Harry był nieswój po spotkaniu z Desem, chociaż udawał, że było zupełnie inaczej, ale Louis wiedział, widział, co kryje się za stwarzanymi przez młodszego pozorami. Wytrzymał jeden dzień, starając się jakoś odwrócić uwagę Stylesa, ale w końcu nie dał dłużej rady i kiedy tylko zjedli śniadanie, zaproponował małe wyjście.
– Może wybierzemy się nad jeziorko? Jest taka ładna pogoda.
Harry zastanowił się przez chwilę, przygryzając wargę, a Louis obserwował uważnie, jak trochę nerwowo owija dłonie wokół kubka herbaty, po czym jego wzrok wędruje do kosza brzoskwiń, który stał na kuchennym blacie, a który zebrali wczorajszego wieczoru.
– Zrobimy to po południu – dodał szatyn.
Młodszy zastanawiał się jeszcze przez moment, ale ostatecznie skinął głową.
– Dobrze, możemy się przejść – powiedział, uśmiechając się do szatyna. Właściwie bardzo dawno tam nie był, więc chętnie spędzi tam trochę czasu, poza tym chyba przyda mu się takie wyjście.
– W takim razie przejdziemy się – odpowiedział szatyn. – Może za godzinkę?
Harry po raz kolejny pokiwał głową.
– Przygotuję kilka rzeczy – oznajmił, a Louis od razu zadeklarował, że oczywiście mu pomoże.
Powoli zrobili dla siebie kilka kanapek, zabrali ręczniki i parę innych przydatnych rzeczy, po czym wzięli rower, żeby nie musieć tego wszystkiego nosić i spacerem ruszyli w stronę jeziorka. Harry planował trochę popływać, zwłaszcza że dzisiaj było naprawdę ciepło i przyjemnie, więc pewnie woda też będzie wystarczająco nagrzana, może nawet posiedzą trochę na wysepce w cieniu drzew. No i oczywiście liczył, że nikogo oprócz nich tam nie będzie, ale raczej rzadko zaglądał tam ktoś z miejscowych. Oby tak było dalej.
W końcu dotarli na miejsce, a Louis rozłożył dla nich koc, natomiast Harry praktycznie od razu ruszył w stronę wody.
– I jak? – zapytał Tomlinson.
– Idealna – odpowiedział Harry, ściągając z siebie koszulę.
Louis zaśmiał się cicho. Poobserwuje trochę Harry'ego, a potem do niego dołączy. Ułożył się wygodnie i wpatrzył w połyskującą taflę. Lubił to miejsce i czasem, kiedy był sam, przychodził tutaj, żeby trochę pomyśleć. To miejsce przypominało mu Harry'ego, więc chętnie tu przesiadywał. Słońce przyjemnie grzało mu kości, a młodszy taplał się przy brzegu i Louis oddałby wszystko, żeby mogli tak trwać już codziennie, nie myśląc o niczym i nie przejmując się wszystkimi rzeczami. Miał naprawdę dobry pomysł, żeby tutaj przyjść.
Poleżał tak dobrych kilka minut, ale w końcu wstał i ściągnął z siebie ubrania, po czym ruszył w stronę wody. Wszedł do niej powoli, dając sobie czas na przyzwyczajenie, ale Harry miał rację, była naprawdę przyjemna, dlatego w końcu rzucił się w nią i przepłynął kawałek. Młodszy pływał niedaleko, więc podpłynął bliżej.
– Może pójdziemy na wysepkę? – zaproponował, stając w wodzie i ocierając dłonią twarz.
Louis również się zatrzymał, ale chwilę później ułożył się na plecach i pozwolił wodzie unosić swoje ciało.
– Możemy, jak najbardziej – odpowiedział.
Popłynęli w tamtą stronę i oboje powoli wygramolili się na brzeg. Gałęzie trochę wbijały się im w stopy, ale oboje szli dalej, aż nie dotarli do pierwszego przewróconego pniaka, na którym usiedli. Spomiędzy paru drzew mieli piękny widok na brzeg jeziora, ale sami byli dość dobrze ukryci i pewnie nikt nie zauważyłby ich, stojąc z drugiej strony, a przynajmniej nie tak szybko.
Młodszy odruchowo położył głowę na ramieniu szatyna. Lubił to miejsce, nie tylko dlatego, że tutaj było pięknie, ale też dlatego, że to właśnie tu po raz pierwszy tak naprawdę całował się z Louisem. I nawet teraz to wspomnienie sprawiało, że czuł dziwne sensacje w żołądku. Po raz pierwszy całkowicie świadomie pozwolił na to szatynowi, tym samym wpuszczając go do swojego życia i nawet nie mając pojęcia, jak diametralnie się ono zmieni, za sprawą starszego mężczyzny, jednak nie żałował, mimo że czasami jeszcze budził się w nocy zlany potem, ale pobyt w Nowym Jorku trochę odmienił jego pogląd na to kim był i kim był szatyn. Louis tylko złożył mały pocałunek na jego głowie, a Harry uśmiechnął się lekko. Wiedział, że jeśli miałby tak naprawdę związać się z kimkolwiek, to tylko z Louisem, to on był tym właściwym człowiekiem. Wiedział, że będzie wspierał go we wszystkim i zawsze będzie mógł na niego liczyć, i może tego nie zauważał, ale to chyba Louis był tym, który tak naprawdę dał mu siłę, żeby uciec z domu i w końcu zmienić swoje życie.
Siedzieli tak w milczeniu dobrych kilka minut, aż w końcu Harry stwierdził, że powinni jeszcze popływać, bo pogoda była naprawdę zachęcająca, Louis zgodził się oczywiście i chwilę później oboje znowu moczyli się w chłodnej wodzie.
Minęła może dobra godzina odkąd tutaj przyszli i kiedy oboje wrócili na koc, żeby trochę się osuszyć. Czuli się tutaj prawie jakby byli na wakacjach, wyciągając twarze do słońca, Harry zjadł dwie kanapki, a Louis po prostu odpoczywał, nie myśląc o niczym.
– Chyba idzie burza – odezwał się w którymś momencie młodszy, widząc ciemne chmury na horyzoncie, a szatyn od razu otworzył oczy, chcąc zorientować się w sytuacji.
– Na to wygląda – odpowiedział, widząc kłębiące się na niebie chmury. – Chyba powoli powinniśmy się zbierać – dodał niezbyt zadowolony z tego, że pogoda pokrzyżowała im plany – ale zawsze możemy wrócić jutro.
Harry uśmiechnął się od razu.
– Myślę, że to dobry pomysł, poza tym deszcz to idealna pora na robienie konfitur i oczywiście możesz mi w międzyczasie pokazać swoją nową książkę.
Louis zaśmiał się od razu.
– Aż dziw, że wspominasz o tym dopiero teraz – odpowiedział, bo przecież Harry zawsze był aż nazbyt zainteresowany tym, co pisał.
Wstał z koca i zaczął wciągać na siebie ubrania, a młodszy zrobił dokładnie to samo, zaraz po tym zerwał się wiatr, którego nie za bardzo się tutaj spodziewali, a który jeszcze bardziej przyspieszył ich pakowanie się. Harry wziął koszyk, a szatyn zabrał rower i kiedy tylko wyszli na o wiele twardszą polną drogę, wsiadł na niego, krążąc młodszemu usiąść na bagażniku. Nie podobało mu się to nagłe załamanie pogody, zwłaszcza że wiedział, jak bardzo Harry bał się burzy, poza tym zaraz mogło się rozpadać. Na początku jak zwykle jechał jak pijany, próbując złapać równowagę, ale szybko wbił się w odpowiedni rytm. Wiatr wiał coraz mocniej, wciskając mu piasek i gałązki do oczu, jednak pedałował, ile miał się, żeby jak najszybciej wrócić do domu, zwłaszcza kiedy czuł, jak Harry coraz mocniej ściska na plecach jego koszulę, powoli zaczynał panikować, a Louis zdecydowanie tego nie chciał.
– Jesteśmy – wysapał po kilku minutach i zatrzymał rower, opierając się nogami o ziemię i dopiero kiedy spojrzał na młodszego, zdał sobie sprawę, że ten miał zamknięte oczy. Nie wiedział, czy ze strachu, czy raczej, żeby osłonić je przed wszystkim, czym ciskał w nie wiatr.
– Co za okropna pogoda – powiedział z oburzeniem Harry, wstając, a Louis zaśmiał się i odruchowo wyciągnął z jego mokrych loków kilka liści.
– Idź do domu, a ja zaprowadzę rower – oznajmił Tomlinson i ruszył w stronę stodoły, jednak nie zaszedł daleko, kiedy coś kazało mu się rozejrzeć. Za domem rozciągało się spore pole, widoczne praktycznie z każdego miejsca ich podwórka i to właśnie tam Louis skierował swój wzrok, chociaż wydawało mu się, że minęły wieki, zanim tak naprawdę dotarło do niego, co widzi. – Harry, natychmiast do piwnicy – nakazał, chociaż sam nadal stał jak wmurowany.
Ledwie trzeci rozdział, a ja już zaczynam 😇
CZYTASZ
Inside these pages you just hold me. Chapter 2: Orient
Fanfiction[[ Inside these pages you just hold me - część 2 ]] Louis nie spodziewał się, że wyprowadzka na wieś tak zmieni jego życie, tymczasem mieszkał w dworku starej Addie już od roku. Najczęściej towarzyszyły mu tam zwierzęta, z Merlinem nieodstępującym...
