Rozdział 11.

21.9K 1K 182
                                        

Alan zatrzymał samochód na podjeździe przed domem rodziców, gdy tylko wjechaliśmy w odpowiednią przecznicę. Zaciągnęłam się zapachem tapicerki i popatrzyłam niepewnie na ukochanego. Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że nie może wejść ze mną do środka. Jego zmiana zaczyna się za pół godziny, więc zanim dojedzie na dzielnice Brooklynu, wybije godzina pracy. Poklepał mnie po udzie i pokrzepiająco uśmiechnął, nawet nie gasząc silnika.

Chwyciłam mocniej uścisk torby i spojrzałam w kierunku drzwi wejściowych do domu.

— Muszę już iść, wiem — powiedziałam niechętnie, czytając bezbłędnie w jego myślach. Skinął jedynie głową i przysunął się do mnie, bym mogła pocałować jego usta na pożegnanie. Nadszedł ten czas, gdy resztę dnia będziemy musieli spędzić w innych dzielnicach, oddalonych od siebie o pięć mil. — Będę dzwonić.

Naciągnęłam czapkę na głowę, co spowodowało jego cichy śmiech. Jego dłoń znalazła się nagle na moim karku i przyciągnął mnie do siebie jeszcze bliżej.

Sapnęłam zaskoczona i usatysfakcjonowana tym gwałtownym ruchem.

— Mam nadzieję — mruknął mi w wargi, po czym łapczywie zaczął je obcałowywać. Chaotyczne gesty dały mi do zrozumienia, że on również będzie za mną tęsknił, ale stanowczo potrzebna nam jest przerwa. Musimy od siebie odpocząć, mimo iż tak źle dzieje w naszym życiu. Przyda nam się to, by poukładać myśli. — A teraz już leć, bo spóźnię się do pracy. Mona w końcu skopie mi dupę.

Poklepałam go delikatnie po policzku i wyszłam z auta, narzucając ciężką torbę sportową na ramię. Westchnęłam, udając przemęczenie ciężarem, a zaraz po tym pomachałam mu na pożegnanie, gdy ruszył z piskiem opon.

Moja twarz wykręciła się w grymasie, gdy stawiałam wolno kroki w kierunku drzwi i sięgnęłam po klucz do doniczki. Musiałam stanąć na palcach, by do niej dosięgnąć, Irwin nie ułatwił mi z pewnością tego zadania.

Napisałam mamie SMS-a, by ją uspokoić, że już jestem w Nowym Jorku. Nie mam pojęcia, dlaczego tak wariuje na punkcie tych cholernych złodziei. Mama zawsze dmucha na zimne i może faktycznie, ma rację. Weszłam do środka i z załamania opadła mi torba na podłogę. Rozejrzałam się przerażona po salonie, jakby przeszło po nim tornado i chwyciłam się za klatkę piersiową. Wszędzie walały się ubrania, półki były powysuwane, a szafki otwarte.

Cholera jasna.

Przełknęłam ślinę z trudem i drżącą dłonią sięgnęłam do kieszeni spodni po telefon. Wybrałam numer rodzicielki i czekałam zniecierpliwiona, aż odbierze przychodzące połączenie.

Mamo, chyba ktoś się tutaj włamał — powiedziałam przerażona, wchodząc ostrożnie na dywan.

~ Kochanie, to moja sprawka... Szukałam portfela przed wyjazdem i trochę nabrudziłam... Dasz radę posprzątać?

Odetchnęłam z ulgą i opadłam z lekkością na kanapę, gdzie walały się drobniaki.

Jest tutaj gorzej, niż w chlewie, bałam się stawiać kroki, by nie nadepnąć na odłamek szkła, bo rodzicielce udało się zbić nawet szkło Irwina do Whisky. Wsunęłam laczki na stopy i niechętnie zabrałam się za sprzątanie. Oznajmiłam jeszcze swojej ukochanej mamie, że postaram się doprowadzić dom do porządku, jednak niczego nie obiecuję.

Samo sprzątanie salonu zajmie mi pół dnia.

Jednak najpierw muszę sprawdzić jedną, najważniejszą rzecz.

Czy pokój, który został przerobiony na gościnny z mojego dawnego pokoju, również jest w tak opłakanym stanie, jak reszta domu. Ostrożnie wchodziłam po schodach i dzięki Bogu, na piętrze było w miarę czysto. Mimowolnie uśmiech rozciągnął się na moich ustach, gdy po uchyleniu drzwi dostrzegłam mój ukochany pokój, w którym znajdowały się setki wspomnień, oczywiście tylko tych pozytywnych. Podeszłam do łóżka i natychmiast opadłam na nie plecami. Pamiętam, jak cieszyłam się, leżąc pod kołdrą, że Alan Braun do mnie napisał i świadomie mnie podrywał w wiadomościach.

Never Say NeverOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz