Rozdział 5

398 25 0
                                        

Perspektywa Angel.
Po powrocie do willi skorzystałam z toalety i od razu z resztą ruszyłam na patrol. Dzisiaj moim oraz Skarabeusza terenem jest wschodnia część miasta. Niestety często dochodzi tu do porachunków mafijnych. Głównie ze względu na rzadsze patrole policyjne. Skoczyłam na kolejny dach. Dziś było wyjątkowo chłodno w nocy, przynajmniej dla mnie. Mimo,że jestem tu już kilka tygodni nieprzyzwyczaiłam się do tego klimatu. W celi u Slade'a było strasznie ciepło. Przynajmniej tak narzekali jego współpracownicy. Dla mnie było idealnie. W końcu wychowałam się na równikowej wyspie. To cud,że jeszcze nie byłam chora. Pstryknełam palcami i po chwili miałam kostium na ciepłym futerku.
-Zimno ci?
-Nie widać. Nie jestem przyzwyczajona. Jeszcze trochę i wszystko będzie w porządku.
Burknełam w odpowiedzi. On tylko pokręcił głową. Wylądował przede mną zatrzymując mnie.
-Co chcesz?
Zapytałam zirytowana.
-Właź mi na barana. Polatasz trochę ze mną.
Że co proszę?!!
-Chyba się przesłyszałam. Możesz powtórzyć?
-To co usłyszałaś. No dalej. Dla mnie to nic,a ty biegasz cały czas. To trochę nie fair.
Spojrzał wyczekująco. Westchnęłam. No w sumie czemu nie. Nic się przecież nie stanie jeżeli trochę polatam.
-Dobra,ale jak powiem,że chce na dół to lądujesz.
-Się rozumie pani kapitan.
Uśmiechnął się jak chochlik kiedy go coś rozmieszy,ale to już norma. Weszłam na tego barana i wystartował. Fajnie było, nielicząc tego ,że omało nie spadłam.
-I jak?
Zapytał po kilku minutach.
-Super. Musisz mnie brać czasem na takie loty.
-Kiedy tylko chcesz. Poza tym możesz usiąść za skarabeuszem?
Trochę wstyd. Od razu siadłam dalej.
-Sorry. Tak może być?
-Tak,a teraz może zrobimy beczkę?
Popatrzyłam na niego jak na wariata. Na co się tylko zaśmiał.
Spojrzałam na dół gdy usłyszałam strzał. On z resztą też. Dwa gangi, po trzech przedstawicieli , stało na środku ulicy. Za każdym gangiem stał zaparkowany w poprzek samochód. Strzał był ostrzegawczy z tego co widzę.
Jaime chciał lądować.
-Czekaj.
Szepnęłam.
-Po co? Nie zauważyli nas.
-No właśnie. Pozbędziemy się ich pistoletów najpierw. Następnie ty ich przykujesz do ulicy lub samochodu. Skuteczniej i bezpieczniej.
Kiwnął na znak ,że rozumie. Przygotował się do zrobienia swojej części planu. Ja za to wyciągnęłam zestaw noży do rzucania. Jednym precyzyjnym rzutem pozbawiłam ich broni. Żuczek od razu ich przyszpilił.
-Żuczku ty lecisz dalej. Ja ich ogarnę. Później dołączę.
-Dobrze. No to lądujemy i zmykam.
Wylądował na środku ,ja zeszłam z niego i odleciał. Wyciągnęłam komunikator dzwoniąc na najbliższy posterunek policji.
-Tu Luna. Mam tu dla was 6 mafiozów. Ul.Cunningham 45. Czekam na transport dla nich.
-Zrozumiano. Już wysłaliśmy ludzi ,będą za 5 minut. Dziękujemy.
-Pośpieszcie się.
Rozłączyłam się i jak było po wszystkim chciałam wskoczyć na dach. No właśnie,chciałam. Bo ktoś mnie staranował. Nikogo nie było na ulicy. Ja wylądowałam przy hydrancie z lewej strony ulicy. Szybko wstałam unikając kolejnego ataku. Przyjrzałam mu się krótko. Nie ma go w kartotece ani ja go nie znam. Zapewne ktoś nowy. Jakbym miała mało problemów na głowie. Był ubrany w coś takiego.

Usta zakrywała czarna chusta

Ups! Ten obraz nie jest zgodny z naszymi wytycznymi. Aby kontynuować, spróbuj go usunąć lub użyć innego.

Usta zakrywała czarna chusta. Spod kaptura wtstawały białe kosmyki włosów. Napastnik nosił także okularki połówki z czerwonym szkiełkem.
-Kim jesteś?
Zapytałam gotowa do ataku i obrony.
-...To nie ważne.
Miał dziwny widmowy,lekko ochrypły głos. Dziwnie znajomy.
-Czego chcesz? Radzę ci się wycofać.
-Czego chcę?Haha... Ciebie złotko.
Mnie? Kolejny popapraniec,ale ten głos. Jest okropnie znajomy. Niestety, dla mnie ,znam sporo chłopaków o podobnym głosie.
Nie miałam dużo czasu na myślenie o tym bo mnie zaatakował. W ostatniej chwili umknełam przed dwoma jasnozielonymi kulami energii. Jak ja nienawidzę takich kul. Muszę walczyć. Wyjęłam miecz i gotowa do obrony stanełam naprzeciw niego. On za to wygenerował następne. Tym razem pięć kul poleciało w moją stronę. Pobiegłam prosto na niego odbijając kule. O dziwo są to kule obezwładniające. Chce mnie żywą. Tyle dobrego. Przed nim skoczyłam biorąc zamach mieczem. Umknął na prawo ,schodząc na ulice. W jego dłoniach pojawiły się dwa kukrii*.

 W jego dłoniach pojawiły się dwa kukrii*

Ups! Ten obraz nie jest zgodny z naszymi wytycznymi. Aby kontynuować, spróbuj go usunąć lub użyć innego.

-Pora się zabawić.
Mruknełam. Zaatakował z lekkiego podskoku. Zablokowałam obydwa ostrza tuż nad głową,przez co nasze spojrzenia się spotkały. Uderzyłam go w brzuch z łokcia. Cofnął sie na jakieś 2 metry. Od razu zaatakował ponownie rzucając nożami które miał pewnie ukryte w rękawach. Odbijałam każdy cofając się z powodu siły z jaką były rzucane. Wystrzelił około 16 noży. 15 odbiłam ,będąc tuż pod ścianą sklepu spożywczego moje lewe przedramie zostało przebite na wylot. Do tego wbiło się w ścianę. Z powodu bólu krzyknełam i kilka łez spłyneło spod maski. Mój miecz upadł. Za daleko bym dosięgneła. Próbowołam wyciągnąć ostrze. Niestety zbyt głęboko wbite. Szybko sięgnęłam po komunikator. Pan anonim zbliżał się powoli.
-Ktokolwiek mnie słyszy! Potrzebuję pomocy! Natychmiast!
-Gdzie jesteś?
Odpowiedział ojciec.
-Ul.Cunningham! Pośpieszcie się!Aaaaaaaa!
Wypuściłam komunikator z ręki z powodu bólu jako sprawił mi nieznajomy. Ścisnął zdrowe przedramie w dłoni tak,że napewno jest zgruchotane. Z moich oczu wypłyneło więcej ciepłych łez. Wbił w moje ramię  także swoje palce ,przez co jak je wyjmował zabolało co najmniej dwa razy mocniej.Moje policzki były już całe we łzach.
-Luna!!! Co sie dzieje?!!Zaraz będziemy!!! Wytrzym...
Kontakt się urwał z powodu zniszczenia komunikatora. Nieznajomy go rozdeptał. Przynajmniej wiedzą gdzie jestem. Zrobiło mi się słabo. Kiedy zgruchotał mi ramię pewnie uszkodził tętnice. Zbliżył się ponownie. Nasze twarze dzieliły może 4 centymetry.
-A teraz pójdziesz po dobroci. Potrzebuję cię żywej dla mojego Pana.
-Pana?
Udałam zdziwienie. Lekcja numer jeden dla niego. Nigdy nie podchodź zbyt blisko. Jednym mocnym kopnięciem w jego szanowne klejnoty pozbyłam sie chwilowo natręta. Kupiłam sobie troche czasu.
-Ty...suko. Gdyby mój Pan cię niepotrzebował to byś już nieżyła.
-Nie byłbym tego pewien.
Skarabeusz strzelił w niego,a ten uniknął ataku i zniknął w bladoczerwonym portalu. Coraz słabiej mi było. Głupi krwotok!!!
-O rany... Źle z tobą.
Powiedział podbiegając.
-Nie zauważyłam,wiesz?
Ironia w moim głosie była widoczna,ale byłam bliska utraty przytomności. Zajął się moją prawą ręką. Robił wszystko delikatnie. Jego robal ma schowek z opatrunkami pod skorupą. Nowość i zapamiętać. Szybko zatamował krwawienie. Następnie zaczął robić to samo z lewą ,uprzednio wyjmując ostrze. Od czasu do czasu syczałam z bólu na co nerwowo przepraszał. W końcu reszta się pojawiła o dziwo w komplecie.
-Co się stało?
Zapytał ojciec gdy ukucnął obok mnie pod ścianą.
-Całkowity anonim.
Mruknełam.
-Sporo krwi...
Mruknął Grayson.
-Raven. Pomóż tu. Prawe ramię jest tak połamane,że bez magii się nie obejdzie.
Damian wiem,że jesteś zaskoczony tym jak zostałam ranna,ale bez przesady. Raven podeszła i popatrzyła na moją rękę.
-Jak on cię tak załatwił?
Mrukneła.
- Zmiażdżył w swojej dłoni.
Odpowiedziałam słabo. Nie teraz!!! Brakuje mi sił i ledwo widzę. Zaćmiło mnie kompletnie. Straciłam za dużo krwi. Zemdlałam słysząc jak niektórzy panikują.
^ :;&:&^:&:/:;*:;&^&**;;*^;^;^"
Długo mnie nie było,co? Ale się postarałam i dodałam rozdział.
Lunita. ^.^
Kukrii-broń pochodząca z bliskiego wschodu. Służyła do zabijania tygrysów i niedźwiedzi. Była to broń bliskokontaktowa.

Córka BatmanaOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz