Na górze światem rządzili prawi i nieskazitelni ludzie. To między innymi dzięki nim możliwa była egzystencja na wybitnie wysokim poziomie, a nasza planeta obfitowała w żyzne gleby przynoszące pokaźne plony. Ludzie pozbawieni najgorszych cech wiedli spokojny żywot we względnej harmonii. Tutaj, na dole, w tych przeklętych korytarzach władzę sprawowali ludzie wypaczeni, genetyczni odchyleńcy. Nic więc dziwnego, że wokół panowała anarchia, a raczej prawo dżungli. Jeśli więc zabiłam zastępcę burmistrza mogłam albo sobie pogratulować, że tak szybko wpasowałam się w lokalne środowisko albo brać nogi za pas, ponieważ z pewnością nie miałam co liczyć na sprawiedliwy osąd. Nie w tym podziemnym państwie bezprawia.
- Lepiej nas wpuść, jeśli tego nie zrobisz wiesz jak to się skończy, Hardy. – Odezwał się nieznajomy zza drzwi.
- Właśnie - zgodził się Hardy. - Nie chcemy, Vini byś znowu płakał. Wejdźcie.
No chyba sobie jaja robił. Wpuścił ich? Naprawdę? A to łajza!
- Kate, kochanie! - zawołał.
Spanikowałam. Puls mi przyspieszył. W pierwszej chwili chciałam się zabarykadować w łazience, ale prędzej czy później, a raczej prędzej sforsowaliby drzwi. Szukając drogi ucieczki, rzuciłam okiem w kierunku dziury w skale służącej za klozet, ale cholera wie dokąd prowadziła i co mogło mnie spotkać na końcu. Na pewno nie garniec złota. Nerwowo rozglądałam się po pomieszczeniu. Lustro, brudna umywalka, miska, dziura w podłodze, trzy dogasające świeczki na półce i zero pomysłów. Normalnie pipa, lampa, lemoniada.
- Kate, kochanie, pozwól na momencik - zawołał ponownie niebieskooki lump.
I wtedy mnie olśniło. Znowu udawaliśmy. Nie byłam jego więźniem, tylko narzeczoną, a narzeczoną się chroni, nie wydaje w ręce wroga. Zrobiłam trzy drżące oddechy, zgarnęłam strzępy koszulki, zasłaniając piersi i ruszyłam ku głosom dobiegającym zza drzwi łazienki.
Na końcu korytarza ujrzałam stojących trzech facetów w czarnych skórzanych kamizelkach i Hardego.
- Kate - Hardy wyciągnął do mnie ręce a kiedy niepewna do niego podeszłam, objął mnie ramieniem i przyciągnął do siebie.
- Nie bój się skarbie, już ci nic nie grozi – powiedział, a kiedy skierował wzrok z powrotem na trzech rosłych typków jego promienny, zbijający z tropu uśmiech zgasł, twarz zaś stała się harda i nieprzystępna.
- To jest Kate, moja narzeczona. Cieszę się, że tu jesteście. Zanim o cokolwiek ją oskarżycie, radzę się dobrze zastanowić. Gdy widziałem ją parę godzin temu, była cała i zdrowa. Tymczasem jeden z was ją zmasakrował i omal nie zgwałcił. Jestem pewien, że cokolwiek zrobiła, musiała się bronić. To ona jest ofiarą. Żądamy ukarania sprawcy.
- Narzeczona? Ofiara? - prychnął brodaty facet, którego twarz szpeciły czerwone krosty. Małe, szare oczka przeskakiwały z Hardego, na mnie i z powrotem. W wielkich dłoniach brodacz obracał jakiś srebrny przedmiot, sprawnie żonglując nim między palcami. - Nie jest stąd? - Bardziej stwierdził niż zapytał.
- Nie jest - przyznał niebieskooki lump, mocniej przyciskając mnie do swego boku, a ja poczułam dziwne mrowienie w dolnej części brzucha.
- Nie widzę, żeby nosiła bransoletkę przybysza, a wy panowie? - zwrócił się do swoich kumpli, zerkając najpierw na jednego później na drugiego.
- Nia pewnio jeśt tu niejegalnie - wyseplenił ten po lewej, właściciel blisko osadzonych małych oczek i pokaźnych rozmiarów nochala, którym co rusz pociągał. - Cieba ją ziamknąć.
- Nie powinieneś właśnie zaliczać popołudniową drzemkę z resztą trzylatków? - burknął niegrzecznie Hardy na co Kiniol, jak go nazwałam w myślach, poczerwieniał niczym dorodny pomidor. - Kate zdjęła swoją bransoletę do kąpieli i zapomniała ją ponownie założyć. Nie ma tego w nawyku - wyjaśnił.
CZYTASZ
DYSHARMONIA
FantasíaNiedoszła policjantka, seksowny lump, melodramatyczny wróżbita, stary psychiatryk, martwa pacjentka, zapomniana przez wszystkich, skrywająca tajemnicę fabryka, wyznawcy Różowego Penisa i miejsce, które rzekomo nie istnieje. Jedna noc, jedna z poz...
