Historia z Uszatym też jest osobliwa.
Bawiłyśmy się wtedy w chowanego. Z samego rana pobiegłyśmy do Krzysia, potem do Adasia i zapytałyśmy się, czy chcą dołączyć do nas. Zawsze lepiej bawić się w większym gronie, zwłaszcza w chowanego. Zgodzili się od razu.
Pomysłów na dobre miejsce do schowania nie brakowało. Garaż, piwnica, miejsce gospodarcze, za grządkami groszku – to było dobre miejsce, bo można było sobie co nieco skubnąć. Oprócz tego za drzewami, krzakami porzeczek i tak zabawa trwała w najlepsze.
W pewnym momencie usłyszeliśmy krzyk. I po zabawie. Trzeba było pędzić co sił w nogach, bo te odgłosy wydawała Marzenka. Wyskoczyliśmy wszyscy ze swych kryjówek w poszukiwaniu krzykacza. Co się mogło stać? Zastanawialiśmy się. I ruszyliśmy w poszukiwaniu jej. W końcu jednak ją odnaleźliśmy. Była ukryta w jednym z krzaków. Zajrzeliśmy do niej. Co się okazało? Obok niej znajdował się królik, szary królik. Był bardzo duży, ale i prześliczny. Wszyscy zaczęliśmy wołać: „Jaki śliczny! Co to za słodkie stworzonko! Ojej! Taki piękny! A jaki słodki!"
W końcu usłyszała nas mama, przybiegła i zapytała, co się dzieje? Wskazaliśmy tylko ręką. Spojrzała. Chyba też jej się spodobało nasze znalezisko, a właściwie Marzenki, bo uśmiechnęła się i pogłaskała królika. Mama lubi zwierzęta. Wiedziałyśmy o tym z siostrą, więc od razu zadałyśmy pytanie, czy możemy go zatrzymać. Mama jednak powiedziała, że absolutnie, bo pewnie ma właściciela i trzeba go oddać. Nie podobała nam się reakcja mamy. Myślałyśmy, że będziemy mogły go zostawić. Ale mus to mus.
Zaczęliśmy wszyscy szukać. Chodziliśmy do sąsiadów i pytaliśmy, czy zgubił im się szary królik. W końcu znalazłyśmy właściciela. Był nim nasz niedaleki sąsiad, Józef. Kiedy dowiedział się, że go znaleźliśmy i zrobiliśmy wszystko, żeby odnaleźć właściciela, powiedział Marzence, bo wiedział też, że to ona go znalazła, że może go zatrzymać, jeśli chce. Radości nie było końca! Oczywiście, że chce! Udało się! Będziemy mogły się nim opiekować! Z tą radosną nowiną pobiegłyśmy do mamy, krzycząc już u samych drzwi domu: „Mamo, mamo, królik jest nasz! Możemy go zatrzymać!"
Mama spojrzała na nas z niedowierzaniem: - Jak to? Co się stało? – zapytała. Odpowiedziałyśmy, że pan Józek podarował Marzence zwierzątko. Mama tylko pokiwała głową. Chyba nie spodziewała się takiego obrotu akcji. Jednak królik pozostał z nami. Nazwałyśmy go Uszaty, bo miał piękne długie uszka. Był taki mięciutki i kochany. Codziennie go karmiłyśmy i dbałyśmy o niego. I został członkiem rodziny.
CZYTASZ
Osobliwe przypadki Inki
Short StoryCześć, nazywam się Inka! A to jest mój pamiętnik, w którym zawarłam to, co dla mnie najcenniejsze - wspomnienia, sny, to, co przeżyłam, a także to, co wydaje mi się, że mogłam przeżyć. Pragnęłam zawiązać tutaj choć kawałek tego, co jest w moim sercu...
