Rozdział 27

202 38 37
                                        

Kochani! Przepraszam, że tak długo. Nawarstwiło mi się obowiązków i z pisaniem było ciężko. Ale w końcu jest rozdział. Miłego i wesołych!


Było wsunąć dłoń na kark Julii, objąć ją ciasno drugim ramieniem, przycisnąć do siebie...

Było roztrzaskać wargi na jej ustach, odszukać język, porwać go, nie wypuszczać...

Było całować dziewczynę do nieprzytomności!!! Zamiast prawie stracić przytomność...

Raczej zawsze wiedziałem, co powiedzieć i jak się zachować w danej sytuacji. Problem w tym, że niestety przychodziło mi to z opóźnieniem... Właśnie teraz, siedząc przy kolacji, analizowałem masowo popełnione błędy. Wspomnienia wprawiały mnie w okropne zażenowanie. Musiałem powstrzymywać się przed wzdychaniem. Miałem wrażenie, że gorąc widocznie bucha mi z porów. Nie mogłem jeść, a mimo to patrzyłem namiętnie w talerz z tofu. Moja rodzina nie wiedziała, że nie jestem już wegetarianinem.

– Florek, a co słychać u Klaudusi? – mama poruszyła drażliwy temat. Nie akceptowałem wyboru przyjaciela do tego stopnia, że miałem ochotę wstać i wyjść. – Jak wam się układa związek na odległość? Byłam święcie przekonana, że od razu rzucicie się sobie w ramiona. Dlaczego jej tu nie przyprowadziłeś?

– Bywa trudno. – Florian zaczął niepewnie, przesuwając spojówkami w moją stronę. Uświadomiłem sobie, że wbijam w niego krytyczny wzrok. Na nic się to jednak zdało, bo ciągnął: – Ale rozmawiamy codziennie i jakoś znosimy tę tęsknotę. Odbijemy sobie po studiach i jeszcze będziemy mieli siebie dość...

Z tym jednym mogłem zgodzić się z czystym sumieniem! Związek Floriana i Klaudii stanowił największe nieporozumienie pod słońcem. Ja nigdy nie miałbym dość Julii...

Mogłem złapać ją w talii, posadzić na sobie okrakiem i pocałować zachłannie. Albo mogłem poderwać ją nad ziemię i trzymając za pośladki, przycisnąć do ściany. Powinienem był szepnąć jej do ucha, jaka jest piękna...

Marzyłem, żeby cofnąć czas, zareagować inaczej i zastosować te wszystkie genialne wizje, które wpadały mi do głowy. Pragnąłem umieć nieskrępowanie puścić swoje dzikie żądze...

Dni spędzone z Julią w Warszawie pod jednym dachem były zarówno koszmarem jak i niepowtarzalnym darem. Mieszkałem z prawdziwą dziewczyną. To wielki wyczyn w przypadku takiego osła jak ja. A także ogromny wysiłek na wielu płaszczyznach. Byłem wykończony psychicznie i fizycznie. Nie pamiętałem już kiedy ostatnio się wyspałem lub choćby rozluźniłem. Brakowało mi prywatności. Przy Florianie na ogół czułem się zupełnie swobodnie, ale dzielenie z nim pokoju, podczas gdy pozostawałem niemal permanentnie podniecony samą tylko świadomością obecności Julii w pobliżu to istna katorga. Korzystanie z łazienki stanowiło jeszcze większy dyskomfort. Nie umiałem się nawet wysikać bez otworzenia zaworu kranu, celem zagłuszenia dźwięków. A potrzeb miałem więcej... Tej najbardziej krnąbrnej i deprawującej nie byłem w stanie spełnić nawet pod głośnym strumieniem wody z prysznica, przez co zaczynałem na poważnie martwić się o zdrowie swoich jąder. Bolały mnie. Z tego powodu rosło moje ogólne roztargnienie i w efekcie zdarzało mi się zachowywać impulsywnie, niedorzecznie, karygodnie, idiotycznie.

Jak mogłem palnąć do mamy na powitanie, że Floriana boli ząb?

Ech...Westchnąłem przeciągle.

Natychmiast zorientowałem się, że się zapomniałem. Mimowolnie zaciągnąłem potężny haust powietrza, czym do reszty skupiłem na sobie wszystkie spojrzenia.

– Dobrze się czujesz, skarbie? – zapytała mama.

– Oczywiście – bąknąłem. Chciałem zapaść się pod ziemię. Dlaczego byłem taki niedorobiony. Nigdy nie odebrałbym nic bratu, ale teraz pragnąłem dosłownie ukraść jego temperament i cieszyłem się, że nie przyleciał na święta. Kochałem go i tęskniłem, jednak egoistycznie wolałem, żeby Julia nie zobaczyła alternatywnej wersji mnie. Z urody byliśmy z Hektorem jak dwie połówki jabłka, wewnętrznie – ani trochę, chyba że moja część spleśniała.

WUMOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz