Rozdział 30 - Górski Otok

80 13 57
                                        

Średni - 3362 słowa

O ile mój puls już wcześniej przyspieszył ze względu na zbliżenie z Arenem, o tyle teraz moje serce waliło tak szybko, jakby zaraz miało wyskoczyć z piersi. W mgnieniu oka ześlizgnęłam się z Arena oceniając odległość jaka dzieliła mnie od drzwi i moich toreb, w których znajdowała się broń.

Dopiero po chwili, gdy rozpoznałam osobę, która stała w drzwiach zrozumiałam, że miecze nie będą tym razem potrzebne. Kolejną myślą jaka przyszła mi do głowy było to, czy nie przekręciliśmy klucza w drzwiach, czy może mężczyzna bez większego wysiłku wyłamał zamek. Do pokoju wszedł bowiem Kajl, z szerokim uśmiechem na ustach. 

Zastając nas w tak jednoznacznej sytuacji nie wydawał się być zdziwiony, ani zmieszany, był po prostu wyraźnie zadowolony z siebie, co irytowało mnie jeszcze bardziej niż moja niezaspokojona żądza.

- Przepraszam za to, że wam przeszkodziłem, ale naczekałem się na was wystarczająco długo, a teraz jest już późno i bardzo chciałbym iść spać.

Aren był tak samo niezadowolony z pojawienia się Kajla jak ja, aczkolwiek nie wydawał się specjalnie zaskoczony. Wstał z łóżka i od razu zapytał o resztę kompanów:

- Gdzie są Gryfin i Samir?

- Koń Gryfina dostał ochwatu, natomiast Samir chyba skręcił nogę upadając na ziemię. Dotarli jedynie do osady Vallora. Gryfin nosił się nawet z zamiarem porzucenia swojego ogiera. Szukał nowego konia, jednak do momentu gdy ich opuszczałem nie udało mu się żadnego kupić. Prawdopodobnie zrobi to dopiero jutro. Był wściekły jak jeszcze nigdy za to, że pojechałeś za Nadią. Kazał mi was odszukać, a gdy to zrobię, chciał abyśmy niezwłocznie wyruszyli do umówionego miejsca spotkania. Osobiście myślę jednak, że nie ma sensu jechać tam po nocy, dlatego chciałbym się przespać i wyjechać rano. Nie sądzę aby Gryfin i Samir dotarli tam przed jutrzejszym wieczorem. To tak w skrócie. Gryfin dając upust swojej wściekłości powiedział o wiele więcej, obawiam się jednak, że nawet jeśli chcielibyście to usłyszeć nie byłbym w stanie powtórzyć tak przemyślnych i wysublimowanych pretensji i obelg, szczególnie pod twoim adresem. – Ostatnie słowa skierował do mnie. – A swoją drogą, jak tam te twoje dziwne zwierzątko, udało wam się je uratować?

- Tak, Tigi jest jeszcze pogrążona we śnie, ale powinna ocknąć się do jutra – odparłam.

Nadal stałam w samej bieliźnie, Aren także nie nałożył na siebie koszuli. Żadne z naszej trójki nie wydawało się jednak zażenowane wynikłą sytuacją.

- To dobrze, zdążyłem je polubić, byłoby mi żal, gdyby zdechło – odparł szczerze do bólu Kajl.

- Dawno tu przybyłeś? – Aren skierował swoje pytanie do Kajla.

- Tak, ale nie było was w pokoju, poszedłem więc coś zjeść i wziąć kąpiel, a wiesz, że po posiłku i kąpieli robię się strasznie senny. Dlatego wybaczcie mi moje wtargnięcie, nie mogłem dłużej czekać. Nadrobicie te wasze przerwane sprawy innym razem – mówiąc to rzucił wełniany pled na podłogę, po czym zaczął szykować się do snu.

Zaczęłam zastanawiać się nad tym, że Aren nie zapytał Kajla o to jak nas odnalazł. Valloram było naprawdę rozległym miastem. Wątpiłam, by Aren, ruszając za mną zdążył umówić się z Kajlem gdzie się spotkają. A przecież zajazd, w którym się zatrzymaliśmy nie był tu jedynym. Przypomniały mi się słowa Kajla, które wypowiedział w Zamarzniętym Zamku -  że jeszcze nigdy nie zdarzyło mu się, aby nie dowiedział się od drugiej osoby tego, czego chciał i ma na to swoje sposoby. Mimowolnie spojrzałam na swoje przedramię. Czerwona pręga przybrała teraz fioletową barwę. Biorąc pod uwagę jego postawność, temperament i umiejętności można było wywnioskować, że taka była jego rola – w razie konieczności bronić Arena i odnaleźć go, choćby trafił do Królestwa Podziemia.

- Nie mogłeś wynająć drugiego pokoju, chociażby z tego względu, że byłoby ci wygodniej spać w łóżku? – zapytał z lekką pretensja w głosie Aren.

- Nie, pieniędzy starczyło mi tylko na strawę i łaźnię, nie przywykłem do noszenia przy sobie monet, a teraz jest już zbyt późno by gospodarz wydał mi klucz. Przykro mi, nie pozbędziecie się mnie do rana, idźcie więc lepiej spać, coś mi mówi, że jutrzejszy dzień nie będzie należał do łatwych. Swoją drogą, może to i dobrze, że tu jestem. Staliście się nieostrożni. Jesteście tak zaabsorbowani sobą, że gdyby wszedł tu ktoś inny niż ja, ktoś kto powiedzmy, miałby niecne zamiary wobec was, nie wiem jak zdołalibyście się obronić. Wiesz co sądzę na temat nadgorliwości Gryfina, w tym przypadku muszę jednak po części się z nim zgodzić. Na drogach robi się coraz bardziej niebezpiecznie i dobrze o tym wiesz. Szczególnie po tym co usłyszeliśmy w zamku Emiry. – Kajl wyraźnie spochmurniał - To nie był dobry pomysł, aby się teraz rozdzielać.

Niechętnie uznałam, że Kajl miał rację. Nie wiedziałam o czym rozmawiali w Zamarzniętym Zamku, ale oczywiste było, że równowaga Rhye została zachwiana w najgłębszych jej fundamentach. W każdym zakątku naszego świata budziło się zło, a w wielu mroczne moce i istoty z pogranicza cienia wypełzały z dotychczasowych kryjówek. Złoczyńcy nabrali śmiałości, a normalni ludzie mogli spodziewać się ataku nawet w świetle dnia. Błogosławieństwo Praboginii gasło. 

Kajl ułożył się na pledzie i niebawem, sądząc po jego miarowym oddechu, zasnął.

Choć pragnienie wprost spalało moje wnętrze, byłam wdzięczna losowi, że nie dał mnie i Arenowi przekroczyć granicy pocałunku. W głębi ducha czułam, że jeżeli posunęlibyśmy się dalej, stałoby się coś, czego nie dałoby się już odwrócić.

Popatrzyłam w stronę Arena i nasze spojrzenia spotkały się pierwszy raz od kiedy Kajl przerwał nasze zbliżenie. Od głębi błękitu jego oczu przeszedł mnie dreszcz. Aren patrzył na mnie jeszcze przez chwilę po czym, nie mówiąc nic położył się na łożu. Dołączyłam do niego. Leżał na boku, a ja wtuliłam się w jego plecy.

Zamknęłam oczy i przycisnęłam twarz do jego skóry, która wciąż intensywnie pachniała olejkiem. Całą sobą chłonęłam jego ciepło, aurę i zapach. Nie wiedziałam kiedy zasnęłam. Nocą długo nachodziły mnie sny, w których wymienialiśmy namiętne pocałunki i dotykaliśmy swoich ciał. Moje dłonie przesuwały się po jego ramionach, plecach, klatce piersiowej i brzuchu. On natomiast wodził palcami po moim karku, dekolcie, udach i pośladkach.

***🌿🔥🔥🔥🌿***

Głęboki, mocny sen, pozbawiony marzeń spłynął na mnie dopiero przed świtem. Gdy się obudziłam moje ciało było ciepłe i dziwnie pobudzone, jakby przepływała przez nie jakaś nieznana mi wcześniej energia. Nie byłam pewna gdzie przebiegała granica między jawą, a snem i które wydarzenia wczorajszego dnia i nocy miały miejsce tylko w moim umyśle, a które zdarzyły się w rzeczywistości.

Gdy trochę oprzytomniałam, ze strachem spojrzałam w miejsce, gdzie zostawiłam Tigi. Leżała na poduszce z otwartymi oczami, a gdy mnie ujrzała uniosła głowę i zaczęła machać radośnie ogonem. Podniosłam ją z poduszki i mocno przytuliłam. Była jeszcze słaba, nie miała siły, aby wskoczyć na łóżko. Na wysokości łopatki widniały dwie okrągłe blizny – wygojone magią ślady po ukąszeniu, co oznaczało, że historia ze żmiją i ratowaniem Tigi wydarzyła się naprawdę.

Przeniosłam wzrok na drugą część pokoju, tam gdzie na podłodze spał Kajl. A więc to, że przyszedł tu w nocy również nie było moim urojeniem.

Na koniec spojrzałam na Arena. Był pogrążony we śnie, leżał bez koszuli tuż przy mnie. Nie miałam pojęcia czy moje wspomnienia z nocy były sennymi marzeniami czy morze rzeczywistością? Ostatecznie, wolałam tego nie wiedzieć.

***🌺***

Nie zwlekaliśmy z wyruszeniem w dalszą drogę. Szybko opuściliśmy mury Valloram, by następnie udać się w kierunku północno-wschodnim. Żaden z mężczyzn nie powiedział mi gdzie dokładnie znajduje się umówione miejsce spotkania. Nie wypytywałam ich o to. Wkroczyliśmy na tereny, które znałam jedynie z map, a niewykluczone, że kartogramy, które posiadałam nie oddawały rzetelnie topografii obszaru.

Dzień był ciepły i słoneczny, lecz pomimo, że aura sprzyjała wędrówkom, w powietrzu można było wyczuć coś niepokojącego. Błękit nieba był lekko przyćmiony, a kompletny brak wiatru sprawiał, że powietrze wręcz natarczywie stało w miejscu. Przyszło mi na myśl, że popołudniu lub wieczorem na pewno spadnie deszcz, a może nawet rozpęta się burza.

Przeszliśmy drogą przez rozlegle pola uprawne, których plony miały zasilać nie tylko Valloram, ale także Zamarznięty Jar. Doszliśmy do boru liściastych drzew, których korony dawały kojący cień. Im bardziej zagłębialiśmy się w las, tym bardziej droga pięła się ku górze. Uznałam, że musimy zbliżać się do któregoś z górskich pasm. Z tego co zapamiętałam z mapy, musiały to być Góry Piaskowe, przechodzące na wschodzie w grzbiet Gór Granitowych. Z tego co słyszałam, szczyty te były bardzo łagodne i łatwe do przemierzenia.

Aren i Kajl szli równym, ale nieśpiesznym krokiem. Nie jechaliśmy konno.

- Jak daleko znajduje się miejsce, w którym mamy spotkać się z Gryfinem i Samirem? – zapytałam w pewnej chwili.

- Prawdę mówiąc, całkiem blisko – odparł Aren – nie musimy się bardzo spieszyć, Gryfin i Samir nie dotrą tam prędko. Gryfinowi zależało abyśmy wyruszyli jak najszybciej, ponieważ zakładał, że tam będziemy bezpieczniejsi niż w Valloram.

Odbiliśmy z szerokiego traktu na węższą drogę, wzdłuż której płynął wartki potok. Przeszliśmy jeszcze około kilometra, po czym zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie brzeg potoku był na tyle łagodny, aby można było zejść i napoić konie.

Po drodze spotkaliśmy jedynie dwóch jeźdźców. Trakty Rhye były dziwnie opustoszałe, co nie wróżyło niczego dobrego. Niewytłumaczalne, ogólne napięcie nasuwało mi tylko jedno skojarzenie – była to cisza przed burzą. W dodatku na nieba zaczęły gromadzić się chmury.

Podeszłam do strumienia aby nabrać wody. Poczułam na sobie wzrok Arena. Chociaż od rano wymieniliśmy tylko kilka zdawkowych słów, wyczułam, że coś zmieniło się w łączącej nas więzi. O ile wcześniej po prostu wiedziałam, że jest, o tyle teraz stała się bardziej natarczywa,  obecna przez cały czas. Miałam wrażenie, że ciągle przypomina o sobie i wręcz zmusza mnie do tego, abym trzymała się blisko Arena.

Przeszliśmy jeszcze około dwóch kilometrów i naszym oczom ukazała się sporych rozmiarów budowla. Była to drewniana chata z dużymi oknami, pokryta strzechą. W kilku miejscach pod dachem umieszczone były rzeźby przedstawiające głowy leśnych zwierząt. Na dłuższą chwilę zatrzymałam wzrok na figurze przedstawiającej jelenia. Wykonana była z wielką precyzją, doskonale odwzorowywała każdy szczegół wyglądu tego zwierzęcia. Wyjątkowo imponujące było jego poroże. Nie umiałam określić, czy było prawdziwe, czy też stworzyły je ludzkie ręce. Nad wejściem do budynku wisiał szyld z napisem „Górski Otok”.

Budynek był gospodą, położoną w niewielkiej kotlinie porośniętej lasem. Patrząc na konie uwiązane na zewnątrz, można było sądzić, że w środku przebywa kilku przejezdnych gości.

Podobnie jak oni, zostawiliśmy nasze wierzchowce, po czym weszliśmy do środka. Znaleźliśmy się w dość widnej i obszernej izbie. Omiotłam wzrokiem pomieszczenie oceniając, że było tam około piętnastu osób. Dłuższą chwilę staliśmy przy drzwiach wypatrując dogodnego miejsca, by usiąść. Aren znajdował się tuż obok mnie, tak że moje ramię praktycznie dotykało jego ramienia.

Miałam bardzo nieprzyjemne wrażenie, że coś jest nie tak. Wytężyłam więc wszystkie zmysły w poszukiwaniu choćby najdrobniejszego szczegółu w pomieszczeniu, który burzył mój spokój.

I wtedy, kątem oka dostrzegłam lecący ku nam przedmiot. Wszystko działo się w ułamku sekundy. Nie mając czasu na inną reakcję, instynktownie, z całej siły popchnęłam Arena w bok, prawie go przewracając, sama zaś znalazłam się w miejscu, w którym stał przed momentem. Poczułam dotkliwy ból w prawym ramieniu. Zanim zdążyłam zastanowić się nad tym co się stało, Kajl stanął przed nami osłabiając nas swoim postawnym ciałem i wyjął z pochwy miecz. Poczułam, że coś ciepłego spływa po mojej skórze. Lewą dłonią wyrwałam z mięśni prawej ręki sztylet, który wbił się w nie do jednej trzeciej długości klingi.

Ból i sam fakt ataku, bez jakiegokolwiek uprzedzenia, wzbudził moją wściekłość. Nie zamierzałam chować się za Kajlem. Usłyszałam szczęk uderzającej o siebie stali. Kajl walczył z dwoma mężczyznami. Kolejny szedł właśnie w moim kierunku, dzierżąc w ręku miecz.

Zakładając, że tak od razu nie zaatakuje pozornie bezbronnej kobiety, poczekałam aż zbliży się do mnie, po czym z całej siły kopnęłam go w brzuch. W momencie, gdy zgiął się w pół, wymierzyłam mu cios w skroń żeliwnym dzbankiem, który wzięłam ze stołu. Gdy na chwilę stracił orientację, wyrwałam mu z ręki miecz. Stal wyjątkowo kiepskiej jakość na niewiele się zda, w tamtej sytuacjach nie mogłam jednak wybrzydzać. Odwróciłam się do Arena i rzuciłam mu zdobytą broń.

Kątem oka ujrzałam kolejnego mężczyznę zamierzającego się na mnie. W ostatniej chwili uchyliłam się przed klingą, która ze świstem przecięła powietrze tuż przy mojej głowie. Nie spodziewał się, że chybi, przez co na ułamek sekundy stracił równowagę. Wykorzystałam ten moment podcinając mu nogi. Gdy upadł na ziemię stanęłam na ręce, w której trzymał miecz, aby nie zdołał się nim obronić, po czym nie wahając się ani chwili wbiłam sztylet w środek jego klatki piersiowej, aż po rękojeść.
Wszystko wokół ucichło. Spojrzałam na moich kompanów. Tak jak mnie, udało im się pokonać swoich rywali.

Niektórzy, z obecnych w sali patrzyli na nas ze zgrozą, inni nie wydawali się specjalnie przejęci, nikt jednak nie ruszył się z miejsca ani nic nie powiedział.

Poczułam ból w ramieniu. Nieprzyjemny, pulsujący, bijący od samej kości, do której najpewniej dotarł sztylet. Sądząc po ilości wypływającej z rany krwi nie uszkodził na szczęście głównych naczyń krwionośnych. Musiałam jednak ścisnąć ranę lewą dłonią aby zmniejszyć krwawienie.

Aren i Kajl patrzyli na mnie z nieprzeniknionymi wyrazami twarzy. Pierwszy odezwał się Kajl:

- Zabijasz bez mrugnięcia oka, to chyba nie był twój pierwszy raz.

- O tobie mogę powiedzieć to samo – odparłam chłodno.

Aren w tym czasie zaczął obwiązywać moją ranę kawałkiem materiału. Nie miałam pojęcia skąd go wziął.

- Nie ma czasu na dyskusje, chodźmy stąd jak najprędzej – powiedział do nas i skierował się w stronę wyjścia.

Gdy znaleźliśmy się na zewnątrz, pierwszy przemówił Kajl.

- Musimy zmienić plany, sytuacja robi się coraz gorsza. To musiała być pułapka, ci ludzie doskonale wiedzieli, że się tu zjawimy – stwierdził na głos to, co każdy z nas zdążył już wywnioskować.

- Ale jak mogliby się tego dowiedzieć? – zapytał Aren.

- Nie mam pojęcia i właśnie to trapi mnie najbardziej. Wydaje mi się, że jeden z nich zdołał uciec. Postaram się go wytropić i dowiedzieć kto ich przysłał i skąd znali miejsce naszego planowanego postoju. Gdy mi się to uda, odszukam Gryfina i Samira.

Z wiadomych względów uznałam, że na pewno mu się to uda.

- Wy natomiast jeździe wprost do Górskiej Strażnicy, tam będziecie bezpieczni. Arenie, znasz drogę – gdy wypowiadał te słowa emanowała od niego bezgraniczna pewność siebie, jakby jego plan był niepodważalnie najlepszym ze wszystkich rozwiązań.

Aren najwidoczniej był co do tego przekonany, ponieważ tylko przytaknął. Odszedł kawałek od nas, aby przyprowadzić Argona, nasze konie bowiem stały kilka metrów dalej.
Chciałam ruszyć za nim, Kajl zatrzymał mnie, dając mi znak abym podeszła do niego. Gdy stanęłam wystarczająco blisko, przemówił lekko ściszonym głosem.

- Wiem, że ty jesteś kobietą, a on mężczyzną, ale proszę miej na niego oko. Aren jest silny, wspaniały i wybitny pod każdym względem. Obawiam się jednak, że nie ma takiego doświadczenia w walce w terenie jak ty.

Zrozumiałam, co go trapiło. Dotychczas to on ochraniał Arena, może nie do końca wiedziałam, dlaczego i przed czym, ale tak było. Teraz prosił mnie, abym dopilnowała żeby jego podopiecznemu nic się nie stało.

Coś innego zmusiło mnie do refleksji – przez krótką chwilę twarz i postawa Kajla wyrażała coś, czego nie do końca rozumiałam. Nie była to obawa o Arena, a raczej wahanie. Nie mogłam jednak dłużej się nad tym zastanawiać, ponieważ Aren przyprowadził Argona i Czarną Księżniczkę.

Kajl dosiadł swojego konia, ściągnął wodze, a odjeżdżając krzyknął na pożegnanie:

- Wkrótce się zobaczymy, bywajcie!

Patrząc jak znika za zakrętem, wezbrało we mnie niemiłe przekonanie, że moje kłopoty dopiero się zaczną. Westchnęłam i wyjęłam z torby moje krótkie miecze. Przypięłam paski mocujące pochwy do nóg, aby nosić je tak, jak miałam to w zwyczaju podczas moich misji. Stwierdziłam, że wydarzyło się zbyt wiele aby kontynuować tę maskaradę. Aren, nie mówiąc nic wziął ze mnie przykład i postąpił podobnie ze swoim mieczem.

Nim wsiedliśmy na konie zwróciłam się do niego:

- Oddaj mi mój sztylet.

Coś podpowiadało mi, że w najbliższym czasie może mi się przydać. Tym razem bez żadnych aluzji sięgnął do swojej sakwy i podał mi krótki nóż. Bezceremonialnie podciągnęłam bluzkę na tyle wysoko aby swobodnie schować go do specjalnej zaszewki w moim staniku.

Na dworze zrobiło się duszno i gorąco. Pomyślałam, że niebawem z pewnością spadnie deszcz.

Wsiedliśmy na konie, by natychmiast ruszyć z kopyta. Nie znałam drogi, dlatego Aren jechał przede mną. Wróciliśmy wąską ścieżką, prowadzącą wzdłuż strumienia, do szerszego traktu.

Jechaliśmy galopem przez dobrą godzinę nim zatrzymaliśmy się na krótki postój. Zsiadając z konia bacznie wsłuchiwałam się w otoczenie, aby choćby najmniejszy szelest nie uszedł mojej uwadze. Aren na pewno nie planował zatrzymywać się na długo, mimo wszystko rzuciłam wokół nas czar bezpieczeństwa, aby nikt nas nie zaskoczył.

Miałam ochotę zadać Arenowi dziesiątki pytań, chociażby o to kto i dlaczego wyraźnie zamierzał się na jego życie, nie zrobiłam tego jednak. Był osobą wysoko urodzoną, na pewno wielu ludzi miało wiele powodów, aby chcieć jego zguby. Nie było czasu na długie wyjaśnienia, a jego historia na pewno nie należała do krótkich. Zresztą, kimkolwiek był, bynajmniej nie zmieniło to naszego obecnego położenia.

Aren podszedł do mnie i ujął w dłoń moje ramię. Rana dalej sączyła. Krwawienie z mięśni, jak zdążyłam się już nie raz przekonać, bywało długotrwałe i uporczywe, szczególnie na początku.

- Nadio, przede wszystkim chciałem ci powiedzieć, że nie powinnaś...

- Przestań – przerwałam mu ostro – wiem co chcesz powiedzieć i nie chcę tego słuchać. Doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, co by się stało gdyby nie moja ingerencja. Jakakolwiek była w skutkach dla mnie, dla ciebie jej brak byłby tragiczny. Takiej kolei rzeczy nie mogłabym nawet brać pod uwagę.

- Dobrze, rozumiem. W takim razie, skoro, jak się okazało, posiadam magiczne zdolności, pokaż mi jak mogę cię uleczyć.

Spojrzałam na niego ze zdziwieniem i odparłam:

- Obawiam się, że to niemożliwe.

- Dlaczego?

- Ponieważ takich umiejętności nie zdobywa się z dnia na dzień tylko ćwiczy się je latami.

- Chcę jednak spróbować – Aren nie dawał za wygraną.

Niestety nikt, choćby najbardziej wprawiony czarodziej nie potrafił uleczyć sam siebie, tak więc nie mogłam sobie pomóc, natomiast, choć minimalne uśmierzenie bólu na pewno by mi się przydało. Zresztą, od bólu bardziej martwiła mnie możliwość wdania się zakażenia.

Westchnęłam i zgodziłam się. Kazałam Arenowi położyć dłoń na mojej, owiniętej materiałem ranie. Zamknęłam oczy i postarałam się dotknąć jego aury aby przekazać mu umiejętność rzucania czaru uzdrowienia. Zaledwie kilka dni wcześniej nie umiałam przekazać swoich myśli żadnej istocie, o czym przekonałam się boleśnie podczas spotkania z gryfem, natomiast pierwszy raz w życiu nawiązałam kontakt telepatyczny z księżniczką Emirą, w Zamarzniętym Zamku.

Ku memu zaskoczeniu, w przypadku Arena, udało mi się to bez żadnego problemu. Gdy tylko sięgnęłam jego aury, wniknęłam w nią bez najmniejszego wysiłku. Było to tak gwałtowne i niespodziewane, że na chwilę wzbudziło we mnie strach. Całkiem jakby między mną, a nim nie istniała żadna bariera, żadna granica oddzielająca nasze energie.

Przekazałam mu zaklęcie, którego od razu użył, aby uleczyć moją ranę. W miejscu, w którym utkwiły sztylet poczułam nieprzyjemne mrowienie, a następnie silne swędzenie. Gdy czar przestał działać odwinęłam materiał i oboje spojrzeliśmy na ranę, z której jeszcze przed chwilą obficie wyciekała krew. Była teraz o połowę mniejsza, a krew skrzepła. Nie czułam już pulsującego bólu sięgającego kości, a jedynie niewielki dyskomfort. 

Przeniosłam spojrzenie na Arena, on również patrzył na mnie. Jak zwykle trwało to zbyt długo. Momentalnie poczułam wewnętrzną potrzebę zbliżenia się do niego. Pragnęłam go pocałować albo najlepiej dokończyć to co wczoraj przerwał Kajl swoim wtargnięciem. Nie było to jednak odpowiednie miejsce ani czas.

Musiałam zamknąć oczy, aby przerwać obezwładniający mnie trans. To musi się kiedyś skończyć – pomyślałam - czar musi przestać działać.

- Ile drogi jeszcze nam zostało? – zapytałam,  gdy zdołałam wydobyć z siebie głos.

- Jeśli pojedziemy tak szybko jak do Valloram i nic po drodze nas nie zatrzyma, dotrzemy na miejsce przed zmierzchem – odrzekł.

Ponad naszymi głowami zbierały się coraz gęstsze chmury. Nie pamiętałam kiedy ostatni raz padał deszcz. To nie będzie dobry dzień – słowa te głuchym echem odbijały się w mojej głowie, a w moim wnętrzu narastał niepokój.

Ruszyliśmy dalej. O ile się nie myliłam, kierowaliśmy się na północny wschód przez pasmo Gór Piaskowych. Zbocza były łagodne, obrośnięte głównie bukami i grabami. Gdzieniegdzie rosły pojedyncze dęby i brzozy. Podszycie lasu nie było gęste, stanowiły je niskie młode odrosty drzew liściastych, a także paprocie i mniej liczne jeżyny. Ziemię w dużej mierze pokrywały suche liście opadłe jeszcze zeszłej jesieni. Pod nimi znajdowało się sporo korzeni i ostrych, wystających kawałków skał.

Szybkim tempem pokonaliśmy kolejny odcinek trasy. W końcu musieliśmy zwolnić, aby dać koniom odpocząć. Gorące, duszne powietrze na pewno im nie sprzyjało. Na bokach obu pojawił się pot w postaci smug białej piany.

Opuściliśmy główny trakt, po czym minęliśmy kilka rozdroży. Aren ani razu nie zawahał się, którą drogę wybrać. Miałam nadzieję, że się nie mylił.

RHYEOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz