mnie.
Drętwo pokiwałam głową.
-Ty... Czy ty...? Zwracasz mi wolność?-spytałam przerażona.
-Jeśli jednak odejdziesz: będę cię szukał. Zbyt cię kocham, Rozalio-dodał szeptem.
Zaczęłam się bardzo powoli wycofywać w stronę bramy.
-N-nic? To wszystko? Mogę odejść?
Wstał i podszedł do mnie szybkim krokiem. Zasłoniłam głowę rękoma i zwinęłam się w kłębek. Kucnął przy mnie i pogłaskał mnie po plecach. Naprawdę...? Myślałam, że zaraz mnie uderzy. Myślałam, że będzie chciał ukarać mnie za moje zuchwalstwo.
-Jednakże jeśli cię odnajdę; pójdziesz ze mną. Rozumiesz?
Wyprostowałam się. Równocześnie wstaliśmy z kucków.
-Skąd wiesz, że chcę odejść?
Skupił całą swoją uwagę na mnie. Obserwował każdy mój oddech. Oczywiście oboje wiedzieliśmy, że go zwodzę. Skrzywił w niezadowoleniu twarz.
-Biegnij-rozkazał bez wyrazu.
Zrobiłam krok w tył. Gniew wymalował się na jego twarzy. Ruszył szybko w moją stronę, a ja również prędko się cofałam.
-Biegnij! Uciekaj! Uciekaj tak daleko, gdzie nigdy cię nie znajdę!-wrzeszczał.
W przerażeniu poderwałam się i pognałam w stronę bramy. Z dziwnym bólem w żołądku przebiegłam przez niedawny mur i ruszyłam w dół drogi. Usłyszałam za sobą szczekanie i zdławione skomlenie psa. Eosforos chciał za mną pobiec, lecz właściciel go zatrzymał.
Pierwszy raz zatrzymałam się kilka kilometrów dalej. Niemal opuściłam las. Widziałam lekkie światło śpiącej wioski.
Co się właśnie wydarzyło? Jestem... Wolna? Mogę odejść?
Gdy przestało mi się kręcić w głowie, przypomniałam sobie, że przecież Pan mógł ruszyć za mną. Zerwałam się z miejsca i zatrzymałam się dopiero w miejscowości. Upadłam wycieńczona. Poczołgałam się na pobocze i zwinęłam w kłębek. Nie biegałam od przynajmniej pół roku. Mój organizm dyszał niemiłosiernie, przez co łapczywie łapałam lodowate, styczniowe powietrze w płuca. Zacisnęłam pięści na śniegu i odpłynęłam.
Niezidentyfikowana postać.
Aleksander pociągnął agresywnie psa za obrożę, a ten zapiszczał. Bezuczuciowo przyczepił go łańcuchem do budy.
-Chyba tego wieczora bardziej niż zawsze przyda ci się psia bliskość, czyż nie?-spytałem i zaśmiałem się.
Woronow chwilę stał w miejscu, po czym odwrócił się gwałtownie i spróbował mnie uderzyć pięścią w twarz. Szybko zmieniłem miejsce swojego położenia, przez co mężczyzna zatoczył okrąg. Odwrócił się w moją stronę.
-Dlaczego mi to zrobiłeś? Dlaczego?-spytał nader pretensjonalnie.
-Ja? Tobie? To twoje usta pozwoliły jej odejść!-zauważyłem zadowolony.
Pokiwał niedowierzająco głową.
-To wszystko twoja wina, szaleńcze. Czy mój ból sprawia ci satysfakcję?
-Nie, skądże!-zarzekłem się ironicznie.
Bestia zgarbiła się i ruszyła do rezydencji.
-Ciekawe, czy już spotkała na swojej drodze tego... Jak mu tak było? Fabian? Fero... Filip? O, tak, Filipa.
Przystanął i odwrócił się do połowy. Miał przymknięte oczy; od mrozu bądź skupienia.
-Rozwiń myśl.
-Tak się składa, że jakoś tak nieumyślnie pozwalałem spotykać im się w snach... I nawet przy ostatnim ich spotkaniu kazałem tej ślicznotce powiedzieć mu, żeby... Dajmy na to, nie oddalał się zbyt prężnie.
Zwrócił się w moją stronę. Nie mogłem nie zachichotać, gdy patrzyłem na jego niezrozumienie! Nie pojmował jeszcze moment, po czym ruszył do stajni. Wrócił z koniem i już chciał nawet na niego wsiadać. Pewny siebie!
-Aleksandrze?-zaczepiłem go.
Nie zareagował.
-Jak brzmiała ta twoja sztuczka? Ta, której Rozalia nie lubiła, a nawet i za nią cię nienawidziła i straciła do ciebie resztki szacunku? Jakoś... Porta? Ah, tak! Clauserunt portas!
Po wymówieniu zaklęcia wokół posiadłości powstał niewidzialny mur, który oddzielał moją marionetkę od reszty świata.
Aleksander, który nie słuchał moich słów, wsiadł na konia i podreptał do bramy wyjazdowej. Łeb konia przeszedł; reszta niekoniecznie.
Spojrzał na mnie.
-Czy ty...?
Pokiwałem tryumfalnie głową.
-Owszem, ja.
Zeskoczył z wierzchowca. Podszedł do mnie.
-Zdejmij to zaklęcie. Teraz.-rozkazał.
-Tak po prostu mam go zdjąć?-spytałem i przechyliłem głowę w pozornym niezadowoleniu.
-Owszem.
-Rozalii tak ochoczo nie chciałeś wypuszczać, a ja bym miał posiadać taką ochotę?-zauważyłem.
-Zdejmij zaklęcie-rzekł zbywająco.
Wzruszyłem ramionami.
-Twoja dusza-postawiłem warunek.
Już niemal chciał unieść na mnie ponownie pięść, lecz przystawił sobie tę dłoń do skroni. Spuścił wzrok i skrzywił się.
-Dam sobie radę sam-rzucił i ruszył do domu.
-Spokojnie. Zdejmę zaklęcie, ale dopiero, gdy moja kochana Rozalia będzie już daleko stąd, wtulona w swojego narzeczonego!-zawołałem za nim.
Na wydźwięk ostatniego słowa gwałtownie się odwrócił, ale już nie wrócił. Szybko zniknął w posiadłości, a ja spełniony odleciałem.
CZYTASZ
Bestia
FantasiCo nas kształtuje? Historia ta opowiada historię młodziutkiej Rozalii, która pewnej ulewnej nocy traci pamięć: przeszłe wspomnienia ukryte są głęboko w jej podświadomości i nie jest w stanie przypomnieć sobie nawet w jakich okolicznościach trafiła d...
