IV "Król Trędowaty"

621 38 16
                                        


    Młodzieniec o twarzy skrytej za bandażami i srebrną maską obserwował zachód słońca nad Wzgórzem Świątynnym i Ścianą Płaczu, nie słuchając już posiedzenia baronów, w którym uczestniczył. W jego głowie tliły się myśli, jak bardzo piękne jest miasto i jak wspaniale pachnie baklawa i że najchętniej poszedłby spać, ale niestety był królem i musiał zajmować się swoim państwem.
    Całe jego chore ciało było dokładnie obandażowane i ubrane w najlepsze tkaniny, jakie tylko można było znaleźć w Jerozolimie i całym państwie aż po Damaszek. Oparł brodę na lewej, trochę już sparaliżowanej ręce i przymknął oczy, licząc, że nikt tego nie zauważy.
    - Dlatego uważam, że powinniśmy koniecznie wyeliminować Renalda z Châtillon. Jest nieobliczalny. - Zakończył swój wywód Rajmund z Trypolisu. Młody król wzdrygnął się, słysząc znienawidzone nazwisko.
    - Też uważam, że powinniśmy się go pozbyć. - Powiedział, prostując się lekko. Rajmund pokiwał głową i potarł szpakowatą brodę. - Już kolejny raz atakuje Saracenów w momencie, gdy obowiązuje nas traktat pokojowy.
    - Panie, to nie będzie takie łatwe... - zaczął niepewnie patriarcha Jerozolimy, Tyberiasz. - Ten człowiek jest niemal nietykalny...
    Rajmund prychnął.
    - Nikt nie jest nietykalny. Ten człowiek ma zbyt wiele krwi na dłoniach. Król Baldwin znajdzie sposób, by go okiełznać. - Stwierdził, spoglądając na młodego władcę. Obdarzał go ogromnym szacunkiem, mimo że sam miał już czterdzieści trzy lata, a król jedynie dwadzieścia.
    - Uważam, że na sprawie Renalda powinniśmy zakończyć dzisiejsze posiedzenie. - Rzekł donośnie Wilhelm z Tyru, opierając się o ścianę za tronem Baldwina. - Król jest zmęczony. Ma również inne obowiązki.
    Normalnie Baldwin by się zirytował. Odwrócił się w stronę podstarzałego arcybiskupa i staksował go spojrzeniem. Skurcz w dłoni przypomniał mu jednak, że faktycznie jest wykończony, a nawet jeśli ma jakieś "inne obowiązki" to je oleje, bo jest królem i może wszystko. Milcząc, znów spojrzał na pozostałe twarze w Sali Obrad pałacu Jerozolimskiego i kiwnął głową. Rajmund ukłonił się jako pierwszy, ale wyszedł jako ostatni, do końca opierając się rozkazowi króla.
    - Mam nadzieję, że zrobisz wszystko, żeby powstrzymać Renalda i Templariuszy. - Powiedział cicho, gdy wszyscy baronowie poza nim i Wilhelmem opuścili pomieszczenie. Baldwin westchnął i zamrugał błękitnymi oczami.
    - Odkąd samodzielnie zacząłem rządzić tym królestwem, myślę tylko o tym, jak pozbyć się moich wrogów. Sam doskonale wiesz, że takie sprawy ciągną się latami...a ja ich nie mam. - Wyjaśnił z przekąsem, pochylając się lekko. Rajmund opuścił wzrok.
    - Ja wciąż liczę na cud. - Szepnął tylko, ukłonił się ponownie i również wyszedł.
    - Mam wrażenie, że baron Trypolisu wymaga od ciebie zbyt wiele. - Powiedział Wilhelm, podchodząc do tronu Baldwina i pomagając mu wstać. Chłopak potarł lekko sparaliżowaną dłoń prawym kciukiem a następnie posłał swojemu wychowawcy sarkastyczne spojrzenie którego i tak nikt nie zobaczyłby spod maski.
    - Wszyscy wymagają ode mnie zbyt wiele, Wilhelmie. Innych ludzi w mojej sytuacji nawet nie wpuszcza się za mury miasta. - Rzekł i uśmiechnął się trudem, ale i tego nikt by nie zobaczył. Odkąd trąd zaatakował jego twarz, nigdy nie pokazywał jej nikomu, poza swoimi medykami. Ruszyli wspólnie przez imponujący pałac, pamiętający czasy Cesarstwa Rzymskiego. Mury ozdobione były freskami i mozaiką, licznymi tarasami i łukowatymi korytarzami przechadzały się pawie. Palono pachnące kadzidła, służący chodzili ubrani na modłę arabską, wszędzie unosiły się delikatne dźwięki wschodniej muzyki, ale Baldwin myślał tylko o tym, że czuje baklawę. Chciał ją zjeść przynajmniej od godziny i nie miał zamiaru czekać kolejnej. Mimo to nie odzywał się, gdy Wilhelm nie opuścił go, gdy przechodzili pod główną, pozłacaną bramą. Razem przeszli do wschodniego skrzydła, gdzie znajdowały się komnaty rodziny królewskiej.
    - Przyszły odpowiedzi z Europy. - Zaczął arcybiskup, podchodząc do mahoniowego biurka króla. Ten zatrzymał się w półkroku i wydał z siebie niezidentyfikowany dźwięk. Następnie, niczym obrażone dziecko zasiadł do szachów i zaczął grać sam ze sobą.
    - Nie ożenię się. - Powiedział tylko, obserwując Wilhelma spod byka. - Trąd jest zaraźliwy.
    - Nie ten, na który ty chorujesz. Wszyscy w tym pałacu również byliby trędowaci, gdyby było inaczej. - Zauważył dość trzeźwo starszy mężczyzna. Następnie zaczął rozrywać nieliczne listy zwrotne. Gdy tylko syn siostry króla, jedyny możliwy dziedzic tronu zginął, niefortunnie spadając z konia, a sama kobieta popadła w depresję, szaleństwo, a następnie zaszyła się na ziemiach swego idiotycznego męża, wszyscy mądrzy ludzie w Jerozolimie stwierdzili, że dwudziestoletni król musi, ale to musi się ożenić i jeszcze mieć dziecko. Syna najlepiej, oczywiście. A jeszcze rozsądniej - dwóch, na wypadek gdyby któryś też spadł z konia.
    - Księżniczka Niderlandzka...- zaczął, czytając wyrywkowo. Baldwin skończyć udawać, że robi coś sensownego i po prostu zaczął bawić się między palcami figurką konia, obserwując i słuchając wychowawcy. - Najpiękniejsza niewiasta w Europie...włosy koloru dębu...
    - Imponujące porównanie. - Zauważył zgryźliwie chłopak.
    - Wykształcona w pięciu językach, głos jak anioł, cicha i wielce pobożna. - Zakończył Wilhelm i spojrzał na króla.
    - Ale ma włosy jak dąb. Jak, do cholery, wyglądają włosy jak dąb?
    - Pewnie jak dąb. - Zgasił go starzec i rozerwał kolejny list. - O, ta jest z bliska. Księżniczka wenecka. Wesoła, żywa, zdolna do urodzenia wielu dzieci.
    - Czyli w skrócie, tłusta jak Renald z Châtillon o inteligencji karczmarki. - Stwierdził chłopak.
    - Jak na trędowatego jesteś wybredny.
    Baldwin prychnął i pokręcił głową. Potrafił zdystansować się w stosunku do choroby, która zniszczyła mu życie.
    - ...księżniczka Pomorska...gdzie to...ah tak, na północy. Ziemie schrystianizowane stosunkowo niedawno.
    - Poganka jak nic.
    - Doskonale jeździ konno, wszechstronnie wykształcona, zahartowana o świetnym zdrowiu...
    - No z tego co wiem, na północy ludzie zwykle są zahartowani. Straszliwie tam zimno. Ktoś kiedyś powiedział, że brody zapuszczają tam nawet kobiety.
    - Nie skreślaj jej tak od razu. - Przerwał mu Wilhelm. Baldwin uniósł wysoko brwi, ale i tak nikogo to nie obchodzi, bo jego twarz była wiecznie zakryta maską. - W momencie gdy chorowitość jest plagą w twojej rodzinie, świeża, zdrowa krew może wiele pomóc.
    Król pomyślał, że, cholera, ma rację. Poza tym nigdy jeszcze nie spotkał człowieka urodzonego na "dzikich, słowiańskich ziemiach".
    - Jeździ konno...- dodał arcybiskup, zdając sobie sprawę ze słabości, którą chłopak odczuwał do koni. Nawet choroba nie powstrzymywała go od hodowania w pałacowych stajniach najlepszych ras i jeżdżenia po okolicach.
    Baldwin zmrużył oczy, starając się ocenić zamiary wychowawcy. Nikt nie słyszał o żadnym Pomorzu, więc księżniczka najpewniej siedziałaby cicho, onieśmielona nową ojczyzną. Między innymi dlatego zrezygnowali z poszukiwań wśród Jerozolimskiej szlachty - potrzebowali kobiety, która urodzi dziecko i będzie tłem. Przenośnego inkubatora bez wysoko postawionej rodziny.
    - Wyślę im odpowiedź. - Powiedział arcybiskup, po długiej ciszy. Baldwin przełknął ślinę i zapatrzył się na figurkę konia w dłoniach. Na stole leżało jeszcze kilka kopert, ale żaden z nich nie palił się do otwierania ich. - To tylko małżeństwo, Baldwinie. Dzięki niemu zagwarantujesz królestwu przyszłość.
    Chłopak westchnął i podrapał zabandażowane strupy na rękach.
    - Ja idę zjeść baklawę. - Powiedział tylko.

KrólestwoOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz