Prolog

1.8K 25 7
                                        

luty 1988


- Devin!

Powoli otwieram oczy. Wciąż siedzę na twardym materacu, opierając głowę o ścianę. Wciąż nie odliczam czasu, bo tym razem jest mi już wszystko jedno. Musi.

- Devin!

Zadziwiające. Minęło już tyle lat, a ja wciąż potrzebuję tej krótkiej, zbędnej chwili, by być zupełnie pewnym.

- Głuchy jesteś?!

Nie spieszy mi się. Nie interesuje mnie też, co mają mi do powiedzenia. Tkwię tu już zapewne trzecią dobę i tym razem nie widzę dla siebie ratunku. Pogodziłem się z tym, że czekają mnie całe miesiące gnicia na łóżku, którego pręty boleśnie wbijają mi się w tyłek. Materac jest tak wysłużony, że nie ma szans, by mnie przed tym uchronił.

Wstaję, a wszystkie moje kości błagają o litość.

Jasny chuj, chyba się starzeję.

Podchodzę do samych drzwi i spoglądam wprost przez okratowane okienko. Napotykam wzrok strażnika, który wolałby pewnie czyścić tutejsze kible, niż patrzeć teraz na moją bezczelną facjatę.

Rozlega się metaliczny brzęk otwieranego zamka. Stoimy teraz twarzą w twarz. Posłusznie, choć z ociąganiem wyciągam przed siebie ręce, ale mijają sekundy, a ja nie czuję na skórze znajomego dotyku zimnych obręczy.

- Masz szczęście, frajerze.

Niemożliwe, żeby udało się i tym razem.

- Ruszaj dupę, Devin. Tatuś postarał się i tym razem.

Kochany tatuś.

- Nareszcie. Coś długo mu się zeszło.

Uśmiecham się drwiąco, grając mu na nerwach. Jestem pewien, że ręka go świerzbi i że gdyby tylko mógł, zdzieliłby mnie w twarz. Patrzy na mnie z pogardą i obrzydzeniem, jak na najgorszego śmiecia i definicję dna.

- Zamknij ryj i wyłaź. - ponagla ze zniecierpliwieniem. Jego oczy wyrażają bezbrzeżną zawiść. Nie jest w stanie ukryć tego, że mi zazdrości.

- Z przyjemnością.

Wychodzę.

Idziemy ponurym korytarzem, słabo rozjaśnionym przez zimne światła jarzeniówek. Mijamy zniszczone ściany i zostawiamy za sobą nieprzyjemne echo.

Nienawidzę tego miejsca i choć mógłbym pożegnać się z nim na zawsze, nie robię tego. Znów dostałem nauczkę, ale nie mam żadnej gwarancji na to, co wydarzy się za miesiąc, za tydzień, czy nawet jutro.

Mój pałający pewnością siebie i ironią uśmieszek chyba doprowadza strażnika do szału, bo w końcu padają słowa:

- Tak bardzo się cieszę, że nie będę musiał już oglądać twojej zakutej mordy. Pilnuj się lepiej, bo tatuś może nie mieć już więcej forsy.

- Tatuś zawsze będzie miał forsę. - oznajmiam z wyższością. Gość nie chce wdawać się ze mną w dyskusję. Wie, że i tak wiem, co ciśnie mu się teraz na usta.

Docieramy do głównego wejścia, gdzie czeka na mnie ktoś tak emanujący zasranym autorytetem, że natychmiast robi mi się niedobrze. Dostrzegłem go już z daleka, ale nawet gdybym był ślepy, nie pomyliłbym go z nikim innym. Ten skurwiel nawet tutaj musiał zjawić się w nieziemsko drogim garniturze, ale to ta bijąca od niego pogarda i arogancja jest najbardziej nieznośna. Jest jak toksyna, która wdziera się do każdego zakątka organizmu i zatruwa go.

The SinnerOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz