*5*

96 14 4
                                        

Wstałam oddychając ciężko.
Ten sen... . 
Ile ja bym dała, by znów dosiąść Szafira i galopować z mamą przez las. Albo z tatą... .
   Usłyszałam dźwięk swojej komórki. To Ofelia. Długo powstrzymywałam się przed naciśnięciem zielonej słuchawki. W końcu telefon przestał dzwonić. Z nerwów rzuciłam nim w trawę, a on nie wpadł do jeziora.
Nagle usłyszałam głośny szelest liści, dochodzący z lasu.
Gwałtownie się odwróciłam. Duży cień przebiegł między drzewami.
Powoli z głośno bijącym sercem, podniosłam komórkę i torbę. Zaczęłam biec za cieniem. Musiałam sprawdzić, kto mnie obserwował, mimo tego, że ze strachu ledwie mogłam biec.
Kręciło mi się w głowie. Po chwili przede mną, jakby z nikąd, wyrosło drzewo. Nim zdołałam się zatrzymać, leżałam już na mokrej ziemi. Szybko wstałam, otrzepując się z liści. Głowa bolała mnie prawie tak mocno, jak w szpitalu tuż po wypadku.
Przez chwilę nasłuchiwałam czy nikogo nie ma w pobliżu.
Byłam naprawdę sama.
Ktoś znalazł miejsce, gdzie się ukrywam. Muszę stąd odejść jak najszybciej.
Czyżby nawet w pustym lesie nie było dla mnie miejsca? To właściwie gdzie jest moje miejsce?

Przez chwilę patrzyłam na gałąź drzewa i zapragnęłam się na niej powiesić. Udusić siebie i wszystkie wspomnienia, które teraz nie były nic warte. Jak przyjemnie byłoby w końcu poczuć ulgę od bólu, cierpienia i samotności...
Przełożyłam torbę przez ramię i skoczyłam na drzewo. Złapałam się gałęzi, podciągając do góry. Potem chwyciłam następną gałąź i kolejną. Im wyżej byłam, tym bardziej się bałam, ale jednocześnie szybciej chciałam ze sobą skończyć. Wkrótce znalazłam się na grubej, dużej, wręcz odpowiedniej gałęzi dla mnie. Drżącymi dłońmi rozsuwałam plecak, gdy znów usłyszałam szelest liści, a wraz z nim czyjeś szybkie kroki.
-Nie rób tego... - dobiegł mnie znajomy głos.

Nie spoglądałam w dół. Byłam zbyt zajęta szukaniem. Nie mogłam sobie przypomnieć skąd go znam...
Wyciągnęłam z torby kabel od ładowarki do telefonu. Nie miałam nic lepszego, może to głupie, ale postanowiłam z niego skorzystać. Zaczęłam czołgać się po gałęzi. Byłam naprawdę bardzo wysoko.

-Róża! - Ktoś krzyknął.

Owy głos dotarł wprost do mojego serca. Z oczu zaczęły spływać łzy.
Spojrzałam w dół.

-Różyczko...- ten miękki, aksamitny głos, te duże, ciemne oczy...

Spoglądałam w oczy chłopaka,
zwykle ukryte pod ogromnym kapturem, teraz odsłonięte... Patrzące wprost na mnie.

-Ja muszę...- wyjąkałam.
-Nie musisz!- Znów odezwał się chłopak.
-Ty nic nie rozumiesz! Nic o mnie nie wiesz! Nie masz o mnie zielonego pojęcia!- Wykrzykiwałam najgłośniej jak tylko potrafiłam.

Zobaczyłam przez zasłonę łez jak wspina się po drzwie. Jego płynne ruchy wskazywały na to, jaki jest silny i szybki. Nie mogłam się poruszyć. Leżałam na gałęzi, a z oczu wypływały strumienie łez.
Nie wiedziałam po co on to robi. Czemu mu tak zależy na moim życiu? Nie zna mnie. Nie powinno go obchodzić czy się zabiję czy nie.
I jak mnie tutaj znalazł? Skąd wiedział co ja chcę zrobić?
Teraz stał tuż obok mnie z ręką wyciągniętą w moją stronę. Powoli drżącą dłonią złapałam się jej, z ledwością mogąc oddychać.
-Nie bój się mnie.- Szepnął, jakby nie chciał, żeby drzewa go usłyszały.
Staliśmy razem na grubym konarze, dzieliły nas zaledwie centymetry.

Chłopak pomógł mi zejść, z gałęzi na gałąź. Zaraz potem byliśmy już na dole. Gdy spostrzegł, że mu się przyglądam, szybko założył na głowę swój kaptur. Znów nie widziałam jego oczu, tylko ciemność.

- Po co mnie stamtąd zabrałeś? Teraz już by mnie tu nie było!- Irytowałam się, jakby obudzona z transu.
Słyszałam jak mój głos drży.
-Przecież się bałaś. Nie chciałaś umierać. Tylko to sobie wmawiałaś...- powiedział to do mnie z takim chłodem, że przez chwilę naprawdę się bałam.
Poczułam, że on przecież ma rację.
To cała prawda. Nie chciałam się zabić, jeszcze nie teraz, nie dziś.
Padłam mu w ramiona, nie mogąc się uspokoić. To wszystko mnie przerosło.
-Różyczko...- znów użył mojego zdrobnienia, które w jego ustach brzmiało tak pięknie.
Skąd mógł wiedzieć, że bardzo je lubiłam? Może nie wiedział? Może się domyślił.
- Przepraszam.- Szybko się od niego odsunęłam.
- U mnie będziesz bezpieczna. Tylko tam...- przerwał i choć nie widziałam jego twarzy, czułam, że się we mnie wpatruje.
- N...ja...- nie wiedziałam co odpowiedzieć.
- N?- Spytał lekko zdziwiony.
Nie chciałam mu tłumaczyć czemu tak powiedziałam, po prostu nie wiedziałam jak ma na imię.
- Chodź do mnie.- Rzekł po chwili.
Znieruchomiałam. Co to miało oznaczać?
Podeszłam do niego.
- Bliżej - Powiedział twardo.
Wtuliłam się w niego, stojąc sztywno.
-Zamknij oczy i nie otwieraj, dopóki ci nie powiem, że możesz.- Szepnął.
Mimo jego tajemniczego tonu, czułam się przy nim naprawdę bezpiecznie. Nie wiedziałam co to wszystko ma oznaczać, ale zamknęłam oczy i czekałam na to, co ma się wydarzyć... .

UWIERZ WE MNIEOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz