Rozdział 18

898 77 62
                                        


Pov. Stark

Obserwowałem z przerażeniem, jak Peter uderza pięścią w szybę, starając się ją wybić, zalewając się przy tym łzami bezsilnej wściekłości. Sapał cicho, z coraz większym uporem starając się uwolnić. Uchyliłem lekko usta, jednak nic nie powiedziałem. Nie bałem się, że ucieknie. Nie to mnie martwiło. Wiedziałem, że się nie przebije. Nie ma szans. Nawet on. Ja... byłem przerażony jego stanem. On... był silny wtedy. Przy nas, zachowywał się tak, jakby wszystko po nim spływało, ale teraz... cholera, teraz pokazuje dopiero, jak przerażony jest. Był taki spokojny. Wręcz za spokojny. A teraz... teraz widać, jak bardzo to przeżył. On musiał się gotować w środku. Był wściekły. To było dla niego za dużo. Pierdolony Barners. Doprowadził Petera do stanu, w którym już sam nie potrafi nad sobą zapanować. Teraz wręcz desperacko stara się wydostać z wieży. Ze swojego prawdziwego domu. Ale dzięki Bucky'emu nigdy nie poczuje się tu jak w domu. Boi się. Nienawidzi nas. Nienawidzi mnie.

Ocknąłem się w momencie, w którym z obtartych już kostek chłopca spłynęła pierwsza kropelka krwi.

-Peter!- zawołałem, podchodząc do niego. Chłopak nawet nie zareagował, za bardzo pogrążony we własnych, zapewne czarnych myślach. Jego uderzenia przybierały na sile, podobnie jak fale łez, spływające po jego twarzy- Peter!- powtórzyłem, kładąc rękę na ramieniu młodszego. Ten strącił ją natychmiast, nawet na mnie nie patrząc.

-Zostaw mnie!- sapnął. Znów z całej siły uderzył w szybę. W końcu zrozumiał, że to nie ma sensu. Że mu się nie uda. Widziałem to w jego oczach. Załamanie. Oparł się o nią przedramionami, w których po chwili schował twarz, łkając bezsilnie. Moje serce pękało przez ten widok. On cierpiał. Cierpiał, a jedyne co mogłem zrobić, to... czy ja mogłem cokolwiek zrobić? W tej chwili, tylko jedno przychodziło mi do głowy. Objąłem więc chłopca, chwytając go od tyłu za nadgarstki i odciągając lekko od szyby- Pete, no już, przestań- powiedziałem błagalnie.

-Zostaw mnie!- warknął, szarpiąc się na boki- zostaw, słyszysz?!- krzyczał. Choć musiałem włożyć dużo siły w utrzymanie go w miejscu, byłem zdziwiony. Przecież on... jest dużo silniejszy ode mnie. Powinien móc się wyrwać bez problemu. Dlaczego więc tego nie zrobi? Ponadto, sam też wyglądał na zdezorientowanego. Z jego ust wydostał się szloch, który po chwili zmienił się w głośny, pełen bólu i gniewu płacz. Widać było, że sam nie wie, co go blokuje, ale bardzo nie podobała mu się moja chwilowa przewaga.

-Peter, proszę cię, uspokój się- błagałem. Młodszy nie potrafił opanować płaczu. Nie miałem pojęcia, czy jest to płacz powodowany rozpaczą, wściekłością, czy może po prostu natłokiem emocji, ale... byłem tak cholernie wściekły na Barnersa. Jak on mógł doprowadzić mojego dzieciaka do takiego stanu?! Poza tym, po tym co się stało, Peter na pewno nie będzie chciał wyjść z pokoju. Nie będzie chciał nam zaufać. Będzie się nas bał. Nas wszystkich, nie tylko Zimowego Żołnierza. I już sam nie wiem, czy uda mi się sprawić, by uwierzył, że to jest jego dom.

-Nienawidzę cię!- wykrzyknął. Te słowa mnie zabolały. Jakby ktoś wbił ostry sztylet w moje serce. Bolało, bo choć zdawałem sobie sprawę z tego, że to wina Hydry, nie moja, to wiedziałem, że to prawda. Okropna, cholernie bolesna prawda. Nienawidzi mnie. Uważa mnie za swojego najgorszego wroga i nienawidzi mnie- zostaw mnie w końcu! Nie możecie mnie po prostu zabić?!- krzyknął gniewnie. Uchyliłem lekko usta, jednak nic nie powiedziałem- cholera, zabijcie mnie, albo dajcie mi w końcu wrócić do domu! Nie chcę tu być, rozumiesz?!- łzy zawirowały w moich oczach, jednak mimo to, mocno trzymałem chłopca, nie dając mu się wyrwać i wrócić do nieudolnych prób roztrzaskania szyby.

-Peter, proszę...- zacząłem błagalnie. Ale on nie słuchał. Niby czemu miałby? Przecież to oczywiste, że nie będzie chciał mnie wysłuchać.

Without pastOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz