Rozalia
Ktoś zapukał w drzwi mojej komnaty, lecz po krótkiej chwili odszedł. Najpewniej był to znowu Aleksander, ale niezbyt mnie to obchodziło. Zachęciło jednak do podniesienia się ku pozycji siedzącej i otarcia łez.
Ze wszystkich swoich posiadłości, musiał wybrać akurat tę, która pojawiała się we wszystkich moich koszmarach. Siedziałam w zakurzonym pokoju w Woli Grzymalinie i nie potrafiłam przestać rozpaczać. Nie chciałam tutaj być ponad wszystko na świecie, ale z jakiegoś powodu Woronow stwierdził, że tu będzie dla mnie "najbezpieczniej". Faktem było, że Weronika w dalszym ciągu była szalona i nieokiełznana. Dlaczego jednak tutaj było najspokojniej? Ona znała to miejsce. Będąc nią w pierwszej kolejności odbyłabym wycieczkę tutaj. Może już tu była? Spytać będę musiała o to mojego oprawcę.
Weszłam do drugiego pokoju i przemyłam twarz wodą. Wytarłam ją delikatnie ręcznikiem. Przebrałam się w inną kreację i opuściłam pokój. Trzy dni temu Bestia oznajmiła mi, że mogę swobodnie poruszać się po całym domu. Nie było tutaj żywej duszy oprócz mnie i... Niego? Zakładając, że miał duszę.
Wtedy też zaprowadził mnie do swojego pokoju na drugim piętrze, a ja od tamtego momentu nie potrafiłam dojść do siebie. Wolałam na razie tam nie wracać. Zeszłam na parter. Starałam się jak najciszej uderzać obcasami o parkiet. Nie miałam zamiaru go tutaj ściągnąć. Gdy już byłam na dole, udałam się do kuchni, gdzie przygotowałam sobie strawę. Będę musiała udać się do miasta po nowe produkty. Najpewniej niestety będziemy musieli-ja i On. Zsunęłam z nóg buty i usiadłam przy stoliku. Obserwując w ciszy to ciemne pomieszczenie widziałam tańczące duchy kobiet, z którymi niegdyś tutaj przebywałam. Po upływie czasu tęskniłam nawet za Małgorzatą...
Usłyszałam skrzypienie schodów: ojej, czy ja też tak głośno schodziłam? W przerażeniu przestałam jeść i wsłuchałam w kroki. Bezsprzecznie ktoś tu szedł, a ja doskonale wiedziałam kto. Zestresowana zaczęłam się rozglądać, aż w końcu zniknęłam w drzwiach prowadzących do jadalni. Po przejściu przez niezbyt szeroko otwarte drzwi usłyszałam stukot obcasów w poprzednim pokoju. Stanęłam wtulona w ścianę. Zaczął coś obserwować. Wiedziałam to, gdyż przystanął. Najpewniej zaciekawił go talerz i kobiecie pantofle. Oh!
Ruszyłam na palcach w stronę wyjścia. Tak! Pobiegnę na palcach do biblioteki! Wymyśliłam to niestety zbyt późno: drzwi obrzydliwie zaskrzypiały. Bestia była w pomieszczeniu.
Ja jednak zdążyłam wyjść na korytarz i ponownie ukryć się w kuchni. Woronow zaczął przeszukiwać jadalnię. Tak! To moja szansa. Pobiegłam najciszej jak potrafiłam do czytelni. Było tu najciemniej z całego zamczyska. Usiadłam w kącie za fotelem i wsłuchałam się. Było naprawdę długo cicho. On zasnął w tej jadalni? Po wyobrażeniu sobie takiej możliwości zachichotałam.
-Co cię tak rozbawiło?
To moje omamy słuchowe, czy on naprawdę siedział przy stole niedaleko mnie? Wychyliłam lekko głowę i niestety nie myliłam się. Woronow siedział wygodnie na krześle z książką w ręku. Podniosłam się.
-Jesteś niemożliwy.
Zaśmiał się delikatnie. Jego śmiech powodował u mnie lęk. Tak, jak każdy z moich przyjaciół śmiał się w sposób "hi-hi-hi", tak on robił to jak "ha-ha-ha". Może dlatego nie był moim przyjacielem?
-Z tego właśnie powodu to miejsce jest najlepsze-odwrócił się i wskazał na ciemne miejsce.-Tam są wytapetowane drzwi. Trudno je dostrzec. Trzeba chcieć je widzieć.
Okrążyłam stół w taki sposób, żeby nie minąć jego krzesła. Podeszłam do wnęki i zaczęłam dotykać pobliską ścianę. W pewnym momencie prawdziwie dotknęłam klamki i przeszłam do jadalni. Z drugiej strony też była klamka. Po zamknięciu przejścia i odsunięciu się o kilka kroków ponownie znikły mi z oczu, zlewając się z ciemną przestrzenią. Nawet wisiał na nich obrazek. Spojrzałam w stronę prawdziwych drzwi z chęcią ruszenia do nich. Napotkałam tam Bestię.
-A teraz jakim przejściem przeszedłeś?-spytałam.
Wyglądał na dosyć rozbawionego.
-Właściwie to głównym przejściem-odparł z lekkim uśmiechem.
Po uświadomieniu sobie własnej głupoty zakryłam twarz dłonią i zachichotałam.
-No tak... Wybacz.
Nastała ponownie między nami cisza. To było okropne!
-Może...-zaczęłam.
-A gdybyśmy...-zaczął.
Spojrzeliśmy na siebie równocześnie.
-Kontynuuj-rzekliśmy.
Jakież to było niezręczne! Skinął na mnie głową, abym ja się wypowiedziała. Nie miałam jednak do przekazania niczego ważnego.
-Proszę, mów-odparłam.
-Nie, nie, ty powiedz-nalegał.
Jego natarczywy wzrok zmuszał nie to wymyślenia czegoś na szybko. Chyba usiłował być miłym.
-Może... Pojechalibyśmy do miasteczka? Długo tutaj nikogo nie było, musiałabym zrobić jakieś zakupy i tak dalej...-wyjaśniłam niepewna.
Kiwał ze zrozumieniem głową. Po moich słowach poczekał moment na wypadek, gdybym chciała coś dodać.
-Tak, oczywiście, rozumiem. Musimy jednak jechać do innego niż to za lasem.
Zmarszczyłam brwi.
-Dlaczego?-spytałam od razu.
-Nie jestem tam gościem honorowym. Raczej rozumiesz z jakiego powodu.
-Boisz się tłumu z pochodniami i widłami?
Zachichotałam, a on niewyraźnie to odwzajemnił.
-Załóżmy.
Zrobiłam kilka kroków, żeby oprzeć się o krzesło. Utkwił wzrok w moich dłoniach. Podszedł do siedziska po drugiej stronie stołu i zrobił to samo co ja, po czym spojrzał z powrotem na moją twarz. Obserwowałam to zdziwiona. Dopiero wtedy wróciła mi mowa.
-Sądzę, że powinieneś to zakończyć. Nie możesz uciekać od swoich ludzi-stwierdziłam.
Aleksander zrobił straszne ha-ha-ha.
-Nie znasz prostego ludu. Dla nich jestem bestią... Dużo częściej, niż dla ciebie.
Już chciałam go zbesztać za tę zuchwałość, lecz wolałam nie zmieniać tematu, aby go przypadkiem nie zgubić.
-Byłam swego czasu prostym ludem i można się z nim dogadać, panie Woronow.
Spojrzał na mnie tym swoim dziwnym wzrokiem: przymrużył oczy, skrzywił głowę i skupił na mnie wzrok. Przekonałam go.
Już godzinę później Woronow oddał konia i rzucił kilka monet, aby mężczyzna go przywiązał. Bestia szybko się odwróciła i zasłoniła szczelniej maskę. Nieufnie się rozglądał. Złapałam go za ramię, aby się nie rozmyślił. Gwałtownie na mnie spojrzał, a ja równie szybko go puściłam. Chyba stwierdził, że to ktoś inny.
Idąc na plac główny minęliśmy kobietę z małym dzieckiem przyciśniętym do piersi. Aleksander niezrażony ruszył dalej, a ja przystanęłam i kucnęłam przy niej.
-Dobra pani, da pani cokolwiek, przyjmę wszystko, a najchętniej chleb... Nie mam już czym go karmić...
Ukazała mi jego twarz, lecz ja przyjrzałam się jej. To była ta kobieta, której nie mogłam pomóc, gdy jeszcze była ciężarna...
Bestia schyliła się i przykucnęła obok nas. Ukrył twarz.
-Musimy pomóc tej pani-oznajmiłam półszeptem.-Niech to będzie pierwszy etap twojej pokuty.
-Nie, nie chcę robić problemów, ja jedynie...
Zdjęłam mu kaptur, a on zakrył się dłońmi. Kobiecina zauważyła jednak maskę i wycofała się pod murek.
-Już nie potrzebuję waszej pomocy, odejdźcie!-zawołała w strachu.
-Mówiłem ci, Rozalio, że oni nie zrozumieją...-szepnął i zarzucił kaptur.
Już chciał wstać, lecz niemal agresywnie go zawróciłam.
-Niech pani od niego ucieka i to prędko! Ten potwór zabrał mi męża i rodziców, skazał na życie na bruku. Gdybym miała siłę, udusiłabym tę kreaturę.
Aleksander odwrócił zawstydzony wzrok. Złapałam ją za kolano.
-On ma zamiar się zmienić-rzekłam z uśmiechem.
Sięgnęłam do kieszeni przypasanej do bioder i dałam jej sakiewkę monet.
-To jego pieniądze. Niech pani się skryje i zje ciepły posiłek, jest mróz.
Zdjęłam z siebie żakiet i dałam go kobiecie.
-Niech się pani okryje.
Matka ze łzami wzruszenia zwróciła go.
-Po co? Aby mi go ukradli?
Przyznałam jej rację i pomogłam podejść do jadłodajni. Kobieta uśmiechnęła się w podzięce, ucałowała dziecko i weszła do środka. Spojrzałam na mojego towarzysza.
-I?-spytałam.
-Nie rozumiem, dlaczego kobiety, które wiedzą, że nie są w stanie zapewnić dziecku spokojnego życia, dają im je-stwierdził patrząc gdzie indziej.
Uniosłam brew.
-Najpewniej z tego powodu jesteś bezdzietny. Informuję szanownego pana Aleksandra, że macie w tym swój skromny udział.
-Nie odpowiedziałaś.
Wyciągnęłam dłoń i delikatnym ruchem rozkazałam mu na siebie spojrzeć. Nie zdjęłam palców z jego brody.
-Zabiłeś jej całą rodzinę.
Patrzał na mnie jak mężczyzna patrzy na kobietę, a ja niezadowolona odrzuciłam jego głowę w bok. Przy ostatnim ruchu zahaczyłam jego skórę paznokciami. Mogło go to zaboleć, lecz ja niezrażona odeszłam w stronę rynku. Nie usłyszałam za sobą kroków, więc odwróciłam się w jego stronę. Stał w swój dumny sposób i obserwował mnie. Dopiero gdy go na tym przyłapałam, ruszył moim śladem. Westchnęłam ciężko i zignorowałam to.
W kilka minut później byliśmy na rynku.
-To nie jest dobry pomysł, Rozalio-oznajmił kolejny raz.-Oni mnie nienawidzą.
-Nie ma osoby na tym świecie, która żywi do ciebie sympatię-odparłam oschło.-Tak więc może czas znaleźć sojuszników?
Rozejrzał się niezadowolony.
-Nie potrzebuję tych ludzi. Robię to tylko dla spokoju twojego sumienia.
Nie zdążyłam odpowiedzieć. Aleksander podszedł do herolda i poprosił, aby ten ściągnął mieszkańców na rynek. Zapłacił mu, a następnie wrócił do mnie. Mężczyzna zaczął dzwonić dzwonkiem krzycząc "wszyscy na rynek"! Już w kilka minut później plac począł się wypełniać.
-Chodźmy między nich-powiedziałam.
-Czego nie rozumiesz w tym, że jestem tu niemile widziany?-spytał niezadowolony.
Zignorowałam go i pociągnęłam w stronę tłumu. Stanęliśmy obok ozdobionej studni na środku placu.
-Wsłuchaj się-szepnęłam.
-Ciekawe co się dzieje?-rzekła jakaś kobieta.
-Oby co ważnego, bo musiałam dzieciaka zostawić.
-Oby to nie była Bestia...-mruknęła trzecia.
-Nie było go tutaj ile, dwa lata?
-Bez miesiąca.
Zaczęły mówić o jakichś nieinteresujących rzeczach, lecz po chwili wróciły do tematu Pana.
-Myślicie, że znowu zacznie ścinać?
-To on wrócił?
-Nie krakajcie!
-Jeżeli to jednak okaże się ktoś inny, to dam jutro połowę wypłaty mojego męża na tacę, jak Boga kocham!
-Ja nawet sprzedam złoty medalik mojej prababki i dam dla księdza.
-On nigdy nie wracał tak cicho, że nikt nie wie. To nie on.
-Modelhauerowa mieszka przy wjeździe do Woli Grzymaliny. Trzebaby jej spytać.
-Ty jesteś głupia. Przecież za chwilę się same dowiemy.
-Gdzie ten mówca? Nie mamy całego dnia.
Złapałam Woronowa za ramię i pociągnęłam przez tłum. Gdy znaleźliśmy się przy podeście, grzecznie pomógł mi wejść po schodach jednocześnie zasłaniając maskę. Potem ruszył za mną. Ludzie ucichli.
-Czego ta pannica chce? Chleb zaraz mi się przypali!-wyraził swoje niezadowolenie piekarz.
Dopiero z tej pozycji dosięgnęło mnie zdenerwowanie. Zapomniałam kompletnie, co miałam zrobić! Spojrzałam zestresowana na Aleksandra mając nadzieję, że w ten sposób sobie przypomnę. Ten jednak odwalił robotę za mnie: zsunął kaptur. Nastała grobowa cisza.
-Nie ma tych jego przydupasów-zauważył ktoś z pierwszego rzędu.
Oni prawdziwie mogliby coś mu zrobić? Musieliśmy działać. Wzięłam głęboki wdech i zaczęłam mówić. Powiedziałam wszystko, co ustaliłam z moim towarzyszem w drodze tutaj: do ścinania już nigdy więcej nie dojdzie, a wszystkie skrzywdzone osoby dostaną wsparcie finansowe ze strony Pana. Nawijałam o tym, że Bestia chce się zmienić, że żałuje i że muszą dać mu choćby jedną szansę na to. Mówiłam o tym wszystkim sama w to nie wierząc.
Sądziłam, że zostaniemy odebrani w gorszy sposób. Jednakże po mojej przemowie lud zaczął klaskać. Klaskać!
Uśmiechnęłam się do mojego towarzysza, lecz ten jedynie odwrócił twarz. Zeszliśmy z podniesienia, a ludzie zaczęli do nas lgnąć. Przez chwilę obawiałam się, że to było wściekłe, jednak to było przyjazne! Woronow nadal tworzył wokół siebie pole, przez które nikt nie śmiał przejść. Mnie zaś dotykali, dziękowali i nazywali mnie Laurą. Krzyczeli też o zdjęciu klątwy.
Aleksander trzymał przede mną swoją rękę, przez co mogłam iść swobodnie i nie potykać się o krzyczące osoby. Zewsząd można było usłyszeć "koniec ścinania" i różne imiona.
-Nic tu już po nas. Oni oszaleli-powiedział do mnie.
-Czyż to nie cudowne?-spytałam wesoła.
-Nie nazwałbym tego cudownym.
Doprowadził mnie do konia. Zarzucił kaptur na głowę, posadził mnie na nim, wskoczył za mnie i pojechał w stronę zamczyska.
-Załatwię to wszystko, gdy się uspokoją-rzekł mi na ucho.
Skinęłam ze zrozumieniem głową. Oparłam się o jego klatkę piersiową.
-Dobry uczynek... To wspaniałe uczucie-stwierdziłam.
-Jesteś szczęśliwa?
Nieswojo odsunęłam się od niego.
-Tak, jednakże dlaczego pytasz?
Delikatnie wzruszył ramionami.
-Po prostu od trzech dni byłaś smutna.
Dopiero po chwili zrozumiałam, że mnie uszczęśliwił. To dosyć obrzydliwe.
*Media mają charakter metafory. Nikt nie tańczył!
CZYTASZ
Bestia
ФэнтезиCo nas kształtuje? Historia ta opowiada historię młodziutkiej Rozalii, która pewnej ulewnej nocy traci pamięć: przeszłe wspomnienia ukryte są głęboko w jej podświadomości i nie jest w stanie przypomnieć sobie nawet w jakich okolicznościach trafiła d...
