*** dość długi 2844 słówa
Wyspa, na której mieszkałyśmy została w całości stworzona przez naszą Panią, Boginię o imieniu Dżan. Nasza Pani jako jedyna pozostała w królestwie Rhye i żyła wraz z ludźmi po tym jak bogowie przenieśli się do innego wymiaru. Była boginią wolności, otwartej przestrzeni, wiatru, powietrza oraz szybujących w nim ptaków. W dawnych czasach była wielką wojowniczką. My widziałyśmy w niej również uosobienie dobra, sprawiedliwości i mądrości.
Śmiem sądzić, że za to właśnie znienawidziły ją inne bóstwa, z Boginią Matką na czele – za jej dobroć i szczerą miłość, jaką darzyli ją ludzie. Siła bogów Rhye zależała bowiem od ilości czczących ich osób. Od kiedy Prabogini i jej córki odeszły w ludzką niepamięć, za najważniejsze bóstwa uważało się Boginie Matkę, która miała być piastunką wszystkich kobiet, oraz dużo młodszego od niej Boga o imieniu Aegon – patrona mężczyzn, a także opiekuna samego króla Rhye.
Z czasem jednak coraz więcej ludzi, zarówno kobiet jak i mężczyzn zaczęło zwracać się ku naszej Pani, ponieważ w przeciwieństwie do innych bogów, nie była tak dumna, wyniosła i niedostępna. Podczas gdy inni bogowie oczekiwali od ludzi darów, bezwarunkowego posłuszeństwa i uwielbienia, ona żyła na równi ze śmiertelnymi istotami. Pomagała ludziom i innym stworzeniom własnymi rękoma, nie chcąc od nich zapłaty. Jej siła rosła wraz z ilością wielbiących ją istot, których przybywało każdego dnia.
Bogowie zaczęli być o to zazdrośni, a także obawiali się, że ludzie będą oczekiwać od nich takiej samej atencji, pomocy i oddania jakie ofiarowała im Dżan.
Ponoć sam Bóg Aegon zakochał się w naszej Pani, co bardzo nie spodobało się Bogini Matce, liczącej, że poślubi on jej córkę, boginie Erkenę. Rozzłoszczona i zazdrosna, zaczęła knuć przeciwko Dżan i nastawiać inne bóstwa wrogo w stosunku do niej.
Historię o zakazanej miłości Dżan i Aegona powtarzałyśmy sobie tylko szeptem, w tajemnicy przed starszymi siostrami. Nikt oficjalnie nam jej nie opowiadał ani nie śmiał poruszać tego tematu przy Pani. Wzmianek o niej nie znalazłam też w żadnej książce trzymanej na Wyspie, tak jakby komuś wyraźnie zależało na tym, by odeszła w zapomnienie.
Osobiście uważałam, że historia ta była bardzo prawdopodobna i bezpośrednio zainicjowała wydarzenia, których finałem stało się opuszczenie przez bogów naszego świata oraz wieczne wygnanie naszej Pani z ich kręgu.
W konsekwencji nie mogła przenieść się z bogami do ich nowego domu, chociaż śmiałam twierdzić, że wcale tego nie chciała, zabroniono jej też pozostać na ziemiach Rhye. Jedynym miejscem, w którym mogła żyć był obszar Siedmiu Mórz, dlatego zamieszkała na stworzonej przez siebie wyspie.
Niestety na tym, jej smutna historia się nie skończyła. Bóg Aegon nie mógł związać się z Dżan, jednak odmówił też poślubienia bogini Erkeny. Zawistna Bogini Matka w akcie zemsty postanowiła doprowadzić do tego, by nasza Pani odeszła w całkowitą niepamięć. Wymazana z umysłów ludzi i innych istot, zniknęłaby, rozproszyłaby się w przestrzeni tak jak giną w niej dym i popiół poniesione przez wiatr.
Na rozkaz Bogini Matki i zmanipulowanych przez nią bóstw, zaczęto niszczyć wszystko co związane było z naszą Panią – jej świątynie, wizerunki, księgi i zapiski na jej temat. Niestety, ludzie z czasem zaczęli zapominać o Dżan. Bogini Matka liczyła na to, że tracąc wyznawców, Dżan utraci boskie moce i umrze.
Na szczęście tak się nie stało, ponieważ byłyśmy my – wojowniczki Dżan. Nasze początki sięgały czasu gdy Pani musiała opuścić stały ląd i stworzyła Wyspę, aby na niej zamieszkać. Historia głosi, że wraz z nią przeniosły się tu jej najwierniejsze wyznawczynie, które dobrowolnie zrezygnowały z życia na ziemiach Rhye, ponieważ nie wyobrażały sobie dalszej egzystencji bez ukochanej Bogini. To one były pierwszymi wojowniczkami.
Nasza Pani pomimo niesprawiedliwość i zła jakie ją spotkały nigdy nie zrezygnowała z walki o dobro i niesienia pomocy potrzebującym istotom. Sama nie mogła pojawiać się na ziemiach Rhye ani ingerować w to co się na nich działo swoimi mocami. Mogły to jednak robić jej wyznawczynie. Tak więc Dżan zaczęła posyłać swoje wojowniczki na stały ląd aby w jej imieniu niosły pomoc potrzebującym.
A w czasach po tym jak świat opuścili bogowie na ziemiach Rhye działo się wiele zła... Misje wojowniczek od początku polegały na obronie słabszych i gnębionych istot w miejscach, w których nie działało, lub nie sprawdzało się prawo narzucane przez władców królestw. Odlegle ziemie południa były świetnym miejscem dla złodziei, samozwańczych przywódców, przestępców i mocy z pogranicza cienia. Nie przestrzegali oni praw, grabili, zabijali i niszczyli, dopóki nie stali się naszym celem. Wtedy role się odwracały i to oni zaczynali być ofiarami, o wiele niebezpieczniejszych drapieżników czyli nas. Istot od najmłodszych lat szkolonych do walki. Uczonych poruszać się bezszelestnie niczym cienie, zarówno po lasach jak i porośniętych trawami równinach. Nieugiętych, odważnych, silnych, przebiegłych i inteligentnych – właściwie niepokonanych.
Dżan zaczarowała Wyspę tak, że nie znajdowała się ona w jednym miejscu, lecz stale zmieniała swoje położenie pośród wód Siedmiu Mórz. Miało to zapewnić lepszą ochronę nam i naszej Pani, tak by ludziom i bogom, którzy nieproszeni chcieliby dostać się na Wyspę trudniej było ją zlokalizować.
Umożliwiało nam to również prowadzenie działań na większym obszarze, ponieważ miałyśmy dostęp do prawie całego wybrzeża Rhye. Aby dotrzeć na ląd z Wyspy nie używałyśmy statków ani łodzi. Każdy z naszych koni miał umiejętność stąpania po czarodziejskiej ścieżce, którą w wodach Siedmiu Mórz tworzyła Dżan. Tak więc, nasze konie mogły galopować między Wyspą, a wybrzeżem stałego lądu, po morskiej tafli jak po powierzchni ziemi.
Mieszkankami Wyspy zostawały głównie porzucone dziewczynki, sieroty, które straciły bliskich i opiekunów, a na ziemiach Rhye czekałyby je tylko niewola lub śmierć. Gdy wojowniczki natknęły się na takie potrzebujące pomocy dzieci zabierały je ze sobą na Wyspę, ratując w ten sposób przed okrutnym losem.
Ja właśnie tak trafiłam na Wyspę. Miałam zaledwie kilka lat. Moje wspomnienia wcześniejszego życia ograniczały się do kilku obrazów zielonych łąk położonych w górach i stad wypasanych owiec. Kolejne sceny zapisane w mej pamięci to gryzący dym, ogień który trawił wszystko i ogromny lęk. Twarze rodziców i rodzeństwa całkowicie zatarły się w mej pamięci. Wszyscy najpewniej zginęli podczas napaści na wioskę grupy barbarzyńców.
Tylko ja jakimś cudem przeżyłam. Odnalazła mnie jedna z sióstr i zabrała na Wyspę. Pochodziłam z górskich terenów na południu Krainy Wilków, ale wiedziałam to tylko z opowiadań. Obecnie nie mieszkali tam już ludzie. Możliwe, że moja osada była jedną z ostatnich. Właściwie nie znałam nawet daty swojego urodzenia.
Zresztą, moje pochodzenie i to co działo się ze mną zanim trafiłam na Wyspę nigdy specjalnie mnie nie interesowało. W moim mniemaniu od zawsze byłam wojowniczką Dżan. Obnosiłam się tym z dumą, czerpałam z tego ogromne szczęście i satysfakcję. Wyspa była moim jedynym, prawdziwym domem i nigdy nie chciałam mieć innego.
Na Wyspę mogły również przybyć wszystkie kobiety, które chciały tego ze szczerej, nieprzymuszonej woli. Nie było ich zbyt wiele, ponieważ działałyśmy w tajemnicy, by nie ściągać na siebie niepotrzebnej uwagi ludzi i bogów, poza tym dołączenie do naszej społeczności wiązało się oczywiście z zerwaniem z dotychczasowym życiem.
Tym sposobem stanowiłyśmy zbiór dziewcząt z Ziemi Callassary, Królestwa Cytadeli i Krainy Wilków (choć w naszych szeregach nie było ani jednej Wilkonki, czyli istoty pokrewnej wilkom, które zamieszkiwały te nieprzyjazne ziemie). Nawzajem nazywałyśmy się po prostu wojowniczkami lub siostrami.
Kochałyśmy naszą Panią, ponieważ dawała nam to co najważniejsze – wolność.
Zagłębiona w rozważaniach, dotarłam do świątyni. Budynek z białego marmuru stał częściowo ukryty pomiędzy sosnami i świerkami, za dnia rzucającymi na niego kojący cień. Dach porastała gęsta glicynia, której obfite kwiatostany zwisały wzdłuż rzędu białych kolumn stanowiących wejście do sanktuarium naszej Pani.
Przebywanie w jego wnętrzu zawsze napawało mnie spokojem. Miałam nadzieję, że stanie się tak, również w tamtym momencie, choć męczyła mnie myśl, że być może nigdy więcej tam nie przybędę. Kojąca cisza, chłód i półmrok, który rozjaśniały palące się świece, zaczęły powoli pokrzepiać moje przepełnione smutkiem wnętrze.
Na głównej ścianie świątyni znajdowała się płaskorzeźba wyryta w białym marmurze, przedstawiająca sto ptaków. Każdy z nich wykonany był tak pięknie, misternie i szczegółowo, że ciężko było mi uwierzyć, że był dziełem ludzkich rąk. Z resztą, nikt nie miał pewności, co do pochodzenia dzieła. Czy rzeźba została stworzona przez pierwsze siostry wojowniczki czy też przez samą Panią? Ptaki symbolizowały nas – Wyspa z reguły liczyła sobie około stu mieszkanek.
Natomiast pod płaskorzeźbą przebiegała długa na mniej więcej dwadzieścia metrów, prosta linia, wykonana z najbielszego kamienia jaki w życiu widziałam i była ona znakiem Dżan. Tak jak trzy gwiazdy ułożone w trójkąt. Taki sam symbol znajdował się na moim pierścieniu oraz skórze na ramieniu. Jak pouczyła mnie siostra Faustyna, od tamtej chwili miałam je skrzętnie zakrywać.
Pod białą linią stało i paliło się sto świec. Ich przyjemny zapach rozchodził się po wnętrzu świątyni, a rozpływający się nad posadzką dym, dodawał mistycznego charakteru.
Przeszło mi przez myśl, że może spotkam tu Panią. Rozejrzałam się wokół, w pomszczeniu nie było jednak nikogo poza mną. Przypomniałam sobie słowa siostry Faustyny, która twierdziła, że Pani odpoczywa na Wietrznych Łąkach i nie życzy sobie niczyjego towarzystwa.
Spostrzegłam, że jedna ze świec zgasła. Uklękłam przy niej i zaklęciem podpaliłam knot. Uniosłam dłonie poziomo w powietrzu na wysokość klatki piersiowej tak, że stykały się czubkami środkowych palców. Lekko skłoniłam głowę. Była to pozycja jaką z reguły przyjmowałyśmy do modlitwy. Następnie wyszeptałam:
- Pani czuwaj nade mną i pozwól mi wrócić do domu.
A po chwili wahania dodałam słowa:
- Czarne chmury kiedyś zniknął i nadejdzie nowy dzień, nad moim życiem zaświeci słońce, to co złe odejdzie w cień.
Była to jedyna znana modlitwa do Pani, nie uznawała ona bowiem długich pieśni czy pochwalnych wierszy, jakie układano by przypodobać się innym bogom. Naszej Pani zależało tylko na szczerej rozmowie z nami.
Poczułam, że mój rozdarty niedawno duch powrócił do równowagi na tyle, że mogę opuścić Wyspę. Pozostało mi jedynie odnaleźć Czarną Księżniczkę. W tym celu udałam się do wyjścia, po czym zanurzyłam w noc, która zdążyła okryć świat ciemnym woalem mroku.
Schodząc po marmurowych schodach zagwizdałam krótko. Zazwyczaj wystarczało to, aby Czarna Księżniczka przybiegła do mnie. Odczekałam chwilę, a gdy moje oczy przywykły do ciemności rozejrzałam się wokół. Nic jednak nie spostrzegłam, zagwizdałam więc kolejny raz – również bez żadnego rezultatu. Ogarnęła mnie obawa, że moja klacz obraziła się na mnie. Od kiedy zdecydowała się do mnie dołączyć, mniej więcej pięć lat temu nigdy nie zostawiłam jej na tak długo.
Czarną Księżniczkę spotkałam przypadkiem, podczas jednej z moim pierwszych wypraw na stały ląd, w lasach Krainy Wilków. A może to ona przyszła do mnie?
Stało się to zimową porą, nocą, podobną do tamtej, szłam leśną ścieżką. Ziemię pokryła warstwa świeżego śniegu, który spadł kilka godzin wcześniej. Czarna klacz po prostu wyszła mi na przeciw. W mroźnym powietrzu z jej chrap buchały kłęby białej pary, a jej piękno i majestat wprawiły mnie w szczery zachwyt. Zatrzymałam się i wyciągnęłam do niej rękę, a ona spokojnie podeszła, obwąchała moją dłoń, po czym szturchnęła ją zachęcająco. Pogłaskałam ją po czole, następnie po szyi i dalej poszłyśmy już razem.
Nigdy nie założyłam jej siodła ani ogłowia, nie były nam potrzebne. Nie musiałam też nigdzie jej uwiązywać. Nie oddalała się ode mnie, a nawet jeśli poszła gdzieś sama lub musiałam ją zostawić, na dźwięk mojego głosu lub gwizd wracała do mnie. Czułam, że łączyła nas niesamowita, wręcz czarodziejską więź. Kochałam Czarną Księżniczkę a ona kochała mnie.
Niemniej jednak stojąc w mroku, u stóp Świątyni z marmuru, zaczęłam odczuwać niepokój spowodowany tym, że nie zjawiła się na moje wołanie. Może miała mi za złe moją niepotrzebnie przedłużająca się niedyspozycję?
Na szczęście, po chwili usłyszałam jej rżenie. Zaraz po tym, pojawiła się przede mną. Na jej widok, pierwszy szczery uśmiech od czasu felernej misji, zagościł na moich ustach.
Podeszłam do niej i pocałowałam miękka skórę między chrapami, a ona lekko kiwnęła głową na powitanie.
- Dziękuję że przyszłaś. Przepraszam, że zostawiłam cię na tak długo. Myślę, że czas ruszać w drogę, o ile i tym razem zechcesz mi towarzyszyć? – powiedziałam do niej.
W odpowiedzi zarżała lekko podnosząc do góry głowę i dając mi w ten sposób do zrozumienia, że jest gotowa do drogi.
Skierowałyśmy nasze kroki ku północno-wschodniemu krańcowi Wyspy. Opuściłyśmy plac przed świątynią, przeszłyśmy wzdłuż budynku mieszkalnego, następnie weszłyśmy między drzewa Małego Lasu, by po chwili stąpać już po piaszczystej plaży. Będąc w połowie odległości dzielącej wydmę od morza, zatrzymałam się I odwróciłam, by po raz ostatni spojrzeć w głąb Wyspy. Ciemność nocy ograniczyła widoczność do sylwetek najbliższych drzew. Ponad moja głową przeleciał nietoperz szybko machając skrzydłami, a nocne ptaki podjęły swą pieśń.
Westchnęłam. To będzie najgorsza misja. Pierwszy raz na tak długo, nie wiadomo nawet jak długo, opuszczę mój dom.
Ale wrócę. Zdążę zanim moje życie, skrócone czarem dysocjacji, dobiegnie końca - Wypowiadając w duchu te słowa ścisnęłam wisiorek z muszli, który zawsze nosiłam na szyi.
Stojąc pewnie na ziemi, spojrzałam w górę. Wiatr przeganiał chmury odsłaniając gwiazdy błyszczące niczym diamenty na ciemnym aksamicie nieba. Mój wzrok przyciągnęła świecącą lekko fioletowym światłem gwiazda. Nazywałyśmy ją Jiraya i wierzyłyśmy, że istnieje po to, by naprowadzać zagubionych wędrowców na właściwą drogę do domu.
Gdzie zniknęła gwiazda która lśniła na moim niebie?
Gdzie zniknęła siła i moja wiara w siebie?
W myślach zanuciłam jedną ze starorhijańskich pieśni. Może zechcesz od dziś zostać moja gwiazdą i świecić nad moją droga? – skierowałam prośbę ku Jirayi.
Kto uratuje mnie?
Ku memu przeznaczeniu poniesie mnie,
Do mego domu bezpiecznie odprowadzi mnie,
Tam gdzie będę żyć jak we śnie.
Jeszcze ten jeden raz....
W odpowiedzi poczułam na twarzy lekką bryzę, która poruszyła moimi włosami, jakby wołała mnie w kierunku morza. Stwierdziłam, że mogę uznać to za zgodę.
Odwróciłam się do Czarnej Księżniczki, która całą drogę stąpała tuż obok mnie. Podniosłam z ziemi Tigi, która niespokojnie biegała wokół moich nóg i wsadziłam do jednej z podróżnych toreb przerzuconych przez grzbiet klaczy.
Nastał moment, w którym wszystkie trzy byłyśmy gotowe do drogi. Wskoczyłam na grzbiet Czarnej Księżniczki, a ona z gracją ruszyła do przodu. Zeszła z piasku i zaczęła stąpać po gładkiej tafli morskiej wody, która niczym ogromne, czarne zwierciadło, odbijała w sobie światło gwiazd i trzech księżyców.
Czarna ze spokojnego stępu weszła w kłus, a następnie w galop, dostosowując swój rytm do rytmu falującej wody. Chłodne krople, które wzburzała uderzając kopytami w powierzchnię morza spadały na moją twarz, dając orzeźwienie po dniach spędzonych w stagnacji.
Galop Czarnej Księżniczki przeszedł w cwał, złapałam mocniej za jej grzywę, a ona nadal przyspieszała, aby po chwili osiągnąć maksymalną prędkości. Nie hamowałam jej, rozumiejąc, że ten szaleńczy pęd sprawia jej radość. Potrzebowałam go tak samo jak ona. Czułam pod sobą jak wytęża każdy mięsień swojego ciała, czerpiąc z tego czystą przyjemność. Mimowolnie uśmiechnęłam się, gdy jej długa grzywa muskała moje ramiona, by dalej splatać się z moimi włosami unoszonymi przez pęd powietrza.
Woda rozbryzgiwała się wokół nas niczym fontanna, mocząc moje ubranie i ochładzając skórę. Nie było miejsca na ziemi, w którym pełny cwał byłby lepszym odczuciem niż magiczna ścieżka na powierzchni morza. Stanowiła ona bowiem tak sprężyste podłoże, że bieg Czarnej Księżniczki bardziej przypominał lot.
Jednak najważniejsze w tamtej chwili było uczucie, które z Czarną Księżniczką ceniłyśmy sobie najbardziej – uczucie wolności. Kochałyśmy wyspę, jednak najważniejsza była dla nas wolność.
W szaleńczym pędzie Czarnej Księżniczki straciłam poczucie czasu. Gdy nasyciła się nocnym chłodem i ogromem otwartej przestrzeni, zwolniła do kłusu. W oddali zamajaczył zarys stałego lądu, niebawem miałyśmy dotrzeć do naszego pierwszego celu.
W chwili, w której opuszczałyśmy Wyspę, znajdowała się ona najbliżej brzegu położonego na granicy Krainy Wilków i Królestwa Cytadeli. Były to dość odludne tereny, a najbliższa miejscowość znajdowała się ponad dwie godziny drogi od miejsca, w którym miałyśmy zejść na ląd. Na wybrzeżu nie było więc widać żadnych świateł. W blasku trzech księżyców jaśniał tylko biały piasek wyznaczający linię plaży. Powoli zbliżałyśmy się do niej. Fale wygładziły się, sprawiając, że morze wyglądało jak tafla lodu.
W momencie gdy Czarna Księżniczka stanęła na brzegu poczułam jak jej kopyta zapadają się w piasek. Zeskoczyłam z jej grzbietu i spojrzałam w niebo. Callisto, Io i Jokasta stały całkiem wysoko, co oznaczało, że do świtu zostało jeszcze kilka godzin.
Czemu by nie spędzić tej nocy na plaży? – pomyślałam. Mimo tego, że przez ostatnie dni głównie spałam, po przebyciu drogi z Wyspy na ląd poczułam się znużona. Może było to spowodowane dużą dozą świeżego powietrza, a może osłabieniem wynikającym z czaru dysocjacji? Uznałam, że nie ma sensu się spieszyć i podróżować w ciemnościach nocy.
Wyjęłam Tigi z torby, którą następnie zdjęłam z grzbietu Czarnej Księżniczki. Rzuciłam na piasek wełniany pled i położyłam się na nim.
Nie spodziewałam się, by ktoś zaskoczył mnie swoją obecnością. Jak wcześniej kalkulowałam, do najbliższej osady było daleko, a ludzie niechętnie zapuszczali się w miejsca takie jak to, szczególnie po zmroku. Nie bałam się innych istot. Spędziłam na stałym lądzie Rhye dostatecznie dużo czasu, by wiedzieć, że nie zamieszkuje ich wiele stworzeń groźniejszych od człowieka. Spotykałam gryfy, dzikie koty, wilki, a nawet mantykory i niewielkie smoki. Żadne z nich nie chciały mnie skrzywdzić nie czując zagrożenia z mojej strony.
Mimo tego, na wszelki wypadek, rzuciłam wokół siebie zaklęcie bezpieczeństwa. Miało mnie ono zbudzić gdyby ktoś pojawił się w pobliżu. Czaru tego nauczyła mnie Camilla i był on chyba najbardziej skomplikowanym ze wszystkich, jakie znałam, a opanowanie go zabrało mi sporo czasu. Nauka jednak opłaciła się. Był on bardzo przydatny, szczególnie gdy podróżowałam sama. Kilka razy ostrzegł mnie przed niebezpieczeństwem, a za każdym razem stanowili je ludzie.
Przez chwilę leżałam na plecach patrząc w niebo. Nie wiedziałam nawet kiedy zasnęłam.
***🌿🥀🌿***
CZYTASZ
RHYE
RomanceAkcja powieści dzieje się w Rhye, lub inaczej krainie Sześciu Królestw. Młoda wojowniczka o imieniu Nadia, wbrew swojej woli musi opuścić Wyspę, na której mieszka. Zostaje wysłana do stolicy Rhye z poleceniem odnalezienia pewnego przedmiotu. W pier...
