Rozdział 4

769 35 5
                                        

Poniedziałek minął mi w miarę spokojnie, natomiast wtorek rozpoczęłam na wariata. Najpierw budzik w moim telefonie nie zadzwonił, przez co wstałam piętnaście minut później, niż powinnam. Potem biegałam po domu, szukając ubrań, standardowo plecaka i książek, a na końcu nie mogłam rozplątać sznurowadeł od butów. W efekcie, wbiegłam do szkoły dwadzieścia minut po dzwonku, zdenerwowana, przestraszona i wściekła na cały świat.

Nie miałam wątpliwości, że profesor Kulczycki siedział w klasie i cierpliwie na mnie czekał. A to potęgowało mój strach. Naprawdę bałam się wejść do tej sali, tym bardziej, że nie umiałam przewidzieć jaka będzie reakcja nauczyciela na moje spóźnienie. Nigdy wcześniej nie byłam z żadnym nauczycielem sam na sam, i to jeszcze bardziej stawiało mnie w niekomfortowej sytuacji. Niestety, większego wyboru nie miałam.

Zostawiłam kurtkę w szatni – i tak, zrobiłam to celowo, żeby jeszcze bardziej opóźnić spotkanie z profesorem – zarzuciłam plecak na ramię i poszłam do sali językowej. Nie byłam pewna czy dobrze idę, bo nie zerknęłam na plan, i nie miałam pojęcia czy Kulczycki czekał w swojej zwykłej sali, czy może gdzieś indziej. Na szczęście, w tej kwestii moje podejrzenia były słuszne i odnalazłam nauczyciela już za pierwszym podejściem.

Profesor Kulczycki jak zwykle wyglądał... no po prostu czysto. Blond włosy były w lekkim nieładzie, miał na sobie niebieską koszulę w kratę, jasne jeansy i adidasy. Na lewej ręce widniał drogi, stylowy zegarek, w prawej trzymał długopis i chyba sprawdzał jakieś kartkówki.

Kiedy weszłam do sali, podniósł głowę, spojrzał na mnie przyjacielsko. Uśmiechnął się, przez co mój stres delikatnie opadł.

– Przepraszam! – zawołałam szybko. – Po prostu...

Machnął ręką.

– Nie szkodzi – odparł i wskazał pierwszą ławkę, tuż przy biurku.

I cóż mogłam zrobić? Albo uciec z klasy z krzykiem, albo zrobić to, co prosił. Usiadłam więc na wskazanym przez nauczyciela miejscu, a pan Robert odsunął kartkówki na bok. Chwycił jakąś zieloną teczkę, po czym wyciągnął z niej kilka kartek.

– Przekaż to mamie – powiedział, podając mi dokument zatytułowany: „OŚWIADCZENIE" – a to jest twój nowy plan lekcji. – Podał mi drugą kartkę.

Zerknęłam na nią szybko i zauważyłam, że dodano mi dodatkowe godziny angielskiego. Dwie we wtorki i po jednej godzinie w środy i piątki. Oznaczało to, iż będę musiała zostawać po godzinach.

– Czyli jutro też mamy zajęcia? – zapytałam i zerknęłam na Kulczyckiego. Odniosłam wrażenie, że przyglądał mi się jakoś tak... dziwnie.

– Tak, jutro też mamy zajęcia. – Uśmiechnął się. – Ciasteczko? – Podsunął mi pod nos opakowanie „Delicji".

Kiwnęłam przecząco głową i podziękowałam. Byłam tak bardzo skrępowana, że nie potrafiłabym nic przełknąć. Nie bardzo wiedziałam, jak powinnam się zachowywać, co mówić i robić. Dłonie mi drżały, więc wcisnęłam je między uda, aby mężczyzna tego nie zauważył.

Pan Robert nagle wstał. Chwycił jakąś książkę i położył ją przede mną.

– Nowy podręcznik? – zdziwiłam się.

– Będziemy pracowali na bazie trzech takich podręczników – wyjaśnił i wziął drugi egzemplarz. – Musimy narzucić tempo, żeby nadrobić materiał od września.

– Już się boję – jęknęłam, kartkując książkę.

Zaśmiał się cicho.

– Nie zjem cię, Charlotte – powiedział wesoło, a ja zaskoczona spojrzałam mu w twarz.

I am (NOT) your ClareOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz