Kiedyś obiecałam komuś, kto bardzo wspierał mnie w pisaniu tej książki (była to właściwie jedna z pierwszych osób która o tym wiedziała po mojej przerwie), że jeden z dodatkowych rozdziałów będzie poruszał właśnie ten wątek. Wprowadzał jego miłość, bo on był ulubioną postacią tej osoby. Teraz, od prawie dwóch lat nie ma tej osoby w moim życiu, a ja właśnie publikuję ostatni rozdział tej książki. I mimo że się na niej cholernie zawiodłam, to spełniam swoją obietnicę bo gdyby nie ona, ta książka mogłaby nigdy nie powstać w całości.
Vi <3
Nie miał pojęcia czy ktoś zdawał sobie sprawę, że posiadał swój własny komplet kluczy. On sam nie pamiętał nawet, jak go zdobył. Nigdy przez te lata nie potrzebował go używać. Po co w końcu? Zawsze, gdy tu przyjeżdżał, ktoś był.
Nie wiedział więc, dlaczego tym razem zdecydował się przyjechać tutaj, gdy miał pełną świadomość, że nikogo nie będzie. Mógł przecież wrócić do swojego własnego mieszkania w centrum Palermo. Nie było to jednak to samo co ten piękny dom na wzgórzu.
Nie czuł jednak nigdy zazdrości. Z jego perspektywy bowiem, nie miał czego zazdrościć. I były takie momenty, w których dotkliwie utwierdzał się w tym przekonaniu.
- Cześć — mruknął, biorąc zwierzątko na ręce — no ja wiem, jesteś takim fajnym kochanym kotkiem — Wykorzystywał sytuację, gdy był sam. W towarzystwie nigdy nie przyznałby się do nazwania Safiry kotem. Wtedy zawsze był to „łysy szczur", który koło kota nawet nie stał.
I choć on doskonale zdawał sobie sprawę, że każdy wiedział, że była to pewnego rodzaju gra. Idealna okazja do droczenia się z Azurrą, którą za każdym razem wykorzystywał. Lubił te momenty, gdy marszczyła groźnie nos i mrużyła oczy, chcąc wyglądać tak samo niebezpiecznie, jak jej mąż.
- No twoi właściciele jeszcze nie wrócili i z tego, co mi wiadomo, to jeszcze trochę im to zajmie — pogłaskał zwierzątko po łysej główce — myślisz, że w tym super zajebistym barku jest jakaś fajna whisky starsza ode mnie? - zapytał, kierując się w stronę wspomnianego mebla.
Po drodze delikatnie odstawił kota, na jeden z kilku drapaków, które rozsiane były po całym domu. Safira miała naprawdę wystawniejsze i lepsze życie niż on.
Otworzył szafkę skrywającą najróżniejsze alkohole. Wiedział, że nie była to pełna kolekcja Lothaira, kilkakrotnie więcej butelek schowanych było w piwnicy. Tak, znał ten dom naprawdę dobrze. Szczególnie że zwykle, gdy tu przyjeżdżał i tak musiał się sam obsługiwać. Gościnność nie była tutaj na najwyższym poziomie. Nigdy jednak nie narzekał.
Westchnął głęboko, nie widząc niczego ciekawego. Nie miał zamiaru schodzić piętro niżej, aby na serio wziąć coś starszego. Wychodził z założenia, że we większości sytuacji chuj go obchodziło ile dane whisky czy inny alkohol miał lat. Wszystko i tak smakowało okropnie, a jego interesowało tylko to czy da się tym upić. Po co innego w końcu pić alkohol?
Chciał chwycić jedyną otwartą butelkę, jednak szybko zreflektował się, widząc ulubiony trunek Lothaira. Wypicie tego naprawdę mogło skończyć się dla niego źle, jeżeli mężczyzna nie byłby w dobrym humorze. Wziął więc losową butelkę, którą najprawdopodobniej widział pierwszy raz na oczy, a po wypiciu jej i tak zapomni, co spożywał.
- Kultura czy wygoda? - zapytał sam siebie, zastanawiając się, czy powinien nalać sobie odrobinę do szklanki, czy może wypicie tego z gwinta nie byłoby lepszym pomysłem — dobra niech ci będzie — mruknął, zamykając barek — będzie na wpół kulturalnie.
Przeszedł do jasnej kuchni, otwierając odpowiednią szafkę, w której znajdowała się potrzebna mu szklanka. Przez ułamek sekundy patrząc na uporządkowane wnętrze, przez głowę przemknął mu obraz jego kuchni zastawionej pudełkami po gotowym jedzeniu. Mógł się zakładać, że każdy na jego miejscu też doprowadziłbym pomieszczenie do takiego stanu. Przynajmniej starał się łudzić w ten sposób.
Otworzył wybraną przez siebie butelkę alkoholu i zabierając ze sobą także szklankę, udał się z powrotem do pokoju dziennego. Zajął miejsce na jednym z dużych foteli, przy którym stał niewielki stoliczek kawowy. Napełnił szklankę bursztynowym płynem po same krawędzie, zastanawiając się, czy ci wszyscy kulturalni ludzie serio nalewają tylko troszeczkę.
I czy gdy chcą się najebać, to nie robią nic innego niż nalewanie jednej osiemsetnej szklanki alkoholu, picie to jednym łykiem, a potem znowu napełniają taką ilość i tak w kółko?
***
Nie musiał długo czekać, aż drzwi nie jego domu zostaną otarte ponownie. Zajęło to lekko ponad połowę jego — nie jego a Lothaira — butelki whisky.
W międzyczasie Safira, mając do dyspozycji pierdyliard miejsc do spania, wybrała jego nogi. Więc sobie tak siedział, ze śpiącym kotkiem na kolanach, napełniając co chwilę szklankę alkoholem. Teraz jednak zwierzak wolał zbadać, kto wszedł do domu, więc mężczyzna też podniósł się ze swojego miejsca.
- Jak tam mój bratanek? - zapytał głośno, podchodząc do Azurri i Lothaira.
- A ty co tutaj robisz? - odpowiedziała pytaniem, na pytanie blondynka zdziwiona niespodziewanym gościem.
- Loth ci nic nie powiedział? Byłem pewny, że sam mnie tutaj wpuścił, bo nie uwierzę, że tak po prostu wystarczy mieć klucz, żeby tu wejść.
- Byłaś zajęta podpisywaniem papierów adopcyjnych, więc nie zawracałem ci głowy, a potem po prostu zapomniałem — wzruszył ramionami Lothair.
- Dobra, mniejsza — mężczyzna machnął dłonią — pokażcie mi tego słodziaka — podszedł do dziewczyny trzymającej na rękach małe ciałko owinięte kocem — No chyba sobie ze mnie żartujecie!
- Nie wiem, o co ci chodzi bracie — westchnął starszy z mężczyzn, chociaż jeden z jego kącików ust uniósł się delikatnie.
- Macie jakiś fetysz łysości czy co? Nie było takiego z włosami? Sierścią? Futrem? Łuskami? Czymkolwiek? - zapytał, patrząc się na nich z niedowierzaniem.
- Lo! - krzyknęła Azurra przez śmiech — a żebyś wiedział, że nie było — stwierdziła, mocniej przytulając zawiniątko do piersi.
- No co? Jeszcze jeden raz jestem jeszcze w stanie zrozumieć, ale żeby za drugim razem popełnić ten sam grzech?
- Dramatyzujesz i wypiłeś mi whisky — stwierdził spokojnie Lothair, uważnie obserwując swojego brata.
- Nie no serio dwa łyse koty? To o dwa za dużo — powiedział, co wywołało śmiech blondynki, która przeszła obok niego — A co do tego whisky to zostało jeszcze prawie pół butelki.
- Chodź Lohlan do mojego gabinetu — westchnął Lothair, zgarniając do połowy pełną butelkę i kierując się w stronę wspomnianego pomieszczenia. Po drodze obdarowując krótkim buziakiem swoją żonę.
- Brzmisz jak nasz ojciec, przysięgam. Traumatyzujące — lamentował młodszy z braci, jednak grzecznie także skierował się do gabinetu. To był właśnie ten moment, w którym pożałował, że w ogóle wpadł na tak głupi pomysł, jak przyjechanie tutaj. Wiedział w końcu, że to nie mogło skończyć się inaczej.
Ta myśl towarzyszyła mu, gdy rozłożył się na kanapie znajdującej się w gabinecie Lothaira. Wypomniał sobie to, że nie pomyślał, że przed jego starszym bratem nic się nie ukryje.
- To teraz możesz powiedzieć, co się stało? - powiedział Loth, zamykając za nimi drzwi.
- Co? Nic się przecież nie stało — wzruszył ramionami, obserwując jak drugi mężczyzna, odstawił w połowie pustą butelkę na stół przed nim — Az była tak nakręcona na drugiego kotka, że stwierdziłem, że przyjadę zobaczyć czy w końcu będzie to wyglądający jak kot, kot.
- Jasne i dlatego przyjechałeś, gdy nas nie było, i wypisałeś pół butelki whisky — prychnął ironicznie Lothair — suń tę dupę i zrób mi miejsce, a potem mów, o co chodzi.
- Matko — jęknął męczeńsko mężczyzna, robiąc więcej miejsca bratu — co się tak roztyłeś, że nie starcza ci miejsca?
- Spierdalaj i nie zmieniaj kurwa tematu.
- Mówię prawdę, powinieneś wrócić od treningów więcej razy w tygodniu, chyba że to już ten wiek — mruknął Lochlan, nic nie robiąc sobie z uwagi brata.
- Oberwiesz zaraz, zachowujesz się jak piętnastoletni dzieciak — westchnął Lothair, upijając łyk alkoholu z gwinta, po czym podał butelkę młodszemu mężczyźnie.
- A ja próbowałem być kulturalny i nawet szklaneczkę wziąłem! - oburzył się Lochlan, naśladując jednak brata i pijąc prosto z butelki.
- widziałem właśnie na kamerach, było tak kulturalnie, że zastanawiałem się, kiedy przelejesz szklankę.
- szczegóły — Lochlan machnął niedbale ręką.
-Dowiem się więc, co się stało?
-Matko teraz brzmisz jak matka — jęknął męczeńsko w odpowiedzi.
Między mężczyznami zapanowała chwila ciszy, przerywanej jedynie pojedynczymi stuknięciami szklanej butelki z alkoholem. Oboje bardzo dobrze zdawali sobie sprawę, że Lochlan nie bez powodu przyszedł akurat tutaj. Były bowiem takie sprawy, które najlepiej rozwiązywało się z rodzeństwem.
- Miałeś kiedyś tak, że nienawidziłeś tego, co robimy jednocześnie, nie mając nawet najmniejszej ochoty z tego rezygnować? - zapytał Lochlan, upijając kolejny łyk whisky.
- Tak, często, gdy muszę poinformować moją żonę o tym, że nie wracam na noc, albo nie będzie mnie przez kilka dni i widzę na jej twarzy to pierdolone przerażenie, bo boi się, że w ogóle do niej nie wrócę.
- Chciałeś kiedyś dla niej zrezygnować z tego wszystkiego? - zadał kolejne pytanie.
- Czy przeszło mi to przez myśl? Tak. Najpewniej nawet kilkukrotnie, ale czy kiedyś naprawdę zacząłem się nad tym zastanawiać? To nie, tu jest moje miejsce, tu się odnajduję, nie przeszkadzają mi ręce brudne od krwi, trupy i sumienie. Az doskonale o tym wie. - odpowiedział na pozór spokojnie Lothair, jednak w jego środku, zaczął kotłować się niepokój i strach. Domyślał się, do czego ta rozmowa prowadzi i nie było to nic przyjemnego dla żadnego z nich.
- A jakby Azurra powiedziała ci, żebyś odszedł?
- Głupie pytanie. Jak bardzo brutalnie to nie zabrzmi, to jest rzecz, na którą ona nigdy nie będzie miała wpływu. Nie może uwolnić się ani ode mnie, ani od mafii.
- Dobra, a gdyby sytuacja wyglądała trochę inaczej i mogła od ciebie odejść. Czy jeżeli postawiłaby ci ultimatum albo koniec z mafią, albo ona zostawia cię na zawsze, to co byś zrobił? - pytania Lochlana coraz mocniej niepokoiły starszego z braci, któremu coraz mniej podobał się przebieg tej rozmowy.
- Nienawidzę tego twojego gdybania — westchnął Lothair — opuszczenie mafii ani w moim przypadku, ani w jej przypadku nie jest możliwe. Nawet gdyby legalnie mogła ode mnie odejść. Nawet gdybym w tym momencie powiedział jej, że może zrobić, co chce i nie jest już moją żoną to i tak nie byłaby bezpieczna. Cały czas ciągnęłoby się za nią fatum bycia żoną Capo. Cywila jest łatwiej ukryć, nowa tożsamość, fryzura, odległa mała wioska zrobione tak szybko, że nikt się nie zorientuje. Jeżeli teraz ktokolwiek dowiedziałby się, że moja żona ode mnie odeszła, nieważne czy byłaby obecną żoną, czy byłą i tak szukałoby ją w chuj ludzi liczących, że tak dopadnie też mnie. To samo jest ze mną, póki jestem Capo, jestem uważany za najsilniejszego dla wrogów i nietykalnego dla sojuszników. Jeżeli wyrzekłbym się te pozycji, nie byłoby mowy o sojusznikach, o jakichkolwiek kontaktach, możliwościach. Więc gdyby Az zagroziła mi, że albo opuścimy to gówno razem, albo zrobi to sama, to dla jej pierdolonego bezpieczeństwa trzymałbym ją tutaj mimo sprzeciwu. - zakończył brunet, mrużąc oczy — Usatysfakcjonowany odpowiedzią? Jeżeli tak, to proszę mi teraz wytłumaczyć skąd ci, to przyszło do głowy.
- Mówiłem ci jakiś czas temu, że zacząłem spotykać się z jedną dziewczyną.
- Czekaj to ty tak na serio wtedy? Mówiłeś o niej tak, jakbyś chciał ją jedynie zaliczyć, a nie wchodzić w związek.
- Czy ty człowieku mógłbyś mi nie przerywać? - warknął Lochlan — wracając, tak zacząłem spotykać się z nią tak na serio. Nikt o tym nie wie i sam nie wiem, dlaczego w sumie tak do końca, ale jesteśmy w czymś poważniejszym już kilka miesięcy. I ona jest na serio zajebista, ładna, miła, zabawna, pomocna i mogę tak w nieskończoność, ale to mniejsza. Wiesz, w końcu czuję, że to serio może być ta jedyna.
- Rozumiem chyba, ale nadal nie łączy mi się kilka faktów. Plus, dlaczego nikt o tym nie wie? Zawsze byłeś pierwszy do pokazania się z jakąś ładną dziewczyną.
- Dobra tak w sumie to wiem, dlaczego wam jej nie przedstawiłem. Ona pracuje w tej samej klinice co ja nie? A tam często przyjeżdżają nasi z ranami postrzałowymi czy ogólnie poturbowani. Satori zdaje sobie sprawę, co to są za ludzie i czym się zajmują, przynajmniej powierzchownie. I tu pojawia się problem. To nie jest ten typ kobiety, którą będzie kręcić mafioso, wielki zły człowiek, którego się wszyscy boją. Mam czasami wrażenie, że ona wręcz gardzi ludźmi takimi jak my.
Kolejny raz pomiędzy nimi zapanowała chwila ciszy.
- Zaprosiłem ją dzisiaj na obiad, wiesz wszystko super, gadamy sobie, dzień jak co dzień od kilku miesięcy. I ona się mnie pyta, czy wiem coś na temat tego, co robią ludzie, którzy trafiają do kliniki oraz czy nie przeszkadza mi to, co oni najprawdopodobniej robią. Kurwa nie miałem pojęcia co mam jej na to wszystko odpowiedzieć. No w sumie to sam strzelam do ludzi, jak akurat nie leczę innych?
- Lochlan...
- Tak wiem, najlepiej to by było z nią zerwać cały kontakt. Bo nie dość, że mnie nigdy nie zaakceptuje, to jeszcze może być zagrożeniem dla nas wszystkich. Ale kurwa nie potrafię, ta kobieta z każdym kolejnym dniem kręci mnie coraz mocniej i nie wyobrażam sobie skończyć tej relacji. Pierwszy raz się zakochałem, tak naprawdę zakochałem i jest jedno wielkie gówno. - Młodszy z braci schował twarz w dłoniach. Kilka razy w życiu czuł się naprawdę bezradny, za każdym poprzednim razem był jednak dzieckiem, które zawsze mogło pójść do mamy po pomoc, teraz jednak sam musiał rozwiązać problem, z którego było tylko jedno wyjście.
- Chcesz dla niej opuścić organizację? - zapytał niepewnie Lothair, stracił już całą swoją moc w głosie, obdarzając brata jedynie zmartwionym spojrzeniem.
- Nie wiem — odpowiedział Lochlan — Nie chcę opuszczać tego wszystkiego, tutaj jest moje miejsce. Odejście ma więcej minusów niż plusów i tak jak powiedziałeś, nigdy nie daje spokoju, a wieczną ucieczkę. Ja po prostu nie mam pojęcia, co powinienem zrobić.
- Wiesz, że nie jestem najlepszą osobą do tego typu spraw? Tylko ci przypomnę, że od kilkunastu lat miałem wybraną żonę.
- Jako jedyny mimo bycia Capo myślisz racjonalnie. Amadea kazałaby mi poświęcić wszystko dla miłości, tata kazałby mi poświęcić wszystko dla mafii, a mama kazałby mi iść za głosem serca. Problem jest taki, że moje serce ze mną nie rozmawia i go nie słyszę więc rada do dupy — prychnął Lochlan.
- Sprawdziliście ją?
- Kurwa ty serio jesteś beznadziejny — mruknął w odpowiedzi — Tak, wszystko, co się dało. Jest czysta, nie znaleźliśmy też śladów, jakoby ktoś grzebał przy jej życiorysie i próbował coś zataić.
- To w takim razie zaproś ją na obiad w przyszłym tygodniu tutaj — Lothair wzruszył ramionami.
- Co?
- Zaproś ją tutaj na jakiś obiad. Myślę, że dobrym pomysłem będzie, jak zacznie poznawać naszą rodzinkę po kolei, a niżej rzucić ją od razu na głęboką wodę pod spojrzenie naszego ojca — wyjaśnił starszy z braci.
- Spodziewałem się bardziej czegoś w stylu, „Daj sobie spokój Lo, nic z tego nie wyjdzie" - odparł zdziwiony mężczyzna, wykonując w powietrzu znak cudzysłowu.
- Jeżeli uważasz, że to jest ta jedyna, to dlaczego miałbyś nie spróbować. Masz być tylko kurwa uważny, zanim jej cokolwiek zdradzisz. Uważam jednak, że zapoznanie mojej żony z tą twoją Satori? Tak? Dobrze pamiętam?
- Staruch — mruknął Lochlan.
- Spierdalaj dzieciaku — odgryzł się Lothair — wracając. Ich zapoznanie się ze sobą może przynieść naprawdę dużo dobrego. Owszem Azurra może jeszcze nie jest najlepsza w stosunkach z nieznajomymi, ale na pewno ucieszy się z poznania nowej osoby i pomoże przekonać ją do ciebie mimo tego, co wyrabiasz na co dzień.
- Zrobilibyście to dla mnie?
- Nie zadawaj tak głupich pytań, bo cię pierdolnę. - skwitował Lothair, pociągając łyk bursztynowego płynu.
- Dzięki bracie — zaśmiał się Lochlan, na którego twarzy na nowo zagościła radość i pewnego rodzaju nadzieja.
- Ale następnym razem jak kurwa będziesz miał rozterki miłosne z łaski kurwa swojej, idź do siebie pić swoje whisky, a moje zostaw pod moją nieobecność w spokoju. Bo przyprawiłeś mnie o zawał serca i serio myślałem, że ktoś się włamuje.
- Zobaczy się, ale nic nie obiecuję — parsknął Lochlan — Dobra zaproszę ją tutaj, ale obiecaj, że postarasz się nie udawać ojca.
- Nikogo nie udaję — Loth zmrużył niebezpiecznie oczy.
- Jak to? Oboje macie taką wkurwioną minę i wtedy wychodzą wam tutaj zmarszczki — Lochlan ze śmiechem dotknął czoła swojego brata — No i wtedy strach się przy was odzywać, bo wyglądacie jak wściekłe chihuahua.
- Kurwa ty się serio prosisz, o wpierdol.
CZYTASZ
Promesso
RomanceMiała sześć lat gdy padła decyzja o wydaniu ją za mąż. Wszystkie lata swojej młodości spędziła pośród marmurowych ścian portugalskiej willi ze świadomością, że została sprzedana siedem lat starszemu mężczyźnie. Mężczyźnie, który w przyszłości miał z...
