Rozdział 28.

434 17 1
                                        

Dojechałem pod wskazany wcześniej adres przez Colina w zaledwie dwadzieścia minut. Głowiłem się, czy aby na pewno dobrze zapamiętałem jego pijackie słowa, gdyż na podjeździe stał czarny Dodge Charger najnowszej generacji i gdyby nie Toyota, należąca do Colina, pojechałbym dalej. 

Zmarszczyłem brwi zdezorientowany. Przemknął mi przez głowę pomysł, by obudzić kolegę i zapytać, czy spodziewał się dziś gości, jednak gdy z domu wyszła Rose z przepełnionym pudłem aż po brzegi, zrezygnowałem z tego pomysłu. Bez zawahania wziąłem telefon z samochodu i wyszedłem zdeterminowany z auta, by najpierw to z nią porozmawiać i dowiedzieć się, czego tutaj w ogóle szuka. Nie chciałem fatygować pijanego Colina, by ze swoją byłą kłócił się pod oknami sąsiadów, bo mogliby zrobić z tego zbędną sensację. Jego ojczym jest porucznikiem lokalnej policji, więc mogłoby to być uwłaczające dla całej jego rodziny.

Patrzyłem uważnie na to, jak dziewczyna chowa karton do samochodu, a gdy mnie spostrzegła, wytrzeszczyła oczy i ruszyła z powrotem do środka. Chciała najwyraźniej przede mną uciec i zamknąć się w czterech ścianach, jednak ja byłem szybszy. Chwyciłem za klamkę w ostatniej chwili i szarpnąłem mocno drzwi, które starała się zamknąć za wszelką cenę. Roześmiałem się szyderczo i stanąłem z nią twarzą w twarz, z czego oczywiście nie była zadowolona. Zmierzyłem bezwstydnie wzrokiem jej sylwetkę, a moja mina wykręciła się w grymasie, gdy na jej twarzy nie dostrzegłem ani grama makijażu. 

Cholera, niektóre kobiety nie powinny się tak pokazywać publicznie, w szczególności ona.

— Czego tutaj chcesz? — zapytała z pogardą, krzyżując ramiona na piersiach. Ubrana była przyzwoicie, co nie było w jej zwyczaju. Zazwyczaj stawiała na obcisłe sukienki, które eksponowałyby cycki lub odkrywały tyłek. Włosy miała spięte w wysokiego koka.

Nie wyglądała, jak Rose Bennett.

— Ciebie mógłbym zapytać o to samo. — Zacmokałem złośliwie i wyminąłem ją w wejściu.

 Chciałem sprawdzić, kto jeszcze znajduje się w domu, jednak mogłem się śmiało tego domyślić i wcale nie musiałem się wysilać. Stanąłem na moment w korytarzu i odwróciłem od niej wzrok. Rozejrzałem się po wnętrzu, zmierzając przed siebie. Gdyby nie to, że z wnętrza wydobył się męski głos, pozostałbym w korytarzu. Nie zwracałem uwagi na jej przekleństwa i wyzwiska. Chciałem zobaczyć na własne oczy jej pierdolonego kochanka i w razie potrzeby skopać mu dupę, jak będzie się niepotrzebnie stawiać. Ma tupet, że przyjeżdża do domu faceta swojej kochanki, jakby nigdy nic. 

Przed wejściem do salonu chwyciła mnie mocno za łokieć i szarpnęła w swoim kierunku, jakby miała nade mną władzę. Otóż, nie miała. 

— Nie dotykaj mnie, bo nie ręczę za siebie — warknąłem i odepchnąłem ją od siebie lekko. 

Jej nigdy nie zrobiłbym krzywdy, nie należę do takiego rodzaju mężczyzn, którzy biją płeć piękną, nawet jeśli by mnie cholernie wkurwiła. Chciałem pokazać jej tylko, że teraz to ja stawiam warunki. Nie ona.

Wszedłem do salonu, a adrenalina zaczęła buzować w moich żyłach. Zastałem w pomieszczeniu mężczyznę w podeszłym wieku, rozmawiającego biegle z kimś przez telefon. Stał do nas tyłem, a przodem do okna, w które wpatrywał się uważnie. Wsunąłem dłonie w kieszenie spodni i odchrząknąłem zirytowany, co dopiero po chwili zwróciło jego uwagę. Odwrócił się, marszcząc brwi, a nasze spojrzenia skrzyżowały się. Jego włosy były w pełni siwe, a na twarzy miał wyraźnie widoczne zmarszczki i po chwili przyglądania się mężczyźnie zrozumiałem, że musi mieć naprawdę gruby portfel. 

Zakończył rozmowę, po czym uchylił usta, jednak natychmiast mu wszedłem w słowo. 

— Powiem to raz i powtarzać się nie będę — zacząłem, rozglądając się po wnętrzu salonu. — Macie minutę na opuszczenie tego domu, inaczej dzwonię na policję.

Never Say NeverOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz