XXV - Dalsza droga

169 23 2
                                        

Totalnie zapomniałam o nim wczoraj. Po prostu wróciłam z pracy i wyleciało mi z głowy, że trzeba go dodać hahaha





– Więc mówisz, że w Grecji powinniśmy zakończyć poszukiwanie wskazówek dla Jonathana? – zagadnął Harry, po raz kolejny pakując walizkę. Właściwie to nawet jej nie rozpakowywał, bo spędzili na Sycylii naprawdę krótki czas, zresztą jak wszędzie.

To była intensywna wycieczka, po kilka dni w każdym miejscu i nawet nie chciało mu się wyciągać tego wszystkiego, więc tylko brał potrzebne rzeczy, po czym upychał je ponownie do walizki i jechali dalej.

Rozmawiali też ostatnio trochę o ich związku i wydawało mu się, że wiele sobie wyjaśnili, jednak w dziwny sposób nadal czuł między nimi jakiegoś rodzaju dystans, liczył jednak, że to minie jak najszybciej. W każdym razie cieszył się z tej rozmowy, bo zmienili trochę postrzeganie siebie i miał nadzieję, że teraz już obędzie się bez kłótni i niedomówień.

– Na to wygląda – odpowiedział Louis, samemu upychając rzeczy w walizkę. – Jeśli ten człowiek, którego imienia nie pamiętam, a na szczęście zapisałem je w notesie, zgra się z całą historią, to będziemy mogli nawet zatrzymać się w Grecji trochę dłużej. Nie, żebym nie liczył na to po cichu, bo to wszystko już trochę mnie męczy.

Harry zachichotał się pod nosem. Wcześniej nie wiedział, że praca pisarza była taka wymagająca, chyba że to Louis za bardzo się w to wszystko wczuwał, ale przynajmniej jego książki były przez to rewelacyjne.

– Nie zapomnij o swoich kroplach – dodał jeszcze szatyn, bo czekał ich długi rejs, a nie chciał, żeby Harry spędził go, wymiotując za burtę.

Młodszy przytaknął od razu. Dobrze, że Louis o tym pomyślał, jemu jakoś wyleciało to z głowy, skupiał się raczej na tym, żeby przetransportować ich rzeczy i przede wszystkim kurczaki.





O dziwo rejs minął im szybko, chyba że to Harry już zaczął się do nich przyzwyczajać. W każdym razie wyruszając rano, wieczorem byli już w Koryncie i jak zwykle kwaterowali się w hotelu, przy sprzeczce Louisa z dyrekcją. Na szczęście pieniężny argument szatyna zawsze wygrywał i Harry z jednej strony czuł ulgę, że nikt nie wyrzuci ich kurczaków, a z drugiej zastanawiał się, czy w tym tempie w ogóle starczy im pieniędzy na powrót.

Nie mieli już dzisiaj nic więcej do roboty, więc kiedy tylko drzwi apartamentu zamknęły się za nimi, mogli oddać się słodkiemu lenistwu. Oczywiście po wydzieleniu kurczakom małego wybiegu przy wyjściu na balkon. Ogrodzonego, bo jak inaczej. Harry wziął kąpiel jako pierwszy i siedział tam zdecydowanie zbyt długo, jednak potrzebował takiej chwili relaksu dla siebie, a kiedy w końcu wyszedł, owijając się szlafrokiem, zastał Louisa siedzącego na kanapie i przeglądającego swoje notatki. Szatyn oderwał się od nich od razu i uśmiechnął do młodszego.

– Zamówiłem kolację – oznajmił.

Dopiero po tych słowach Harry zwrócił uwagę na znajdujące się na stoliku w salonie potrawy i wino. Drzwi były pootwierane jak szeroko i mieli tutaj dwie sypialnie, jak zwykle zresztą, jednak prawie nigdy nie korzystali z tej drugiej, oprócz zrobienia w niej bałaganu, jakby ktoś jej używał.

– Coś ciekawego? – zapytał młodszy, wskazując głową na notatki szatyna, jednak ten zgarnął je i po chwili wylądowały na fotelu obok.

– Tylko patrzę, gdzie powinniśmy jutro zacząć – powiedział. – A teraz zapraszam do stołu, mamy tutaj kilka... Rzeczy, których nie pamiętam albo nie potrafię wymówić – zaśmiał się i Harry również wyszczerzył zęby.

Może jednak wracali na dobre tory?

– Wina? – zapytał jeszcze Tomlinson, wstając z kanapy i podchodząc do stolika, na którym już czekały dwa zachęcająco wyglądające kieliszki. Nawet nie czekał na odpowiedź, po prostu wziął butelkę i nalał do nich po trochę, po czym podał jeden Harry'emu, który zajął miejsce na kanapie.

– Znowu próbujesz mnie upić? – zapytał, odbierając kieliszek.

– Ja? Upić? – zaśmiał się szatyn. – Nigdy tego nie zrobiłem, a przynajmniej wbrew twojej woli.

– Rozpijasz mnie od zeszłego roku – przypomniał Harry, upijając łyk wina i aż zmrużył odruchowo oczy. Nie miał pojęcia, jak je ocenić, ale dla niego było pyszne, lekkie i świeże, i nie pogardziłby nawet całą butelką.

Staczał się? Jeszcze rok temu bał się alkoholu jak ognia, a przez Louisa wszystko się zmieniło. On się zmienił. Przez Louisa, Zayna, Liama i Nialla. Odkrył, że świat wcale nie był taki zły, jak sobie wyobrażał, a ludzie nie gardzili nim na każdym kroku, jak był przyzwyczajony. Oczywiście wiedział, że to pewnie zostanie gdzieś w nim nawet do końca życia, jednak powoli rozkładał skrzydła i szykował się do skoku. I najlepsze, wiedział, że go uniosą i pofrunie. Wiedział, bo Louis nigdy nie pozwoliłby mu spaść. Pozwoli mu popełniać błędy i uczyć się na nich, wesprze, kiedy to konieczne, ale nigdy nie pozwoli mu wrócić do stanu sprzed roku. Nie miał pojęcia, jakim cudem los postawił ich na swojej drodze i nie rozumiał, co takiego szatyn w nim zobaczył i nadal widzi, jednak czuł, że jeśli ktoś skoczyłby za nim w ogień, to właśnie on, Louis Tomlinson.

– O czym myślisz? – zapytał Louis, siadając obok i przyglądając się młodszemu, który ewidentnie odpłynął gdzieś myślami.

Harry zarumienił się od razu, jednak odpowiedział. Chciał odpowiedzieć.

– O tobie.

Louis zmarszczył brwi lekko zaskoczony.

– O mnie? – dopytał. – Co takiego?

– Nic szczególnego, po prostu zastanawiam się nad tym wszystkim, nad tym, jaki jesteś wobec mnie i że mnie dostrzegłeś, kiedy inni nie widzieli.

Szatyn uśmiechnął się odruchowo.

– Przerabialiśmy to już, pamiętasz?

– Tak, jednak nadal to wszystko jest dla mnie zagadką – odpowiedział Harry.

– Wolałbym jednak, żebyś przestał się w końcu nad tym zastanawiać i po prostu pozwolił mi się kochać tak, jak na to zasługujesz – przypomniał po raz kolejny szatyn, chociaż był pewien, że jeszcze nie raz wrócą do tego tematu. Harry był zbyt zniszczony, żeby móc od razu otworzyć się na to wszystko, co mu dawał, mimo to i tak poczynili spore postępy i to w tak krótkim czasie.

Młodszy uśmiechnął się lekko.

– Więc mnie kochaj – powiedział.

– Kocham cały czas – oznajmił Louis, po czym pochylił się, żeby złożyć na ustach chłopaka czuły pocałunek i chociaż w nim przelać trochę swojej miłości. – Zjemy coś, zanim to zabrnie za daleko? – zapytał jeszcze, na co Harry zaśmiał się od razu.

Szczerze powiedziawszy, było mu to w tym momencie obojętne, a nawet byłby skłonny stwierdzić, że jedzenie mogło poczekać, chociaż pewnie było pyszne, ale absolutnie nie miał nic przeciwko kilku pieszczotom z Louisem. Wszystko naprawdę wracało do normy i może nawet potrzebowali tych paru kłótni, żeby dostrzec siebie i to, co mają na nowo. Obserwował swoich przyjaciół i oni też czasami się kłócili, więc może to naprawdę było normalne? Nie miał pojęcia, nigdy nie był w żadnym innym związku i nawet nie śmiał o nim marzyć, a jego rodzice... Cóż, oni nie byli dla niego żadnym przykładem, więc nawet nie miał gdzie się czegokolwiek nauczyć czy chociaż zaobserwować, kiedy unikał ich jak ognia, siedząc całymi dniami ukryty w swoim pokoju. Najchętniej wyrzuciłby ze swoich wspomnień ten długi okres swojego życia.

Odstawił kieliszek na podłogę, po czym ujął twarz Louisa w dłonie i przez chwilę patrzył w jego błękitne oczy. Uwielbiał ich odcień. Uwielbiał, kiedy patrzyły na niego właśnie w ten sposób, z tą czułością i determinacją. W końcu pochylił się i złączył ich usta, obiecując sobie, że kiedyś, kiedy już świat się zmieni i będą mogli żyć bez strachu przed innymi, spełni prośbę daną niedawno szatynowi. Nie ucieknie. Już więcej nie. 

Inside these pages you just hold me. Chapter 2: OrientOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz