Posmarowałam chleb masłem i ułożyłam na nim ser i wędlinę. Przetarłam zmęczone oczy i zdjęłam mleko z ognia. Przelałam zawartość rondla do kubka i postawiłam na tacy obok talerza z pieczywem. Chwyciłam rączki i udałam się do pokoju Filipa. Postawiłam naczynia na stoliku obok łóżka, a tackę odstawiłam opartą o ścianę. Usiadłam na brzegu łóżka i pogładziłam go po czole, jednocześnie sprawdzając jego temperaturę. Nie był rozgrzany, co było bardzo dobrym znakiem. Nie chorował, więc nie będzie powikłań po postrzale. Uśmiechnęłam się lekko, a miły otworzył oczy. Pomogłam mu przejść do pozycji siedzącej.
-Dzień dobry, kochanie-powiedział.
-Przygotowałam ci śniadanie-odparłam wskazując stolik.
Spojrzał w tamtą stronę i wdzięcznie się uśmiechnął.
-Niebawem wyjedziemy. Przepraszam, że przeze mnie...-zaczął.
-Nie mów głupot. Musisz wyzdrowieć, dopiero wtedy udamy się do Grabowa.
Zaśmiał się lekko i oparł głowę o ścianę za nim. Przymknął oczy.
-Kule już przybyły?
Skinęłam głową.
-Tak, ale doktor powiedział, że możesz z nich korzystać dopiero, gdy minie tydzień-wyjaśniłam.
-Tak więc spróbuję dzisiaj.
Zmęczonym ruchem złapałam jego dłoń.
-Dopiero za cztery dni, miły.
Pokiwał niezadowolony głową. Spojrzał na mnie.
-Nie jestem idiotą. Widzę, że męczy cię ten strach.
Zaśmiałam się niewyraźnie.
-Nie bądź niemądry-skomentowałam.
Wstałam i pożegnałam go słowem "smacznego". Opuściłam pomieszczenie.
Przygotowałam śniadanie dla mnie i ojca, po czym posprzątałam miejsce mojej pracy i obudziłam mężczyznę. Ponownie odprawił mnie z niezadowolonym westchnieniem. Irytowało go, że wstaję bardzo wcześnie.
Prawda była taka, że nie sypiałam niemal w ogóle. Mój dom rodzinny wydawał mi się tak beznadziejną kryjówką, że miałam ochotę fizycznie stąd uciec, lecz duchem zostać. Słyszałam czasem w myślach Jego głos. Czułam Jego obecność. A wraz ze wzrostem zmęczenia, tym częściej to się działo. Im częściej to się działo, tym bardziej nie mogłam się wyspać. To błędne koło toczyło mnie w stronę ponownego szaleństwa.
Zjadłam posiłek i nakarmiłam konie. Po powrocie ze stajni zobaczyłam mojego ojca w jadalni i Filipa kuśtykającego po korytarzach przy pomocy drewnianych kul.
-Filip...-powiedziałam zrezygnowana i podeszłam do niego szybkim krokiem.
Usiłowałam powstrzymać go, lecz zignorował mnie.
-Gdy tylko nauczę się chodzić przy ich pomocy...-zaczął.
-Szwy się rozejdą. Tylko przedłużysz nasz pobyt tutaj-odparłam z pretensją.
-Dlaczego mnie powstrzymujesz, skoro też nie chcesz tu tkwić?
Oboje mieliśmy zdenerwowane spojrzenia, którymi przeszywaliśmy siebie nawzajem.
-Bo się o ciebie martwię, niemądry.
Prychnął i pokiwał głową. Odwrócił twarz w przeciwną stronę.
-On nie może nas tu zaskoczyć. Nie w moim stanie.
-Nie zrobi tego-powiedziałam bez przekonania.
-Musisz jechać sama.
Wciągnęłam brwi przestraszona.
-Nie zrobię tego.
Spojrzał na mnie.
-Dlaczego?
-Nie opuszczę cię teraz.
-Wolę, żebyś opuściła mnie teraz i była bezpieczna, niż narażała nas na wieczną rozłąkę.
Wizja wyjechania bez Filipa była zbyt okropna. Bałam się, że Bestia napadnie powóz, którym będę uciekała, a mój narzeczony będzie daleko.
Tak też stanęłam na drugiej stronie korytarza, otarłam łzę i rzekłam:
-Chodź.
Zdezorientowany zrobił to, o co prosiłam. Gdy już znajdował się przy mnie, ruszyłam na początek jego podróży.
-Chodź.
Dopiero wtedy zrozumiał, o co mi chodziło. Kilka pierwszych kursów było drętwych dla nas obu, po czym zaczęliśmy robić niepoważne rzeczy. Za każde przejście tego odcinka Filip dostawał buziaka. Po wprowadzeniu tej metody nagradzania naprawdę szybko uporaliśmy się z nauką. Zabawnym było oglądanie, jak mój miły w kilku susach pokonuje kilkanaście metrów.
Nachylił się nade mną ponownie i ucałował mnie. Uśmiechnął się, objęłam jego szyję i odwzajemniłam buziaka.
-Pilny uczeń-pochwaliłam go żartobliwie.
-Wspaniały nauczyciel.
Ktoś zapukał do drzwi. Ten dźwięk przeraził każdy mój mięsień, przez co niemal ugięły się pode mną kolana*. Przerażona głęboko oddychałam.
-On...?-spytałam półszeptem.
Filip odwrócił się i po kilku sekundach otworzył drzwi. Ukryłam się za ścianą.
-Witam szanownego pana. Zastałem pana Witolda?
-Tak, oczywiście, proszę wejść-zaprosił grzecznie gościa.
-Już idę! Idę!-zawołał mój ojciec z góry.
Schodząc zapinał ostatnie guziki fraka.
-Witam kochanego pana Berezowskiego!
Wtuliłam się z ulgą w Filipa. Byliśmy niewidoczni dla mężczyzn, jednakże uważnie nasłuchiwaliśmy.
-Czego dusza pragnie?
-Ktoś w wiosce ciągle pyta, czy prawdą jest, że pana córa prawdziwie wróciła. Przyjechałem więc dowiedzieć się, czy można mi ową wieść wygłaszać?
Moje serce przyspieszyło momentalnie bicie. Puściłam narzeczonego i otuliłam sama siebie. Filip wyszedł z ukrycia.
-Niech pan, jeśli łaska i pan Berezowski wyrazi zgodę, nic nie mówi. Jest człowiek, który tej informacji nie może otrzymać.
Nastała cisza.
-Niech tak się stanie. Milczmy-oznajmił mój tato.
Pożegnali gościa. Po jego wyjściu zaczęliśmy mówić.
-Co teraz?
-Czy to on?
-Czy on wie?
-Załatwię woźnicę-oznajmił Filip.
-Nie-zaoponowałam momentalnie.-On zna twoją twarz. Tatku, moglibyśmy cię prosić...?-zasugerowałam.
-Naturalnie-odparł zdumiony i wsunął płaszcz.
-Spakuję nas-zawiadomiłam.
-Jadę z wami-rzekł tato.
Skinęłam głową. Nie było czasu na zaprzeczenie.
Nie mam pojęcia, czym zajął się Filip. Rozeszliśmy się w ułamku sekundy i zostawiliśmy go samego.
Ojciec i ja zanieśliśmy walizki, przy czym mój narzeczony wyglądał jak dźgnięty nożem w swoją dumę. Zignorowałam to i załadowałam pakunek na wóz. Po chwili już siedzieliśmy w zamkniętym powozie prowadzonym przez woźnicę z Knyszyny i zaprzęgniętym w nasze konie. Przed wyjazdem oczywiście zamknęliśmy posiadłość i ukryliśmy klucz w stajni. Tak właśnie dostaliśmy się kilka dni temu do środka. Tata nigdy nie zmieniał kryjówki.
Ja i Filip siedzieliśmy po jednej stronie, zaś mój tato w ławce naprzeciwko i był zwrócony w przeciwną stronę od kierunku jazdy. Onieśmielona ojcowskim wzrokiem nie zbliżyłam się do narzeczonego, a oparłam się o ścianę. Otuliłam się peleryną i obserwowałam płatki śniegu uderzające w okno.
Bestia.
Co ja tu robię?-już nie pamiętam. Dlaczego klęczę na grubej, śnieżnej pierzynie i obserwuję psa?-nie mam pojęcia. Klęczałem na tyle daleko, że Eosforos mimo napinania łańcucha nie był w stanie do mnie podejść. Umierałem przy śpiewie jego skomlenia i piszczenia.
Niemiłosiernie bolały mnie płuca od głębokiego wdychania lodowatej woni jego krwi. Zaśmiałem się szaleńczo, a Eosforos przestał się wyrywać z więzów i spojrzał na mnie z przekrzywioną głową.
-Zdechniemy razem. Oboje jako psy.
Zaszczekał dwa razy i począł obserwować moją reakcję.
-Tak, jestem kundlem Anioła.
Zapiszczał wysokim tonem.
-Nie musisz mi tego wypominać...-mruknąłem.
Oblizał pysk i schylił się do ziemi.
-Dobra!-wrzasnąłem.-Tak, jej kundlem też jestem. Sam siebie upodliłem i nie potrafię z tego wybrnąć. Nie potrzebuję maski, bo i tak już nie mam twarzy.
Ponownie napiął łańcuch.
-Przez niemal wiek żyłem zimny jak kamień. Moje serce zamroziło samobójstwo Laury. Nie kochałem i czekałem na dopełnienie mojego żywota. Byłem tak blisko śmierci! Dlaczego musiałem ją wtedy ujrzeć?
Eosforos stanął na dwóch łapach.
-Nawet nie pamiętam gdzie to było. Jak ja ją odnajdę?
Zaczął szczekać.
-Dlaczego w zasadzie ją kocham? Skąd mogę w ogóle wiedzieć, co to znaczy? Czy jeśli bym prawdziwie ją kochał, to odeszłaby?
Zamilkł.
-Co on ma, czego ja nie posiadam? Przecież mogę dać jej wszystko, czego pragnie... Dla niej mogę się zmienić jakkolwiek ona zechce. Może mnie uczyć komend, tak diabelnie mocno jestem jej posłusznym!-krzyknąłem oburzony.
Spojrzałem na przestraszonego psa. Ponownie się zaśmiałem.
-Wiem, jestem gołosłowny. Ale udowodnię ci moją dobrą naturę.
Podeszłam do domu. Wróciłem z mięsem, które rzuciłem psu.
*Objaw nerwicy lękowej.
CZYTASZ
Bestia
FantasíaCo nas kształtuje? Historia ta opowiada historię młodziutkiej Rozalii, która pewnej ulewnej nocy traci pamięć: przeszłe wspomnienia ukryte są głęboko w jej podświadomości i nie jest w stanie przypomnieć sobie nawet w jakich okolicznościach trafiła d...
