Zaktualizowaliśmy nasze Wytyczne Treści.
Zapoznaj się z najnowszymi wytycznymi, aby nadal bezpiecznie udostępniać historie.

VII "Królewski ślub"

642 35 13
                                        


    Gdy Baldwin w końcu oderwał wzrok od odbicia swojej zniszczonej twarzy, do kompleksu jego komnat weszli medycy. Jak zwykle milczeli i jak zwykle unikali z nim kontaktu wzrokowego. Chłopak siedział półnago obok lustra i czekał, aż wetrą w niego olejki i inne dziwne preparaty które i tak nie działały. Oddychał ciężko za każdym razem, kiedy go dotykali - kontakt fizyczny zazwyczaj przynosił mu piekący ból.
    - Ceremonia została maksymalnie skrócona, abyś nie musiał się męczyć. Przez większość czasu będziesz też siedział, panie. - Oznajmił na dzień dobry Wilhelm z Tyru, wchodząc do komnat i przeglądając jakieś papiery. Baldwin westchnął.
    - Przynajmniej tyle...- mruknął. - Już czuję się zmęczony.
    Starszy mężczyzna stanął na wprost niego i poczuł napływający smutek. Pamiętał jeszcze czasy, gdy król był pięknym chłopcem o blond włosach i błyszczących, błękitnych oczach. Pamiętał, jak cały zdrów biegał po pałacu z innymi chłopcami. Jak rwał się do uczestniczenia w konnych gonitwach.
    Teraz siedział przed nim wysoki, szczupły i straszliwie zniszczony chłopak. Jego lewa dłoń, poczerniała i cała w bąblach, zwisała smętnie z poręczy krzesła. Klatka piersiowa ledwie przypominała to, czym była, pokryta otwartymi ranami i łuszczycą. Na twarz starał się nie patrzeć.
    - Zostało jeszcze kilka godzin. Nie musisz się spieszyć. - Dodał i opuścił głowę. Młody król kiwnął i zupełnie nagle zaczął się stresować.
    Dotychczas nie myślał o całym tym ślubie, jak o faktycznym związaniu się z przedstawicielką płci żeńskiej. Tak jak Wilhelm, Baldwin patrzył na to przez pryzmat "ślub to dziedzic, a dziedzic to brak walk o tron po jego śmierci, a więc stabilność królestwa". Dopiero w tym momencie, gdy jego wychowawca powiedział niewinne "jeszcze kilka godzin", chłopak uświadomił sobie, że wymagany dziedzic nie weźmie się znikąd. Że abstrakcyjna księżniczka z północy jest realną osobą.
    Baldwinowi zakręciło się w głowie.

    O godzinie czternastej, cała jerozolimska śmietanka oraz dwór zebrały się na pałacowym dziedzińcu, gdzie miano powitać księżniczkę. Wśród przebywających tam ludzi oczywiście nie zabrakło doradców króla. Rajmund wraz z żoną, Eschiwą, odstawiony w rycerskie szaty w barwach królestwa, siedzieli najbliżej tronu nieobecnego jeszcze władcy.
    - Ten to ma tupet. - Stwierdziła kobieta, spoglądając jak na dziedziniec wtacza się rudawy, tęgi mężczyzna o małych, podstępnych oczkach i zalanej twarzy. Renald z Châtillon.
    - Musiał zostać zaproszony. Nawet jeśli łamie traktaty pokojowe, teoretycznie wciąż działa w imię dobra Jerozolimy. - Orzekł Rajmund, przyglądając się przeciwnikowi politycznemu. Tamten przysiadł się do Sybilli i Gwidona, siostry króla i jej męża. Przyjechali na ślub kilka dni wcześniej. Młoda Sybilla wciąż wyglądała tragicznie po wypadku, który zabił jej syna. Miała podkrążone oczy, jasne włosy zmatowiały i prawie w ogóle się nie odzywała. Cały czas trzymała dłoń swojego męża.
    - Jak myślisz, Sybilla dojdzie kiedyś do siebie? - Spytała Eschwia, podjadając winogrona. Omawianą kobietę na chwilę zasłonił służący, dolewający wina. Rajmund pogładził brodę z zamyśleniem.
    - Cóż, nigdy nie była stabilna emocjonalnie...po śmierci pierwszego męża prawie się zabiła. - Przypomniał i wbił wzrok w kobietę. Mimo złego stanu ducha, wciąż była wyjątkowo piękna. Oboje byli piękni, pomyślał, wspominając Baldwina, gdy choroba jeszcze nie była mocno rozwinięta. Piękne rodzeństwo.
    - Fakt. Popatrz tylko na tego całego Gwidona. Są małżeństwem ledwo pół roku, a już zachowuje się jak przyszły król. - Dodała mściwie Eschwia i agresywnie urwała całą kiść winogron, by odchylić się na krześle i zmrużyć oczy.
    - Nigdy nim nie zostanie. - Powiedział pewnie Rajmund, posyłając żonie ciepłe spojrzenie. - Za chwilę przybędzie księżniczka. Jeśli dobrze pójdzie, za dziewięć miesięcy będziemy świętować narodziny następcy, a wtedy Gwidon, szalona Sybilla, Renald a nawet templariusze będą mogli się cmoknąć.
    Wówczas na dziedziniec wkroczył król, ubrany w białe szaty, obszyte złotem. Na jego twarzy spoczywała zdobiona, srebrna maska, głowę miał owiniętą zgrabnym turbanem. Szedł wyprostowany, sprężystym i silnym krokiem. W tamtym momencie nikt nie podejrzewałby go o chorowanie na trąd.
    - Król Jerozolimy, władca Ziemi Świętej, obrońca chrześcijaństwa, lennik Stolicy Apostolskiej, Baldwin Czwarty! - Zawołał marszałek dworu. Wszyscy wstali i ukłonili się wpół. Następnie młody król zasiadł na tronie i dał zdrową ręką znak, by wszyscy wrócili do stołów. Rajmund podszedł do niego, wykorzystując moment, gdy Wilhelma nie było w pobliżu.
    - Panie, mam nadzieję, że samopoczucie dopisuje. - Powiedział, znów kłaniając się lekko. Baldwin spojrzał na niego a błękit jego oczu błysnął w ostrym słońcu.
    - Cóż, czuję się dobrze, dziękuję. Widzę, że przybyli wszyscy, co do joty. - Stwierdził z przekąsem, kątem obserwując Renalda, Gwidona i mistrza zakonu templariuszy, Arnauda de Toroge, który właśnie się do nich dosiadł.
    - Ciągnie swój do swego. - Warknął na ten widok Rajmund. - Tak czy siak, księżniczka wkrótce tu będzie. Właśnie z żoną o niej rozmawialiśmy. Wasz syn jest nadzieją Jerozolimy.
    Baldwin pomyślał, że przecież jeszcze nie ma żadnego syna, ale przemilczał ten fakt. Większość ludzi wokół niego zachowywała się tak, jakby był już ojcem z wieloletnim stażem. W rzeczywistości nie był nawet do końca pewien, jak w ogóle zmajstrować takiego małego człowieka.
    Minuty zamieniały się w kwadranse, a kwadranse w godziny aż w końcu trębacze dali znać, że oto przybył książęcy orszak. Zmęczony upałem i rozmowami z możnymi król, spiął się na swoim tronie i zacisnął dłonie w pięści. Wszyscy usłyszeli jak wrota się otwierają i już wkrótce na dziedziniec wkroczył niewysoki, szczupły mężczyzna, zapewne przedstawiciel księcia Bogusława.
    - Księżniczka Pomorza, Pani na Szczecinie, córka chrześcijańskiego władcy, o niezliczonych sukcesach politycznych i wojskowych, wielkiego szerzyciela Słów Chrystusa na ziemiach pogańskich, Salomea Pomorska Gryfitówna! - Zaczął wymieniać, chwaląc się nienagannym francuskim. Baldwin zdążył tylko spojrzeć na swoją matkę, siedzącą nieopodal Rajmunda i wtedy, konno, między stoły i dostojników, wjechała dziewczyna.
    Dziewczyna miała na sobie tradycyjny ruski strój. Włosy schowane pod nieobliczalnie strojnym czepkiem, od szyi w dół spływały z niej wyszywane tkaniny. Nawet jej koń wyglądał olśniewająco, w pozłacanym ogłowiu i wyszywanych perłami nausznikach. Wszyscy zauważyli, że miała dość surową twarz o gniewnym spojrzeniu i ciemnych brwiach. Rajmund z wrażenia otwarł lekko usta, czemu po chwili zapobiegła jego żona. Księżniczka zsiadła z konia z gracją, następnie z wysoko uniesioną głową udała się w stronę króla. Na miejscu ukłoniła się, niezbyt nisko, po czym wyprostowała się jak struna i nie odrywała od niego wzroku. Zrobiło się całkiem cicho. Ani Baldwin, ani Salomea nie rwali się do wyznawania sobie miłości, czy chociażby wygłoszenia korzyści płynących z ich ślubu. Gapili się tylko na siebie, wciąż nie rozumiejąc, co widzą.
    Salomea pomyślała, że ten cały król nie wygląda tak strasznie jak to sobie wyobrażała. Miał wszystkie kończyny, wyglądał nawet na dość wysokiego. Jego maska, oczywiście, była stworzona na tradycyjny wzór męskiego piękna, nie potrafiła więc wyobrazić sobie jego prawdziwej twarzy.
    Baldwin spodziewał się pyzatej blondynki w zwykłej kiecce. Zobaczył za to dość pompatycznie wyglądającą dziewczynę, która obrzucała go wywyższającym się spojrzeniem. Tylko jego matka potrafiła tak na niego patrzeć. Zaniepokoił go fakt, że skojarzył je sobie ze sobą.
    - Ceremonię czas zacząć! - Wykrzyknął Wilhelm, gdy milczenie zaczęło robić się przytłaczające. Salomea spojrzała na niego i wzięła głęboki oddech. Jeszcze trochę musiała wycierpieć.

KrólestwoOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz