~SETH~
Saina po słowach Paprota, spojrzała na mnie ciekawie i z lekko wyczuwalnym smutkiem. Westchnąłem. Wiem, że wiesz. Pomyślałem. Kocham Cię- powstrzymałem na końcu języka znów te słowa. Szliśmy dalej. Słońce miało się ku zachodowi. Wyglądało jak wielki czerwony świecący się czubek zapałki, niosący krwawą poświatę po całym horyzoncie. Takie zachody nigdy nie zwiastowały nic dobrego. Dla marynarzy oznaczały sztorm. Dla pustelników burzę piaskową. A dla mnie walkę.
Szliśmy aż zapadł zmrok. Dotarliśmy do większej od innych komnaty. Była to może... sala balowa? Na środku stał olbrzymi posąg ze srebra, przedstawiający kobietę z sześcioma rękami. W każdej dłoni trzymała inną broń. Długie włosy, spływały z jej głowy cienkimi strumieniami, była w połowie łysa. Miała wielkie, puste oczy. Nos zastępowało duże wgłębienie. Z małych ust wystawał szary kamień. To był Ten Szary Kamień. To po co tu przyszliśmy. Poczułem przypływ euforii. Zjechałem wzrokiem w dół ciała demonicy. Jej brzuch pokrywały łuski. Co najdziwniejsze, miała nogi kozicy. Przypominała twarzą czaszkę. Jednak reszta jej ciała wydawała się być niepokojąco żywa i silna. Cała przerażała. Domyślałem się, że to podobizna Pani tego zamczyska. Dobrze, że nie żyje. Pomyślałem z ulgą. Nie chciałbym za nic z nią walczyć. W sumie posąg z podestem mierzył może i 8 metrów. Reszta sali wyglądała podobnie do innych pomieszczeń. Z jednym wyjątkiem. Ściany powleczone były kolumnami przedstawiającymi wielkich mężczyzny odzianych w grafitowe zbroje, z rękoma opartymi na mieczach opartych o ziemię. Wyglądali jak.... jacyś.. strażnicy. Sufit był za miejscami dziurawy; pokrywała go czarna, wzorzysta plecionka. Sala była najwieksza, ze wszystkich w tym zamku. Na dodatek oprócz posągu i strażników na ścianach była pusta. Nigdzie nie stał żaden mebel, nie było tu też biżuterii ani sztućców, co często spotykaliśmy na swojej drodze. Staliśmy i podziwialiśmy ogrom tego pomieszczenia. Po paru minutach ciszy, Paprot wyjął z torby Naszyjnik i powiedział:
-Chyba czas to zniszczyć. Nareszcie dotarliśmy.
I poszedł w stronę Kamienia. Spotkało się to z podejrzliwym i przestraszonym wzrokiem Sainy oraz aprobatą reszty z nas. Doszedł już bardzo blisko, gdy nagle wokół srebrnej kreatury utworzył się ognisty pierścień, który odrzucił go w wybuchu na dobre 5 metrów, co spotkało się z przerażony okrzykiem mojej siostry. Pierścień płonął wysokim, zielonkawym ogniem. Okrąg miał promień około 10 metrów. Przez chwilę nic się nie działo. Potem Naszyjnik zaczął odciągać Paprota od Kamienia, a salą zatrzęsło jakby trzęsienie ziemii. Saina zaklęła siarczyście i wymamrotała coś niezrozumiale. Chyba "wiedziałam". Przeleciała kawałek w kierunku jednorożca, potem złapała go za rękę i starała się wrócić do grupy. Gdy dzieliło mnie od niej parę metrów, drogę przeciął jej ogromny, kamienny miecz. Z przerażeniem odskoczyłem do tyłu. Strażnicy. Strażnicy ożyli. Kuuuuurwa. Pomyślałem. Nie mieliśmy z nimi szans. Sięgali do sufitu, a jednocześnie byli bardzo szybcy i spostrzegawczy. Nie poruszali się wolno i ociężale, co przeważnie było wadą tego wzrostu stworzeń. Usłyszałem wysuwające się szable z pochew. Sam też nie wiem kiedy złapałem za broń. Naliczyłem 10 wielkoludów. Przypadało po jednym na każdego. Wszyscy byli uzbrojeni i okryci jednakowo. Nie różnili się od siebie specjalnie. Nabrałem powietrza w płuca, wydymając przy tym przeponę, tak jak uczyła mnie Saina.
-Jest ich 10, rozdzielmy się i spróbujmy jakoś ich pokonać osobno. Jeśli to nie podziała, spróbujemy grupowo- wydarłem się przekrzykując łomot kamiennych stóp na polerowanym graficie. Wszyscy skinęli głowami i pognali w kierunku olbrzymów. Ja jednak myślałem tylko o Sainie. Czy ona to przeżyła? Ostrze wielkiej broni przemknęło praktycznie po jej twarzy. Błagałem o jej życie każdym tchnieniem. Biegłem w miejsce, w którym ostatni raz widziałem jej zmartwione oczy. Drogę zastąpił mi jeden ze Strażników. Pod wpływem impulsu rzuciłem się w bok i uniknąłem tym samym zmiażdżenia. Gdy podniosłem wzrok, zobaczyłem lecące już w moją stronę ostrze. Nie było czasu na wstanie. Kucając poderwałem do góry mój biały miecz z czarną rękojeścią i spiąłem się w sobie, żeby jakoś wytrzymać ciężar kamiennej broni. Poczułem wstrząs jakiego nie doświadczyłem nigdy w życiu, w momencie zetknięcia się mieczy. Przeszły mnie dreszcze, ręce odrętwiały od bólu. Kolana i łydki utrzymujące przez chwilę ciężar mieczy i mój, piekły niemiłosiernym ogniem. Gdy olbrzym podniósł broń do kolejnego zamachu, momentalnie poderwałem się na nogi i podbiegłem do jego stopy. Nie miałem pojęcia co chcę zrobić, ale byłem pewien, że nie wytrzymam drugiego takiego zderzenia. Stopa poderwała się momentalnie do góry, a ja panicznie bojąc się śmierci przez zmiażdżenie, chwyciłem się jej ostrego kanta. Okazał się być ostrzejszy niż myślałem i po chwili poczułem czarną maź spływającą po moich ramionach. Krew.. moja krew. Palce cholernie mnie bolały, bałem się, że za chwilę je sobie amputuję. Wolałem już chyba nie żyć niż żyć bez palców, dlatego jak najprędzej podciągnąłem się na górę. Usiadłem na wierzchu kamiennego końca nogi i spojrzałem do góry. Strażnik stał z podniesioną nogą i patrzył na mnie pustymi oczami z lekką... konsternacją. Pomyślałem o tym jak ta scena musi wyglądać z boku i zwyczajnie zacząłem się śmiać. Myśl, że wszystkie ważne w moim życiu osoby mogły zaraz zginąć, podczas gdy ja wyprowadzam olbrzyma z równowagi, siedząc mu na stopie, wydała mi się najgłupszą i najzabawniejszą tym samym rzeczą na świecie. Śmiałem się i śmiałem, a stwór zastygł i gapił się na mnie w osłupieniu. Spojrzałem na ręce. Były całe zakrwawione, a palce na złączeniach z dłonią były obdarte całkiem ze skóry. Całe ciało krzyczało z bólu, po zderzeniu i praktycznym obcięciu sobie palców. A ja? A ja się śmiałem. Potwór pochylał się nade mną coraz bardziej, otwierając paszczę. On ma usta??! Zdziwiłem się jak cholera. Co się dzieje? Chce sobie zjeść stopę? Hahahahahahah.... wybuchnąłem kolejną salwą śmiechu, wyobrażając sobie kanapkę z jego stopy i mnie na szyldzie reklamowym fast fooda. Ok. Trzeba było spoważnieć; był całkiem blisko. Histeryczny śmiech dawał upust mojemu stresowi i bólowi. Nagle, nie wiedzieć kiedy, znalazłem się w otworze gębowym mojego wroga. CO KURWA???!!!!!! Na pomoc?! Spanikowałem. Mądrala połkęła mnie bez miecza. I tak oto znalazłem się w ciemnej....... jamie ustnej. Nagle podskoczyłem na języku. Rozejrzałem się na boki. Doskonale widziałem w ciemności, wyszkoliłem się do tego, trenując z Agadem moje zdolności zaklinacza. Miał skubany zębiska. Wielkie i ostre. Nie chciałem być zjedzony. To była jedna z gorszych możliwych śmierci: zostać kupą kamiennego olbrzyma..... miałem lepsze perspektywy na przyszłość. Ok. Uspokój się. Wdech. Wydech. Wdech i język znów się poruszył, tym razem pchając mnie w stronę potężnych zębisk. Wydarłem się na całe gardło i skoczyłem w drugą stronę, oddalając się do przełyku. Nie mając za bardzo innego wyboru, skoczyłem w głąb gardła. Spadałem pionowo w dół, stopniowo otaczając się śmierdzącą śliną. I wpadłem... do żołądka jak przypuszczałem. Otarłem oczy z obrzydliwej mazi i oddaliłem się od otworu w dole żołądka. Nie miałem zamiaru lecieć w jelita ani w..... y.... odbyt. Muszę stąd wyjść. Popatrzyłem po ścianach narządu. Jak cały potwór były z kamienia. Lepiły się, ale nadal pod spodem był to kamień. Kamień po odłamaniu może być ostry. Mogłem się nim przebić na zewnątrz. Wybrałem dogodne miejsce i mocno zaparłem się nogami. Zacząłem drapać ściankę w jednym miejscu. Bardzo długo pozbywałem się śluzu. Nareszcie dotarłem do suchego kamienia. Krzyknąłem z bólu, gdy praktycznie wyrwałem sobie paznokieć, który zahaczył o ostrą wyrwę w kamieniu. Nie było szans, żebym to sam wydrapał. Musiałem to czymś przebić. Złapałem z niechęcią moją zbroję i oderwałem ochronną część z ramion, gdzie szorstka stal lekko odstawała. Złapałem oderwany kawał mocno i zacząłem uderzać mocno w obdrapany z mazi kawałek. Nagle prysnął na mnie jakiś płyn. Zaczął stopniowo zalewać dół żołądka. Dotknąłem płynu palcem. Natychmiast go zabrałem, czując piekący ból. Enzymy trawiące. Musiałem się spieszyć. Nie miałem miałem nimi szans. Uderzałem mocno odłupując kolejne i kolejne odłamki skały. Kwas sięgał mi do kolan i czułem jak stal zaczyna mięknąć mi na łydkach. Szybciej. SZYBCIEJ!!!! Nagle poczułem w nogach tak ostry ból, że musiałem złapać się wydrążonego kawałka, żeby nie wpaść cały do kwasu. Enzymy dosłownie parzyły moje nogi, gdy ja w panicznym pędzie wydzierałem się z żołądka. Nagle zobaczyłem szczelinę w kamieniu. Uderzyłem jeszcze parę razy, a ona pękła całkowicie. Wypadłem z na zewnątrz w towarzystwie klejącej mazi i jadu z żołądka. Łykając świeże powietrze z ulgą. Odwróciłem się na plecy, żeby zobaczyć jak olbrzym leci na mnie, wylewając z siebie zawartość żołądka. Czyli wracamy do wariantu zmiażdżenia? Jak najszybciej poderwałem się z ziemi i w szaleńczym pędzie cudem umknąłem brzuchowi Strażnika. Dysząc oparłem się o kamień za mną. Uśmiechnąłem się do siebie. W życiu nie przeżyłem głupszej i zarazem groźniejszej przygody.
Chciałam jeszcze dopisać dalszą część tego rozdziału z punktu widzenia Sainy. Postanowiłam podzielić go na dwie części. Następną dodam jutro przed południem. Kocham was:***:D komentujcie i.... gwiazdkujcie?! :P
YS
CZYTASZ
Saina Watterson
DiversosTo historia o wojowniczce i o wielkiej miłości. O walce dobra ze złem. O dobroci, odwadze i lojalności. Rozwiązanie niektórych problemów każdego z nas. Lub jak wiele osób to zwie... ~ fanfiction Baśnioboru:D
