Rozdział 44.

345 23 6
                                        

Stoję przed wejściem na komisariat, dopalając kolejnego papierosa przez towarzyszący mi stres przed spotkaniem z żoną Greysona. Może być takie prawdopodobieństwo, że mężczyzna będzie znajdować się z domu.

Bóg mi świadkiem, że kobieta nie pozna go, jak tylko go dorwę w swoje ręce. Będę bić go tak długo, dopóki nie przyzna się, dlaczego od samego początku kręcił za naszymi plecami i robił z nas wszystkich idiotów. Jedyną osobą, która miała do niego zastrzeżenia, była Danielle, a każdy z nas zbywał jej podejrzenia. Pluję sobie teraz w brodę przez to, że jej wtedy nie posłuchałem. Mogłoby potoczyć się to inaczej.

— Gotowy? — Przenoszę spojrzenie na znajomego. Gaszę papierosa i wrzucam go do kosza, śledząc wzrokiem rozbawiony to, jak wkłada na głowę swoją policyjną czapkę, by wyglądać na profesjonalistę. — Jedziemy radiowozem — oznajmia, więc kiwam posłusznie głową.

— Jak mam być szczery, to trochę obawiam się spotkania z nią. Musimy ustalić wspólną wersję wydarzeń — mówię, kierując się za nim do samochodu.

Wkładam ręce do kieszeni spodenek i sprawdzam telefon, bo zaczął uporczywie wibrować, doprowadzając mnie tym do szału. Wzdycham, odrzucając połączenie od przyjaciółki i piszę jej krótką wiadomość, że jestem z Colinem, by nie musiała się martwić. Zacieram dłonie, które zaczynają mi się pocić. Zasiadamy w radiowozie i ustalamy jedną wersję. Będziemy musieli trzymać się jej za wszelką cenę.

Najgorsze w tym planie jest to, że ja będę odgrywać w nim kluczową rolę, a Colin będzie grać policjanta, który przyjął zgłoszenie o zaginięciu. Czyli najprościej mówiąc, będzie po prostu sobą.

Nie wiem, czego możemy spodziewać się po Josephine Morrin. Są dwie możliwości.

Pierwsza: kobieta została wtajemniczona w plan Greysona i będzie również kłamać nam w żywe oczy, jak jej mąż, a druga możliwość: nie ma pojęcia o niczym i powie nam wszystko co wie, jak tylko oznajmimy, że Greysona nie ma w szpitalu od kilku dni.

Mam ogromną nadzieję, że jednak ona nie ma zielonego pojęcia o tym, co wyprawia jej facet, bo dzięki temu wyciągniemy o wiele, wiele więcej informacji, które mogą okazać się przydatne w tej sprawie. Po tym, jak już zaplanowaliśmy wszystko od A do Z i spaliliśmy fajki, Colin wyjechał na ulicę Nowego Jorku, wpisując w nawigację wcześniej adres zamieszkania Morrin'ów. Krzyżuję ramiona na klatce piersiowej, nerwowo zerkając na ekran telefonu Loczka i dochodzi do mnie, że za dwie minuty będziemy na miejscu. Pukam niecierpliwie w gips na mojej ręce, dopóki nie dojeżdżamy do małego, schludnego domku jednorodzinnego. Colin zatrzymuje auto na podjeździe.

Wzdycham głośno, gdy dostrzegam ładną, rudowłosą kobietę za niskim płotkiem, bawiącą się z małą dziewczynką, która wygląda jak jej mała kopia. Szeroki uśmiech maluje się na twarzy Josephine Morrin, gdy gładzi dziecko po głowie, a dziewczynka śmieje się głośno, co łaskocze moje bębenki. Dopiero gdy wysiadamy z samochodu, a jej wzrok ląduje na radiowozie, uśmiech gaśnie. Zatrzaskujemy za sobą drzwi i po skinieniu do Colina, że zaczynamy wdrażać nasz niecny plan w życie, idziemy w stronę ogrodzenia.

— Przepraszam bardzo, pani Josephine Morrin? — Jego głos jest profesjonalny, jak na służbistę przystało.

Odchrząkuję niepewnie, stając u jego boku i dopiero teraz dostrzegam zaokrąglony brzuch kobiety. Otrzepuje dłonie widocznie zestresowana, ale nie daje tego po sobie poznać. Dziewczynka wzdycha głośno i chowa się za nogi swojej mamy, od czasu do czasu zerkając na nas spod przestraszona.

— Tak, a o co chodzi? — pyta, skanując wzrokiem najpierw Colina, później mnie. Głaszcze córkę po głowie, by uspokoić ją choć odrobinę, a ta spogląda na kobietę z dołu, jakby była ósmym cudem świata.

Never Say NeverOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz